![]() |
|
Recenzowany przeze mnie "Monster" jest doskonałym przykładem na to, jak serialowa konstrukcja w połączeniu z doskonałymi w każdym calu pozostałymi elementami produkcji, potrafi tak wyeksploatowany gatunek jak thriller psychologiczny wznieść na wyżyny oglądalności i zaangażowania widza. Teza, którą stawiam jest jak widać odważna, ale zapewniam, że mam ku temu solidne podstawy. "Monster" jest adaptacją mangi autorstwa Naoki Urasawy, publikowanej w latach 1994-2001. W 2004 zdecydowano się na 74-odcinkową adaptację telewizyjną, której podjęło się studio Madhouse, reżyserię powierzając Masayuki Kojimie. Oryginalna manga posłużyła jako właściwy scenariusz, gdyż wersja animowana jest jej bardzo wierną adaptacją. Anime w czasie produkcji otrzymało znaczący budżet, a prawa do "dziewiczej" emisji serialu wykupiła telewizja NTV (nie, to nie literówka i nie chodzi o MTV ;), króra pierwszy odcinek wyemitowała siódmego kwietnia 2004 roku. Historia rozpoczyna się w roku 1986 na terenie ówczesnego RFN, w Dusseldorfie. Tenma Kenzo jest młodym japońskim neurochirurgiem pracującym w jednej z najlepszych klinik w kraju. Jest młody, ambitny, cieszy się wielką estymą przełożonych. Jednocześnie jest przez nich mocno wykorzystywany, a także stawiany w dwuznacznej sytuacji moralnej, kiedy to władze szpitala z politycznych i medialnych względów dokonują podziału pacjentów na ważnych i ważniejszych. Pewnej feralnej nocy do szpitala zostaje przywiezionych dwóch pacjentów: ważny miejski urzędnik i mały chłopiec postrzelony w głowę. Tenma, ignorując wytyczne ordynatora, decyduje się przeprowadzić skomplikowaną operację przybranego syna ubogich imigrantów. Operacja się udaje, chłopiec żyje, urzędnik umiera... Wówczas dochodzi do dwóch bardzo poważnych wydarzeń. Otruty zostaje ordynator wraz ze swoimi współpracownikami, a zoperowany chłopiec znika ze szpitala wraz ze swoją siostrą, którą wcześniej przywieziono z szokiem spowodowanym śmiercią ich rodziców. Tenma jest jednak niewinny i pracuje dalej... Mija dziwięć lat, a Kenzo jest już ordynatorem. Do szpitala trafia człowiek podejrzany w sprawie seryjnych morderstw dokonywanych na bezdzietnych małżeństwach. Pewnej nocy podejrzany zostaje zamordowany na oczach Tenmy przez młodego mężczyznę. Człowieka, którego uratował dziewięć lat temu... Nie ma alibi i staje się głównym podejrzanym, musi uciekać...
Tak po krótce prezentuje się część ekspozycyjna historii. Sam początek może budzić skojarzenia ze "Ściganym", zapewniam jednak, że na tym podobieństwa się kończą. Jesteśmy bowiem świadkami, jak Tenma przemierza zjednoczone Niemcy i kraje ościenne, uciekając przed ścigającym go z uporem maniaka inspektorem Runge, a jednocześnie próbując poznać przeszłość, motywacje i cel prawdziwego mordercy w celu pochwycenia go i oczyszczenia własnej osoby. Jeśli z fascynacją śledziliście poczynania protagonistów w "Milczeniu owiec", "Se7en" czy "Zodiaku", to "Monster" spowoduje u Was faktyczny szczękopad. Przedstawiona tutaj historia góruje bowiem nad przytoczonymi tytułami poziomem skomplikowania na poziomie kryminalnym i psychologicznym, fenomenalnym zestawem postaci drugoplanowaych oraz niesamowitym pietyzmem i dbałością o szczegóły. Nie chciałbym psuć nikomu przyjemności z oglądania, toteż nie mogę skonkretyzować sytuacji w fabule serialu, wierzcie mi jednak na słowo, że ilość i jakość wątków pobocznych oraz fakt jak sprawnie łączą się z głównym, zadowoli nawet ekstremalnie wymagających widzów. Na osobny akapit zasługują postaci, gdyż to element tak samo doskonały jak sama fabuła. Mamy tutaj bowiem do czynienia z bardzo wiarygodnym protagonistą; najlepszym, najbardziej złożonym i charyzmatycznym antagonistą, jakiego wydał na świat japoński przemysł animowany, oraz mnóstwem postaci drugoplanowych, z których każda (!) jest bardzo charakterystyczna, niejednoznacza i na przestrzeni ponad siedemdziesięciu odcinków ewoluuje! Pojawia się także szereg postaci epizodycznych, ale z całą pewnością nie marginalnych. Każda z nich posiada własną, autonomiczną historię, spuentowaną w znakomitej większości w sposób iście niebanalny. W każdą z postaci wcielili się czołowi japońscy seyuu, którzy głosami tworzą często swoje najlepsze kreacje w karierze. Dość powiedzieć, że samym tylko głosem Nozomu Sasaki wcialający się w tytułowego potwora, nadaje mu nie mniej charyzmy, niż Anthony Hopkins Lecterowi. I mówię to bez cienia przesady.
