"Geniusz Wajdy polegał na tym, że rozumiał on, jak daleko można się posunąć. Reżim mówił "Dotąd", a on szedł o centymetr dalej. Ja natomiast szedłem o metr dalej i spadałem w przepaść."

Andrzej Żuławski

Co to jest "pułkownik"? Wiadomo - to stopień oficerski wojsk lądowych. A co to jest "półkownik"? Młody człowiek wzruszy ramionami w niewiedzy, a niekumaty polonista wytknie błąd ortograficzny. Pojęcie to znają natomiast starsi widzowie i twórcy filmowi z naszego kraju. Półkownik to film, który zamiast na ekrany kin, trafił na tzw. półkę. Przyznać trzeba, że obecnie taka półka byłaby idealnym miejscem dla wielu pokracznych filmideł, zajmujących niepotrzebnie miejsce na ekranach. Drzewiej powody "nominacji" na półkownika były zgoła inne. Mianowicie ideologiczne. Dobrze to pojęcie znał też Andrzej Żuławski. Urodzony w 1940 roku we Lwowie, cudem przetrwał koszmar II wojny światowej, ukończył reżyserię na Instytucie Wyższych Studiów Filmowych w Paryżu, studiował filozofię w Warszawie, na Sorbonie i Uniwersytecie Paryskim. W latach 60. był asystentem Andrzeja Wajdy na planie "Samsona" i "Popiołów". Zadebiutował dwoma krótkimi filmami dla Telewizji Polskiej. W 1971 roku zaprezentował swój pełnometrażowy, kinowy debiut "Trzecia część nocy". W kinie polskim objawił się twórca niezwykły. Wojenne wspomnienia jego ojca, Mirosława Żuławskiego, który podczas okupacji był we Lwowie karmicielem wszy w Instytucie Weigla, produkującym szczepionkę przeciw tyfusowi plamistemu, Andrzej Żuławski przeniósł na ekran w szokującej formie. Zamiast prostej historycznej rekonstrukcji, zaproponował halucynacyjną, gwałtowną, okrutną i nasyconą symboliką podróż po zakamarkach zdeptanego człowieczeństwa głównego bohatera. Za pomocą Leszka Teleszyńskiego i Małgorzaty Braunek po raz pierwszy pokazał swych bohaterów, żyjących niczym w narkotycznym transie. Szalona praca kamery Witolda Sobocińskiego, plus natchnione dialogi dopełniły wizerunku artysty wyjątkowo interesującego i niepokojącego. Szczególnie dla komunistycznej władzy. "Trzecia część nocy" posiadała tylko sześć kopii eksploatacyjnych. Film szybko został zdjęty z ekranów. Był zbyt prawdziwy, zbyt dosłowny, zbyt groźny.

Mimo to w 1972 roku Andrzej Żuławski pokazał cenzorom swój drugi film "Diabeł". Wyrok: półka. Umieszczenie akcji w 1793 roku, w trakcie drugiego rozbioru Polski, nie zmąciło czujności aparatu politycznego, który w historii niedoszłego królobójcy Jakuba, za namowami diabolicznego Nieznajomego znaczącego swój trakt we krwi i wyuzdaniu, dostrzegł niesłychaną dawkę wywrotowej perwersji. Nic dziwnego, reżyser napisał scenariusz jeszcze w 1968 roku, pod wpływem wydarzeń marcowych. Cenzorzy byli w takim szoku i takiej bezradności, że sprowadzili radziecką panią minister kultury, która natychmiastowo zwolniła polskiego wiceministra kultury ds. kinematografii i zamknęła "Diabła" pod kluczem na 18 lat. Teoretycznie film przestał istnieć. Lecz kiedy po latach Andrzejowi Żuławskiemu udało się dokopać do puszek ze swoim dziełem, celuloid był w stanie sporego zużycia. Kłamliwa władza zabrała mu film, a później wyświetlała go sobie nad wyraz często na tajnych seansach...

Pomożecie? Pomożemy! Nawet w przegnaniu na cztery wiatry człowieka, którego twórczość godziła w sojusze. Dziś brzmi to nieprawdopodobnie, ale w komuszych czasach nawet za zrobienie filmu można się było pożegnać z siermiężnym spokojem. Zamknięcie filmu było tylko początkiem represji wobec niepokornego twórcy. Żuławski otrzymał od umundurowanego przedstawiciela władz paszport i propozycję nie do odrzucenia, parafrazowo skondensowaną do słów "spieprzaj dziadu". Reżyser zostawił w Polsce żonę Małgorzatę Braunek i ich malutkiego syna Xawerego, i poleciał do znanego sobie Paryża. Tam utrzymywał się m.in. z anonimowego pisania scenariuszy (tam też spotkał zwolnionego szefa kinematografii, który cieszył się z faktu, że dzięki Żuławskiemu ma teraz ciepłą posadkę ambasadora UNESCO w Paryżu). Wreszcie w 1975 roku otrzymał szansę zrobienia filmu "L'Important c'est d'aimer" ("Najważniejsze to kochać") z Romy Schneider, która, zachwycona "Trzecią częścią nocy", bardzo chciała zagrać u Żuławskiego. Francuska ekipa była przerażona metodą pracy Żuławskiego i autora zdjęć Andrzeja J. Jaroszewicza, którzy rozbili w puch tradycyjnie pojmowaną technikę realizatorską Francuzów. Szaleńcze jazdy kamery, histeryczne aktorstwo, barokowa inscenizacja, atmosfera artystycznego happeningu na wysokich obrotach - dopiero pozytywna reakcja zachwyconej, choć sprawiającej problemy na planie Romy Schneider, zjednała Francuzów do pomysłów szalonych Polaków. Film odniósł sukces artystyczny i kasowy. I właśnie wtedy z przegnanym twórcą skontaktowała się polska ambasada w Paryżu. Gierkowska władza poczuła się zazdrosna o zagraniczny sukces człowieka, wyedukowanego za ich pieniądze. Fałszywie zapominając Żuławskiemu "Diabła" i piekło zgotowane twórcy kilka lat wcześniej, obiecując ewentualne wypuszczenie zapuszkowanego dzieła, szeroko otworzyła ramiona i zaproponowała zrobienie kolejnego filmu w kraju...


Powrót do wyboru Czytaj dalej