Kino z gatunku dramatu sądowego to dość ciekawy odłam. Przede wszystkim
sprawnie zrealizowany film tego typu, w jakimś stopniu ukazuje kulisy
pracy prawników, sędziów, ławy przysięgłych, czy generalnie pokazuje
przebieg procesu. Nawet jeśli przyjmie się, że jest to jednak film, a
więc rządzi się własnymi prawami, niekiedy mocno odbiegającymi od
rzeczywistości, to jednak pozostaje pewnego rodzaju uczucie odkrycia.
Tym bardziej, że w większości przypadków oglądamy procesy rozgrywające
się za wielką wodą, trudno osobiście zweryfikować filmowy przekaz, więc
przyjmujemy że mniej więcej właśnie tak to wygląda.
Inną charakterystyczną cechą takiego kina jest powiązanie z prawem i
moralnością, czyli z tym z czym spotykamy się wszyscy na co dzień. Co
lepsze produkcje potrafią zmusić nawet najbardziej opornego widzą do
chwili zastanowienia, bo dramat sądowy pokazuje jak istotny wpływ na
funkcjonowanie (w tym egzekwowanie) prawa ma czynnik ludzki. Z pozoru
proste sytuacje, z punktu widzenia kodeksu wręcz klarowne, nabierają
innych barw w trakcie procesu. Każdy przypadek jest inny, wymaga
dogłębnej analizy wydarzeń, motywów, a tego nie sposób ująć w żadnym
zbiorze prawnym.
Pomysł na "Morderstwo pierwszego stopnia" był doskonały: precedensowa
sprawa, do tego o morderstwo z premedytacją, a całość z niezłą obsadą.
Film w zasadzie spełnia wszystkie kryteria, o których wspomniałem wyżej,
dlaczego więc zawodzi?
Już na wstępie zostajemy poinformowani, że inspiracją były
autentyczne wydarzenia. Nie mam zamiaru grzebać w przeszłości i
analizować fakt po fakcie, na ile twórcy są wierni temu co miało
miejsce, bo nie to jest w filmie najważniejsze. Warto jednak zaznaczyć,
że po takim wstępie widz będzie podchodził do filmu bardziej
emocjonalnie niżby do historii wyssanej z palca. Ale nawet mimo tego
czułem się trochę zawiedzony.
Główny bohater James Stamphill (Christian Slater), świeżo upieczony
prawnik, ma się zająć obroną Henri Young'a (Kevin Bacon), recydywisty,
winnego morderstwa pierwszego stopnia. Henri ma za sobą długą odsiadkę w
więzieniu Alcatraz i co dość istotne, ponad 3 letni pobyt w więziennej
izolatce. Tuż po opuszczeniu tzw. lochu Henri zabił człowieka, przez
którego podobno trafił do podziemi. W świetle panującego prawa Henri
jest winien, a ewentualne wątpliwości może rozwiać 200 świadków
obserwujących całe zajście (do morderstwa doszło na więziennej
stołówce). Jego obrońca widzi w tym okazję, mimo że jego sprawa, na
pierwszy rzut oka, wygląda na przegraną. Odpowiedź na pytanie dlaczego
Henri ma nie być wysłany do komory gazowej otrzymujemy dość szybko i to
wprost - więzienie zrobiło z niego mordercę, winni są strażnicy,
naczelnik, Henri był tylko narzędziem w ich rękach. I tej linii obrony
młody prawnik będzie się trzymał. To zaledwie wstęp, a już wszelkie
rewelacje mamy za sobą. Dalej jest dość tradycyjnie, czy mówiąc brzydko
- sztampowo. Młody (gniewny) obrońca będzie odgrywał protektora
moralności, sam przeciw wszystkim, dla powodzenia sprawy stanie się
przyjacielem Henri'ego, porzucił pracę w urzędzie. Właśnie, dla
powodzenia sprawy! Otóż James pragnie wygrać sprawę dla samej wygranej,
jak to sam tłumaczy (zresztą wielokrotnie w filmie pada to
stwierdzenie), żeby sprawiedliwości stało się zadość. A gdzie w tym
wszystkim człowiek? I czym jest ta sprawiedliwość? Obrońca nie robi tego
w imię własnego poczucia moralności, nie robi tego z szacunku do
drugiego człowieka, czy w oparciu o niepisane prawo do życia. I jego
postawa w żaden sposób się nie zmienia, co wygląda dość dziwnie, bo
chłopak usilnie stara się pokazać ludziom szarą strefę, nie bardzo
wiedząc po co to robi. No tak, zapomniałbym, żeby sprawiedliwości stało
się zadość ;).
