"Motel", jak podpowiada nam sam tytuł, opowiada o pewnym przybytku, gdzieś poza głównymi drogami i autostradami (to w domyśle), który służy przenocowaniu umęczonych i stęsknionych za normalnym łóżkiem podróżnych. Do takiego miejsca trafia małżeństwo z problemami - David i Amy Fox, którzy jadąc do rodziny (tak mi się przynajmniej zdaje, wybaczcie, wyleciało mi z głowy) gubią drogę, a później, z powodu nieuwagi łapią gumę. W okolicy znajduje się jeden, jedyny motel, więc... Już od samego początku - od momentu spotkania specyficznego właściciela wyczuwają, że coś jest nie tak, ale są zbyt zmęczeni podrożą, kłótniami i własnym towarzystwem, żeby się tym przejąć i zwalają całą sprawę na odosobnienie. Jednakże, już w samym pokoju pojawia się dosyć znacząca kwestia, która wszystko zmieni. Mianowicie, odkrywają zbiór kaset VHS, na których zapisane zostały ohydne zbrodnie w przypominającym do złudzenia ich miejsce pobytu pokoju. Gaśnie światło.
Brzmi maksymalnie stereotypowo? I takie też jest, choć może to zbyt pejoratywne określenie, bo sugerujące, że film jest prześwietloną kliszą. Nie jest. Czym więc jest? Klasycznym thrillerem, jakich już się praktycznie nie kręci; jakie kręcono kiedyś, zanim weszły efekciarskie F/X i przekombinowane twisty. Obrazem nastawionym nie na kolorowo-jarmarczną wizualizację, lecz podświadomy domysł. "Motel" wywodzi się z klasycznego motywu, który jest z kinem od początku jego istnienia - strachu. Obawa przed takim czy innym zagrożeniem pojawia się w wielu produkcjach, nawet komediowych i nie musi wcale oznaczać samego strachu - może być ostrzeżeniem, pouczeniem, analizą, czy też przybrać maksymalnie rozrywkowe kształty. Natomiast obawa przed śmiercią doczekała się już w przypadku X muzy tylu różnych wariacji, opisów i barwnych przesad, że coraz trudniej w kinie przestraszyć, bo to wszystko po prostu już kiedyś było i jest znane, co czyni je mniej efektywnym. Kino przyzwyczaiło nas do śmierci, ale śmierci efektownej i dramatycznej, śmierci nierzeczywistej, bo wziętej w klamrę atrakcyjnej fikcji. Produkcji przedstawiających taki obrazek śmierci są tysiące, co doprowadziło w efekcie do zatracenia samej konwencji. Wręcz przesytu samą sobą, bo ile można wymyślać nowe sposoby uśmiercania fikcyjnych bohaterów. "Motel" nie odchodzi ani na krok od wyznaczonej ścieżki, ale wpisuje się w tą bardziej klasyczno-realistyczną konwencję, bo główni bohaterowie nie wbiegają oprawcom pod noże, tylko wykazują się inteligencją i na tyle, na ile pozwala sytuacja - zimną krwią. Film nie przedstawia żadnych ociekających krwią i posoką nadludzi z przerośniętymi barami (czy innymi częściami ciała), którzy szlachtują wszystko co się dookoła rusza, lecz hipotetyczne wydarzenie, które teoretycznie mogło się zdarzyć. Równocześnie jest to konwencja umowna, bo pozwala widzowi obejrzeć reakcję podobnych jemu postaci siedząc w kinowym czy domowym zaciszu, mając (przeważnie) jakąś inną osobę na wyciągnięcie ręki. Taka zabawa emocjami jest, była i prawdopodobnie będzie jeszcze długo popularna, bo pozwala przeżyć autentyczny strach i obawę przed nieprzyjemnymi "atrakcjami" bez otrzymywania ich konsekwencji - nikt na filmie nie umiera, chyba że z nudów, albo dlatego, że zapomniał wyłączyć kuchenki gazowej. Filmowa fikcja miesza się bezpiecznie z rzeczywistością pozwalając przeżyć ekstremalną przygodę - to nic, że umowną i nieprawdziwą, ważne, że w efekcie widz wychodzi zwycięski - zawsze z takiej sytuacji wyjdzie. Czego chcieć więcej.
Nie wiem czy zachęcać, czy zniechęcać do "Motelu". Nie jest to z pewnością jakaś wybitna rozrywka (chyba, że ktoś lubi klimaty snuff movies ;)), ale ogląda się go dość dobrze i co najważniejsze - szybko. Z pewnością nie zostanie on na długo w pamięci, nie wyryje się ociekającymi zgłoskami w psychice i nie zmusi umysłu do kreatywnych inspiracji wydarzeniami z motelu podczas snu. Zwalę więc teraz wszystko na kwestię oczekiwań: jeśli ktoś się spodziewa dwójki przerażonych ludzi uciekających przed niechybną i dosyć groteskową śmiercią, thrillera nastawionego na suspens i emocje, a nie wywoływanie obrzydzenia, to powinien się na tej produkcji całkiem nieźle bawić / bać / udawać, że się nie boi żeby zaimponować dziewczynie. Jeżeli natomiast ktoś oczekuje nieustającej akcji, hektolitrów czerwonej farby i latających ze szwajcarską systematycznością flaków, to się niechybnie zawiedzie, bo nie uświadczy tam żadnego Johna McClane'a drącego się do motelarza "Yippee-ki-yay, motherfucker!". To prosta, fikcyjna opowiastka operująca na podświadomych niepokojach każdego, bezpieczna podróż tam i z powrotem do ekstremalnej sytuacji, po której można poczuć się lepiej. Albo nic nie poczuć. Nie mniej. Nie więcej. Wybór pozostawiam więc otwarty.
 |
MOTEL
Tytuł oryginalny: Vacancy
Rok i kraj produkcji: 2007 / USA
Czas trwania: 80 minut
Reżyseria: Nimrod Antal
Scenariusz: Mark L. Smith
Zdjęcia: Andrzej Sekuła
Muzyka: Paul Haslinger
Obsada:
| Kate Beckinsale | .....Amy Fox |
| Luke Wilson | .....David Fox |
| Frank Whaley | .....Mason |
| Ethan Embry | .....Mechanik |
| Scott G. Anderson | .....Zabójca |
| Mark Casella | .....Kierowca ciężarówki |
| David Doty | .....Policjant z patrolu |
|
 |
 |
Autor recenzji: Dariusz Kuźma - BEOWULF |
Klub Miłośników Filmu 01.08.2007 |
|