STRONA GŁÓWNA | ARTYKUŁY KMF | NAPISZ DO AUTORA



rodziłem się w roku orwellowskim i uważam, że był to bardzo dobry czas na przyjście na świat dla kogoś, kto w przyszłości stworzy z kina enklawę dla swoich myśli, filmową Nibylandię, do której zawsze będzie się chętnie wybierał. Oglądanie pierwszych ruchomych obrazów pod koniec lat 80-tych i wychowanie na solidnym, nieskażonym jeszcze tak przesadnie możliwościami komputera kinie lat 90. sprawiło, że moje pokolenie było ostatnim, które wychowało się w szacunku dla autorskiej wizji. To właśnie w tym czasie pojawiły się technologie umożliwiające ludziom szerszy dostęp do filmów, ale równocześnie skazujące te ostatnie na widmo masowości, dzisiaj boleśnie drążące przemysł filmowy. Okres, w którym poznawaliśmy świat kina, zazębiał się z rozwojem internetu, wprowadzeniem DVD i innych ułatwiających życie technologii, które w efekcie zaczęły niszczyć świadomość cenności posiadania. Przykładem niechaj będzie aparat cyfrowy, który zdewaluował wartość pojedynczego zdjęcia na rzecz masowości, przyjemnej, oczywiście, lecz już nie tak osobistej i emocjonalnej. Pojawienie się na świecie w połowie lat 80. jest z mojej perspektywy również ostatnim dobrym okresem jeśli chodzi o filmową edukację. Z jednej strony oczekujące na śmiałków kino klasyczne i kultowe (wyselekcjonowane już przez historię i test czasu) zebrało się w setki, może nawet tysiące wartych obejrzenia pozycji, zachęcających do stopniowego nadrabiania. Z drugiej zaś było ich jeszcze na tyle mało, by tę liczbę móc jakoś mentalnie objąć, co z roku na rok stawało się coraz mniej możliwe. Świadomość tego, że wszystkie te bogactwa czekają na odkrycie była i ciągle jest zbawienna dla każdego miłośnika kina, zmęczonego falą produkowanych taśmowo filmów.
oje postrzeganie kina zostało ukształtowane przez filmy amerykańskie i przez wypływającą z nich mentalność. Można by rzec, iż nie ma w tym nic dziwnego, wszak spory kawałek świata został częściowo zamerykanizowany, a kino zza oceanu stanowi przeważnie co najmniej 3/4 repertuaru kinowego. Jestem jednak skłonny wyróżnić się z tego tłumu, bowiem kultura i historia Stanów Zjednoczonych zafascynowały mnie na tyle, że związałem z tym kontynentem kierunek studiów, a co za tym idzie - sposób postrzegania, a nawet myślenia. Pasjonuję się odkrywaniem smaczków Nowego Świata, ciemnych zakamarków i wstydliwych epizodów, tamtejszej mentalności, patosu życia oraz optymizmu, nierzadko na glinianych nogach. I, co może najważniejsze, w czasach, kiedy wszyscy Amerykę krytykują, ganią za ten american way of life, ja czuję się z moim wyborem wyjątkowo dobrze. Mam tam multum tematów do analizy, refleksji i rozrywki, mozaikę filmowych odcieni, których nigdy do końca nie odkryję. Wielu uważa, iż godnym zainteresowania pozostaje jedynie dziedzictwo kulturowe Starego Kontynentu, że Ameryka to łopatologia i głębia na poziomie kategorii wiekowej PG-13. Ja natomiast zauważam w kinie amerykańskim o wiele więcej - jest tak niesamowicie różnorodne i złożone, że fascynuje mnie bardziej niż dokonania Europejczyków. I nic na to nie poradzę. Nie chcę. A poza tym, nie muszę przecież wybierać. Każde kino przyjmuję z otwartym umysłem. Zdarzy się przecież i amerykańskie quasi-artystyczne szambo, i europejski wysokobudżetowy cios między oczy, a nie wolno zapominać o tych obrazach, które łączą oba kontynenty, stając się amerykańskim Mont Blanc czy europejską eskapadą w Góry Skaliste. Ja po prostu kocham dobre kino.