Przez cały film czekałem na jakąś rewelację, jakiś zwrot, których
przecież pełno w dramatach sądowych, ale nie doczekałem się. To co
zostaje podane na tacy na początku to wszystko co mają do zaoferowania
twórcy, fabuła jest bardzo prostoliniowa. Naturalnie jest tu trochę
dramatyzmu, jednak wywoływanego przez tradycyjne, hollywódzkie zagrywki,
tanie chwyty (pojawienie się łez na obliczu którejś z postaci i ckliwa
muzyka... litości). Tu ujawnia się zupełne niedoświadczenie reżysera,
który buja się zmieniając co chwile ton i klimat historii. Ze
zrozumiałych względów całość powinna być poważna, a tuż przed
kulminacyjną chwilą atmosfera rozluźnia się, a scena zostaje
przepełniona humorem sytuacyjnym, który pasuje do reszty jak pięść do
nosa. Podobnie jest ze sposobem filmowania całości. W kilku scenach
kamera wykonuje za dużo ruchów. Na przykład podczas pierwszej rozmowy
obrońcy z oskarżonym kamera lata wokół celi niczym w filmach akcji. Jest
to jak na dramat sądowy dość nowatorskie, ale i bardzo denerwujące.
Takie kompletne pomieszanie z poplątaniem nie wpływa pozytywnie na
odbiór całości.
Jak wspominałem wcześniej obsada filmu wygląda imponująco, niestety
tylko na plakacie. Na pierwszym planie Kevin Bacon, bardzo ciekawa
kreacja, choć w kilku miejscach zbyt udziwniona. Henri raz jest w stanie
niemalże katatonicznym, nagle nabiera ochoty do mówienia, otwiera się,
by w chwilę później znowu trochę się w sobie zamknąć, cała sytuacja
powtarza się kilka razy. Poza tym Bacon nie wypracował żadnego
charakterystycznego gestu, miny, dzięki której postać nabrałaby wyrazu.
Myślę, że głównie przez to miałem przed oczami Kevina Bacona grającego
Henri'ego, a nie Henri'ego Young'a we własnej osobie. Partnerem Bacona w
filmie jest Christian Slater. Nie wiem czy facet ten nie nadaje się do
tego typu ról, czy może nie miał ochoty jej grać, a może miał po prostu
zły dzień (na planie), w każdym razie jest beznadziejny. Sprawia
wrażenie raczej cwaniaka, podwórkowego rozrabiaki, niż faceta, który
całe życie studiował prawo. Poza tym nie widać zupełnie przyjaznej
więzi, która miała się narodzić między tymi dwoma panami. Gdy są razem w
kadrze popadają w niewytłumaczalną sztuczność...
Na dalszym planie oglądamy Gary'ego Oldmana, w roli bezwzględnego i
nieludzkiego naczelnika więzienia. Niestety jego obecność na ekranie
została mocno ograniczona, Oldman zwyczajnie nie ma okazji pokazać
wachlarza swoich możliwości (a przecież rola niemalże stworzona dla
niego). Podobnie wygląda sytuacja z innymi aktorami: Bradem Dourifem,
Willamem H.Macy'm czy Stepehenem Tobolowsky'm. Są dobrymi aktorami,
jestem tego pewien, bo widziałem na własne oczy, w jaki wspaniały sposób
potrafią ożywić graną postać, nadać jej charakterystyczne cechy, ale nie
tutaj. Wygląda to tak jakby reżyser zwracał im uwagę, żeby "za bardzo"
nie grali, bo gotowi zepchnąć na dalszy plan Bacona i Slatera. Smutne
ale prawdziwe.
Jako jedyny, zmowę aktorskiego "nie-grania" przerwał R.Lee Ermey.
Wcielił się w rolę sędziego, osobę prawą i sprawiedliwą, w chwili
uniesienia trochę zabawną ze względu na akcent i typowy dla Ermey'a
sposób mówienia.
Wart wspomnienia jest również epizod Kyry Sedgwick jako prostytutki.
"Morderstwo pierwszego stopnia" mogło być filmem bardzo dobrym,
niestety zewsząd pojawiają się różne elementy negatywnie wpływające na
odbiór opowieści. Sama historia jest bardzo ciekawa (fabularnie),
postawiony problem niebanalny i wciąż aktualny. Niestety zbyt
powierzchowne podejście, brak wyczucia twórców, czy może zwyczajnie brak
doświadczenia sprawia, że film wygląda jak wygląda.
Ocena : 6/10
 |
Tytuł oryginalny:
Murder in the First
Tytuł polski:
Morderstwo pierwszego stopnia
Reżyseria: Marc Rocco
Scenariusz: Dan Gordon
Zdjęcia: Fred Murphy
Montaż: Russell Livingstone
Muzyka: Christopher Young
Czas trwania: 122 minuty
Produkcja: 1995 / USA
Występują:
Christian Slater,
Kevin Bacon,
Gary Oldman,
William H. Macy, Stephen Tobolowsky, Brad Dourif, R. Lee Ermey, Mia
Kirshner
|
| Autor recenzji: Tomasz Stankunowicz - PHONIK |