"Zostałem potraktowany jak psie gówno, które leży na ulicy i które można kopnąć"

Andrzej Żuławski

Ówczesny wiceminister kultury i sztuki, podsekretarz stanu ds. kinematografii Janusz Wilhelmi, po pokazie nakręconych materiałów wpadł w furię. Na początku czerwca 1977 roku zadzwonił telefon z Warszawy. Wierchuszka podjęła brzemienną w skutki decyzję o wstrzymaniu produkcji filmu. Najpierw dowiedzieli się o tym kierownicy produkcji. Pół godziny później informacja dotarła do Andrzeja Żuławskiego, który się po prostu rozpłakał. Wszystkie moce produkcyjne były w pełnej gotowości, każda dekoracja, kostium i rekwizyt gotowe do zdjęć na Mazurach, Kaukazie, nad Bałtykiem i we wrocławskich halach zdjęciowych. Wybudowana olbrzymim wysiłkiem makieta lądownika w górach Kaukazu okazała się bezużyteczna. Kiedy delegacja z wytwórni przywlokła tyłki w to miejsce, jakiś jajogłowy urzędas wybełkotał, że może warto byłoby napisać jakiś scenariusz pod tę dekorację...

Ekipa słała listy do ministerstwa z prośbami o wydanie zezwolenia przynajmniej na dokończenie zdjęć i zamknięcie produkcji. Minister uciął wszystkie petycje pod zarzutem rażącego przekroczenia budżetu. Był to oczywisty i niewiele mający wspólnego z rzeczywistością pretekst. Władza słusznie dostrzegła w materiałach roboczych ogromną dawkę mistyki religijnej, parafrazę historii biblijnych z dziejami Jezusa na czele, wreszcie pochwałę wolności i człowieczeństwa, zarówno po jednej, jak i drugiej stronie kamery. I to wystarczyło. Komunistów nie interesowało, że mają do czynienia z prekursorskim, wizjonerskim i niezwykle widowiskowym dziełem. Że trzeba tak mało, by uwieńczyć sukcesem potworny wysiłek wielu ludzi. Nie brali pod uwagę nawet włożenia gotowego filmu na półkę, jak zrobili to z "Diabłem". Największe dzieło Andrzeja Żuławskiego miało zostać profilaktycznie wyskrobane przed narodzinami. "Na srebrnym globie" miał szansę stać się filmową sensacją na skalę światową. Tak się jednak nie stało.


Na planie w Krakowie i Mongolii.

Największa partia kostiumów i dekoracji była nad Bałtykiem. Rozkaz zmiecenia planu z powierzchni ziemi przybrał właśnie tu swą dosłowną formę. Na plaży wykopano wielki dół, wrzucono weń owoce ciężkiej pracy pionu artystycznego, spalono i zakopano. Nazistowskie palenie ksiąg powtórzyło się w swej zbrodniczej formie. Autorzy kostiumów, dekoracji i rekwizytów przechwycili małą cząstkę swego dorobku i przechowywali uratowane resztki we własnych domach. Kostiumy z planu wrocławskiej wytwórni powędrowały do magazynu, skąd po 10 latach wskutek zniszczenia przez robactwo, wywieziono je na śmietnik. Marną pociechą (?) była śmierć Janusza Wilhelmiego w katastrofie samolotowej jakiś czas później. W niszczycielskim amoku nie zniszczono na szczęście taśm z bezcennym materiałem. Jak wspomina Andrzej Jaroszewicz: "Cyniczny urzędnik usiłował nam wmówić, że to co zrobiliśmy było nieważne, mało istotne, drogie i nikomu niepotrzebne."


Powrót do wyboru Czytaj dalej