Technicznie jest to absolutna czołówka, jeśli chodzi o japońskie seriale animowane. Sama kreska jest jednak nieco inna, niż ta, do której co niektórzy zdążyli się już przyzwyczaić, oglądając anime. Postaci rysowane są w konwencji realistycznej, zatem nie uświadczymy tutaj dużych maślanych oczu czy kropel potu na pół twarzy. Ich animacja, mimika, to bardzo dobry poziom japońkich seriali. Osobno muszę potraktować o tłach i przestrzeniach w anime, gdyż ten element został wykonany z rzekłbym: skrajnym pietyzmem. Za przykład niech posłuży fakt, że w jednej z praskich restauracji przeczytamy w menu trzymanym przez jednego z bohaterów zestaw dań w języku czeskim. W Dusseldorfie zaś w niemieckim. A to wszystko tylko wierzchołek góry lodowej. Przez lwią część seansu obraz utrzymany jest w ciemniej, wyciszonej kolorystyce, co idealnie współgra z cieżkim i brutalnym klimatem historii. Muzykę skomponował Kuniaki Haishima, wywiązując się ze swojego zadania doskonale. Utwory są w większości liryczne, kapitalnie współgrając z wydarzeniami na ekranie. Wiem, że brzmi to jak standardowy, obowiązkowy rys na temat muzyki w filmie, jednak uwierzcie mi - te same utwory, ale w różnych sytuacjach i aranżacjach potrafią spotęgować wrażenia kilkukrotnie, podobnie jak emocje widzów. Opening to małe arcydzieło samo w sobie, gdyż na dobrą sprawę opowiada tę historię po swojemu. Pozornie oderwane od siebie obrazy w końcowym rozrachunku nabierają konkretnego znaczenia, powodując u widza reakcję: "Aha, czyli to o to chodziło!". Jakby tego było mało Endingi (są dwa, a w zasadzie dwie inne piosenki, ale to samo tło) są także bardzo treściwe, gdyż ilustrują je fragmenty pewnej bajki, która w anime ma wymiar symboliczny, a jednocześnie mocno zakorzeniony w rzeczywistości jednego z bohaterów.
W kilku słowach podsumowania niektórzy z pewnością oczekują słów: "Pozycja jest świetna, poza małymi rysami w postaci...". I tutaj się mile rozczarują, gdyż nic takiego tutaj nie ma. Z pełną świadomością, po obejrzeniu kilkuset anime w życiu, stwierdzam, iż "Monster" jest produkcją bez wad. Kapitalna, skomplikowana i rozbudowana intryga, przebogaty zestaw postaci na każdym planie, bardzo dobra kreska i animacja, wreszcie doskonała muzyka ilustracyjna. I ta powalająca na kolana ostatnia scena... Polecam z całego serca wszystkim, którzy wymagają od anime czy filmów czegoś więcej, niż psychologii dla ubogich i dziesiątek kilogramów wystrzelonego ołowiu.
|