Recenzja pojawiła się wcześniej w serwisie Paradoks
Recenzję "Strefy X" zacznę nietypowo, bo od krytyki kampanii reklamowej przeprowadzonej przez rodzimego dystrybutora filmu w naszym pięknym kraju. "Krytyka" to oczywiście słowo dobrane bardzo dyplomatycznie, bo w słowniku łaciny podwórkowej z pewnością znalazłoby się z tuzin bardziej pasujących określeń, ale nie wnikajmy w kwestie semantyczne. Polska wersja plakatu posiada, oprócz tandetnie doklejonych w jakimś programie graficznym masek przeciwgazowych, jedno z najbardziej żenujących haseł reklamowych ostatnich lat ("film sci-fi, który spodoba się dziewczynie i historia miłosna, którą chciałby zobaczyć facet"). Dodatkowo, lwią cześć powierzchni reklam, które można zobaczyć stojące w kinach, zajmuje jarząca się wściekłym pomarańczem reklama konkursu z wycieczką do Meksyku w ramach pierwszej nagrody. Czyżby dystrybutor założył agencję turystyczną w celu dorobienia sobie na boku? Spece z Best Film postanowili też przemianować oryginalny tytuł, więc zamiast (istotnych dla wydźwięku filmu) "Potworów" do kin weszła "Strefa X". Ponieważ literka "X" najwyraźniej wygląda tak obco i tajemniczo, że od razu kojarzy się z kinem SF...
|
 |
 |
|
Książek nie ocenia się po okładce, więc na obraz nie należy patrzeć przez pryzmat marketingowej porażki, w końcu film powinien bronić się sam. I pod kilkoma względami broni się całkiem skutecznie. W filmowej rzeczywistości ludzie natknęli się na życie na innej planecie. Niestety, transportująca pobrane próbki sonda kosmiczna ulega zniszczeniu podczas wchodzenia w atmosferę Ziemi i rozbija się gdzieś w Meksyku. Jak nietrudno się domyślić - w ten sposób nasza planeta zostaje "zarażona" obcą formą życia, a rządy państw Ameryki Północnej wydzielają rozciągającą się od Atlantyku do Pacyfiku strefę zamkniętą, odgradzając się od obcych form życia wysokimi murami. Historia przedstawiona w filmie zaczyna się sześć lat po tym wydarzeniu, kiedy do Meksyku (na prośbę przyjaciela) przyjeżdża fotograf, którego zadaniem jest dopilnowanie bezpiecznego powrotu córki swojego pracodawcy do USA.
Podobnie jak w "Dystrykcie 9" mieszkańcy okolic muru przyzwyczaili się (na ile to możliwe) do obecności gości z innej planety. Ich problemem nie są jednak insektopodobne humanoidy, a mierzące po kilkadziesiąt metrów "ośmiornice", których wyglądu twórcy nie ukrywają już od pierwszej sceny. Świat przedstawiony wykreowany jest prostymi środkami (jak na branżowe standardy, film kosztował grosze), ale jest się w stanie w niego uwierzyć. Tak jak w kinie SF jest zazwyczaj - kosmici to politycznie neutralny przeciwnik, a miejsce akcji to "uniwersalna" strefa konfliktu zbrojnego. Pierwszy akt filmu poświęcony jest więc ludziom - ludziom doskonale zdającym sobie sprawę z tego, że codziennie grozi im niebezpieczeństwo, ale przyzwyczaili się już do tego i postanawiają ryzykować, byle tylko nie porzucać swoich domów. Do pierwszego aktu w szczególny sposób odnosi się również oryginalny tytuł - "Monsters" - a twórcy stawiają stare jak świat pytanie: kto jest prawdziwym potworem? Okazuje się, że podczas walki z kosmitami ogromne straty ponosi ludność cywilna, która dla wojska jest tylko linijką tekstu w raporcie, w kolumnie "collateral damage". To nic złego, że temat wydaje się mało odkrywczy, w końcu kino nie raz i nie dwa udowadniało, że sposób opowiedzenia historii może być bardziej istotny niż jej treść. Ta część filmu, która dzieje się w mieście jest moim zdaniem udana, a smaczki takie jak graffiti przedstawiające czołgi toczące bój z mackowatymi obcymi skutecznie budują klimat. Problemy zaczynają się później.
|
 |
 |
|
Względnie szybko okazuje się, że "Strefa X" to kino drogi. Bohaterowie muszą przedostać się przez zamkniętą strefę i dotrzeć do granicy Stanów Zjednoczonych oraz, zgodnie z prawidłami rządzącymi kinematografią, przejść przemianę lub zdać sobie sprawę z Czegoś Ważnego. Pod tym względem film zawodzi - główni bohaterowie są bowiem nudni i zupełnie przewidywalni. On - fotograf pragnący wykonać To Zdjęcie, które przyniesie mu sławę i pieniądze. Ona - zagubiona dziewczyna, która wkrótce ma wyjść za mąż, ale nie jest pewna swojego uczucia. Już od pierwszych scen wiadomo, że On będzie miał okazję uwiecznić niezwykłą chwilę, a Ona rozmyśli się i obdarzy uczuciem nowego współtowarzysza. Nie ma tu żadnej niespodzianki, nie ma emocji, wszystko jest jasne od początku. Niekiedy denerwować może również zachowanie bohaterów, którzy wydają się nie posiadać świadomości sytuacji, w której się znaleźli, działając zwyczajnie głupio. Idealnym przykładem jest szczere zdziwienie głównego bohatera na widok mających go eskortować najemników. Zdziwienie wynika z faktu, że najemnicy są... uzbrojeni, co jest jak najbardziej logiczne, biorąc pod uwagę niebezpieczeństwa czyhające na każdym kroku w zajętym przez obcych tropikalnym lesie. Nie przeszkadza to jednak bohaterowi zadać rozbrajającego pytania: "po co im broń?"
Droga, którą przebywają bohaterowie w sensie fizycznym również jest mało ciekawa. Oglądanie rdzewiejących wraków statków i walących się, opuszczonych budynków nie raziłoby tak bardzo, gdyby nie było przedstawione tak schematycznie: wrak, budynki -> scena rozmowy bohaterów o niczym -> znowu wrak -> kolejna scena rozmowy o niczym (lub o tym, czy wykonywanie zawodu korespondenta wojennego jest moralne) -> jeszcze jeden wrak, następny budynek. W pewnym momencie można dojść do wniosku, że wszystko widzieliśmy już na samym początku podróży, a dalej jest już tylko jeszcze więcej tego samego, bo montażysta chciał w ten sposób dodać kilka minut do zbyt krótkiego filmu.
|
 |
 |
|
Wychodzi więc na to, że ciekawe pomysły skończyły się twórcom gdzieś około jednej trzeciej filmu. Równowagą dla nijakich bohaterów było na początku ciekawe tło, które po zamianie z przygranicznego miasta na głęboką dżunglę zupełnie straciło na znaczeniu. I na nic zdała się (w założeniu - mająca grać na emocjach) scena odnalezienia zwłok dziecka, skoro w drugiej połowie filmu najbardziej w oczy rzuca się zamiłowanie reżysera do filmów Stevena Spielberga, bo kopiuje po jednej scenie z "Parku Jurajskiego" i "Wojny światów".
4/10, czyli jedna trzecia zaokrąglona do góry.