To miał być ważny film. Ważny dla Sylvestra
Stallone, wielkiego gwiazdora kina akcji lat 80-tych, który na początku
lat 90-tych spróbował swych sił w komediowym repertuarze. Niestety nie
do końca poszło tak jak powinno i mimo tego, że "Oscar" był kapitalną
farsą w starym stylu, to już "Stop! Or My Mom Will Shoot" klopsem. Razem
zarobiły liche pieniądze i Sly zaniepokojony faktem, że coraz rzadziej
będzie pojawiać się na dużym ekranie, postanowił wrócić do klasycznego,
pełnokrwistego kina akcji. Napisał zatem scenariusz, który zaakceptowali
szanowni panowie producenci Mario Kassar i Andrew Vajna z Carolco
Pictures i zaprosił na stołek reżyserski Fina Renny'ego Harlina. Wszyscy
razem w znoju i pocie czoła ciężko pracowali aby ostatnia dekada
dwudziestego wieku wciąż była pasmem sukcesów Sly'a. Aby zwyczajnie
wyszło z tego coś dobrego. I wyszło.
Fabularnie rewelacji nie było.
Scenariusz to tradycyjna historia "dobrego" - ratownika górskiego Gabe'a
Walkera (Sylvester Stallone), który przypadkiem zostaje zaangażowany do
akcji ratunkowej, a celem jej jest odnalezienie rozbitków z katastrofy
lotniczej w mroźnych górach. Pomaga swemu byłemu przyjacielowi Halowi
Tuckerowi (Michael Rooker), który obwinia go o śmiertelny wypadek
ukochanej dziewczyny. Rozbitkami okazuje się banda rzezimieszków, która
wcześniej skradła 300 milionów dolarów w gotówce, nieszczęśliwie gubiąc
je podczas wypadku. Na czele bandy stoi ten "zły" - Eric Qualen (John
Lithgow). Oczywiście pojawia się też w całym zamieszaniu "piękna
kobieta" tego "dobrego" czyli przeurocza Jessie Deighan (Janine Turner).
Prawda, że proste? Prawda, że znane? Ale jak to się ogląda! Prawda?
Już pierwsze minuty diabelnie mocno
trzymają w napięciu, i są sporym wyzwaniem dla tych co to lęk wysokości
mają. Kilkuminutowa sekwencja z wiszącym nad przepaścią dziewczęciem,
pod względem dramaturgicznym jest wzorem godnym do naśladowania, jak
i... parodiowania, co też stało się w filmie "Ace Ventura: When Nature
Calls". Później akcja biegnie na złamanie karku, od czasu do czasu dając
chwilę na złapanie oddechu. Czy to scena kradzieży, czy katastrofy
samolotu - wszystko wyreżyserowane z perfekcyjną precyzją, mogąc być
kanonem w swym gatunku. Większość filmu rozgrywa się na lądzie stałym, w
pięknie sfilmowanych górach skalnych, po których hasa niczym górska
łania Sylvester Stallone. Przeszkód jest wiele aby szczęśliwie dobrnąć
do końca filmu, lecz mimo tego, że przewaga liczebna przeciwników jest
znaczna, to doświadczenie i hart ducha przeważają szalę zwycięstwa na
jego stronę. Największe atuty "Cliffhangera" to niewątpliwie
kipiące dynamizmem sceny akcji oraz szybkie tempo, które z odrobiną
napięcia tworzą solidne, klasyczne i niezapomniane kino dające mocny
zastrzyk adrenaliny. Jak to bywa w produkcjach stricte rozrywkowych,
także i w tym przypadku można wypatrzeć kilka 'przegięć', chociażby
bieganie Walkera w cienkim sweterku przy kilkunastostopniowym mrozie czy
kąpiel w tym samym odzieniu, w lodowatej wodzie, co absolutnie nie
przeszkadza w obserwowaniu zapierającej dech w piersiach akcji. Reżyser
Renny Harlin pochodzący ze Skandynawii, wyraźnie dużym sentymentem darzy
swe rodzinne rejony i wcale nie mam mu tego za złe, bo ja również
uwielbiam patrzeć na ośnieżone stoki górskie (szczególnie ładnie
sfilmowane), a filmy w tej scenerii wyjątkowo celnie trafiają w mój gust
(ach ten orzeźwiający klimat...). "Cliffhanger" nie jest w tym przypadku
wyjątkiem, za co bardzo mu dziękuję ;)
Aktorzy jak to w kinie akcji zazwyczaj
bywa, nie są najważniejsi, ale wspomnieć o nich warto. Stallone czuje
się w swej roli jak ryba w wodzie; biega, skacze, pływa, ucieka, znów
biega i na koniec eliminuje "złego" (tylko proszę nie mówić, że nie
przewidzieliście tego!). Znów może uratować kilka dobrych istnień,
pognębić "złych", i odzyskać dawną miłość i przyjaciela. Niczym
prawdziwy bohater, albo nawet superbohater, ucieleśnienie dobra - jak za
starych dobrych czasów. Jego przeciwnik - John Lithgow - to klasyczny "badguy",
bez odrobiny sumienia, bezwzględny, walczący o swoje do samego końca,
zagrany z werwą, bez szarżowania i zbędnych grymasów. Jeśli zaś chodzi o
rolę kobiecą, to została potraktowana nieco po macoszemu i raczej w
kategoriach ozdobnika, dlatego też Janine Turner (pamiętna rola Maggie w
serialu "Przystanek Alaska"), choć starała się jak mogła, to do zagrania
miała niewiele. Jednego odmówić jej jednak nie można - uroku. Wszystko
to w całość spina w swą muzyką Trevor Jones, całkiem dobrze wywiązawszy
się ze swego zadania. Szczególnie zapada w pamięć motyw przewodni
pojawiający się w filmie kilka razy.
Koniec końców "Cliffhanger" dzięki
uporowi Sylvestra Stallone oraz Renny'ego Harlina, stał się wielkim
sukcesem z trzema nominacjami do Oscara na koncie (co prawda technicznymi, ale
zawsze!) za dźwięk, efekty wizualne oraz efekty dźwiękowe. Przede
wszystkim jednak, "Na krawędzi" to wielki powrót do megagwiazdorskiej
pierwszej ligi w wykonaniu Sly'a, który przez kolejne kilka lat będzie
kręcił przebój za przebojem (w "swym" gatunku): "Demolition Man", "Daylight",
"The Specialist", aby w 1997 roku zaskoczyć wszystkich znakomitą rolą w
dramacie "Cop Land" i udowodnić tym, którzy jeszcze się nie przekonali,
że aktorem jednak jest świetnym. Harlin i Stallone spotkali się ponownie
na planie podczas realizacji filmu "Driven".
tytuł oryginalny:
CLIFFHANGER
tytuł polski: NA KRAWĘDZI
rok produkcji: 1993
|
 |
premiera USA: 28.05.1993
premiera polska: 11.1993 – kino (Imperial)
wytwórnia: Carolco Pictures
budżet: 65,000,000 $
obsada:
Sylvester Stallone .... Gabe Walker
John Lithgow .... Eric Qualen
Michael Rooker .... Hal Tucker
Janine Turner .... Jessie Deighan
Rex Linn .... Richard Travers,
Caroline Goodall .... Kristel, Jetstar
Leon .... Kynette |
 |
| Autor recenzji
:
Tomek Urbański - TOMASHEC Podziękowania dla PREDATORA za zrzutki z DVD |
|
Klub Miłośników Filmu |
04.II.2005
|