oje cinema paradiso trudno ubrać w zawczasu przygotowane etykietki. I mimo, że jestem bardziej skłonny do docenienia filmów zza oceanu, to jednak moje ukochane kino składa się przede wszystkim z indywidualnych obrazów, które w taki czy inny sposób wyryły się złotymi literami w moim umyśle. Kiedy potrzebuję wzruszeń, siadam wraz z Toto w jednym rzędzie Cinema Paradiso albo wyruszam do Weirowskiej Welton Academy, w której młodych uczy się emersonowsko-thoreauowskich przykazań. Kiedy chcę się pośmiać, zaglądam do braci Marx, by później udać się do świata kpiny Mela Brooksa i bezkompromisowych parodii ZAZu, a na koniec usiąść nad zapomnianym hołdem dla braci M. o jakże wymownym polskim tytule Czacha dymi. Przed imprezami lubię obejrzeć Swingers lub któryś z fenomenalnych dyskotekowych filmów sprzed ponad dwóch dekad. Kiedy chcę pomyśleć, zwracam się ku Scorsese, Hitchcockowi, Wilderowi, lubię też zajrzeć do ulubionych pozycji z filmografii Ridleya. Czasem mnie przypili, by przypomnieć sobie o walorach ulatującej młodości, śpiewam więc tonight is what it means to be young wraz z bohaterką Ulic w Ogniu, śmieję się z kreatywności Ferrisa Buellera albo imprezuję z Linklaterem na Uczniowskiej balandze. Lubię uciekać do światów Burtona i dyskutować z Caprą o patriotyzmie i ideałach. W poszukiwaniu rozrywki włączam Bruckheimera i Baya, i nie obchodzi mnie, że Twierdzę ktoś uznał za patetyczną, Armageddon za apokalipsę dla popcornożerców, a obie części Bad Boys za przerost formy nad treścią. Poszukuję siebie w odbiciach myśli tych wielkich, którzy zmusili mój umysł do zapamiętania swoich lekcji. Odnajduję się w idealistycznym romantyzmie Linklaterowskich Jesse'ego i Celine, dobija mnie, że rzeczywistość nie funkcjonuje tak, jak w komediach romantycznych i przynajmniej raz do roku oglądam To wspaniałe życie, To właśnie miłość oraz Przed wschodem słońca. Lubię, gdy wykreowany na potrzeby filmu świat wkręca mnie tak, że nie przestaje o nim myśleć, pochłaniają mnie więc zawsze odmęty Niccolowskich Gattaca i Truman Show, Egoyanowskich intelektualnych łamigłówek czy Kaufmanowskich gierek z Johnem Malkovichem i Joelem Barishem. Za najlepszy filmowo rok uważam 1997, i to nie z powodu Titanica. Zawsze porusza mnie przemowa Robina Williamsa w Good Will Hunting i za każdym razem żałuję, że już nikt nie wykorzystuje humanistycznej wielkości tego aktora, którego występy w jakiś sposób mnie zmieniły. Mógłbym tak ciągnąć w nieskończoność, dochodzić po filmowych nitkach do kłębków wspomnień, marzeń i refleksji, które dzielę z kinem od dobrej półtorej dekady. Mógłbym, bowiem lubię o kinie rozmawiać, dzielić się spostrzeżeniami i toczyć werbalne bitwy o jakiś atakowany przez wszystkich film, wedle Caprowskiej zasady, że przegrane sprawy są jedynymi, o które warto walczyć. Mógłbym, choć wielu zarzuca mi, że się popisuję. Jakby nie można było zrozumieć, że kino może być sposobem na życie...
ino się zmieniło, nie ma co do tego wątpliwości. Musiało się zmienić, by dotrzymać kroku czasom - kreacja filmowego anachronizmu ma sens jedynie w wersji żartobliwej lub świadomej żonglerce kulturowym materiałem. Zmieniło się również podejście do kina. Częściowo za sprawą wszędobylskiego internetu, który sprowadza magię srebrnego ekranu do rozmiarów monitora w akademiku, a częściowo z powodu zupełnie innej mentalności tych pokoleń, które zaczynają stanowić o głównym targecie finansowym. Czasami smucą mnie te zmiany, bo nie potrafię zrozumieć emocjonalnego przekazu High School Musical ani zachwycić się Hannah Montana. Nie widzę w nich ni głębi, ni rozrywki. Smucą, bo niekiedy me serce chwyta nostalgia za tymi niewinnymi czasami, kiedy sam zaczynałem definiować celuloidową magię na własne potrzeby. Oglądając Rorschacha, Komedianta i pozostałych Watchmen na tle dylanowskich zmieniających się czasów, odczuwam po części to, co oni. Jednak ten nastrój zawsze mija, bowiem w ogólnym rozrachunku ma sens jedynie w swej przelotności. Po prostu taka jest kolej rzeczy. A ja wiem, że to dobrze, bo bez tych zmian nie bylibyśmy w stanie doceniać tak starannie tych pięknych chwil, które hołubimy w sercach i umysłach. Gdyby nic się nie zmieniało, to w zalewie podobnych sobie nasze ukochane filmy straciłyby swój sens, czar i magnetyzm. A przecież odpowiedź jest prosta, ponieważ często to, co najprostsze, bywa najlepsze - nikt mi nigdy nie zabroni wrócić do idealizmu Capry, zachwycać się rosyjską szkołą montażu Eisensteina czy Wiertowa, nikt mi nie odbierze możliwości spotkań z bergmanowską refleksją czy manifestem francuskiej la Nouvelle Vague. Uważam, że postrzeganie z perspektywy filmów nowożytnych jest w stanie ubogacić spotkanie z klasyką i kultem. Sprawić, że dostaję szansę ocenić Narodziny Narodu nie tylko pod względem formy i treści, ale również tego, jak dzieło Griffitha wpłynęło na późniejsze kino. Z wielką chęcią zasiądę również przed telewizorem, aby po raz n-ty obejrzeć Szklaną Pułapkę, tym razem pod kątem kanoniczności. A przecież podobnych przykładów są setki, może tysiące, celuloidowo-cyfrowe dziedzictwo jest płynne, tajemnicze, niezmierzone i przyciągające - jak Solaris, nieważne - Lema, Tarkowskiego czy Soderbergha.
wa lata temu powstał ogólnoświatowy projekt reżyserski pt. Każdy ma swoje kino, w którym ci najwięksi udowadniali w krótkometrażowych formach, że często jedyne, co ich łączy, to właśnie zamiłowanie dla tej niedefiniowalnej magii. A przecież wszyscy są kochani przez miliony. I znowu wcisnę w tekst banał, truizm, najprostsze z możliwych stwierdzeń: każdy ma SWOJE kino. Gdybym miał przekazać komuś moją dwudziestopięcioletnią mądrość, powiedziałbym tyle: ciesz się kinem, płacz z nim, flirtuj, doświadczaj, inspiruj się, i zawsze je filtruj przez samego siebie; powiedziałbym: odkryj w sobie dziecko zafascynowane magią srebrnego ekranu, pamiętaj o odnajdywaniu w nim cząstek własnego świata, ale nie uciekaj nigdy od poważnego, czasem nostalgicznego, czasem krytykanckiego spojrzenia osoby ukształtowanej przez mijające lata; powiedziałbym wreszcie, wedle słów długonosego Cyrano - szukaj swojego panache, białego pióra odwagi, witalności i pasji. Bo kino tak naprawdę jedynie wtedy ma sens, kiedy jest Twoje. To jest moje cinema paradiso. Jak wspaniale jest je kochać!
Autor artykułu: Darek Kuźma - BEOWULF | Klub Miłośników Filmu, 11 lipca 2009
STRONA GŁÓWNA | ARTYKUŁY KMF | NAPISZ DO AUTORA