- Kim jesteś?
- Powiem ci, kiedy będziesz umierał.
Człowiek z Harmonijką przybył znikąd. Pojawia się bez zapowiedzi i gra swoje requiem. Biada tym, którzy je usłyszą. Za tym człowiekiem postępują śmierć, zemsta, nieszczęście i destrukcja. Nie ma imienia, a właściwie - ma ich wiele. Nie ma wieku ani przeszłości. Przemawia głosem tych, którzy już nie mogą opowiedzieć się za sobą. Ma natomiast zadanie do wypełnienia - i wypełni je, kiedy przyjdzie odpowiednia chwila. Wtedy, być może, poznamy jego prawdziwą twarz.
Człowiek z Harmonijką i na drugim biegunie Frank - jego ostateczny cel. Frank to ucieleśnione zło. Bez wahania zastrzeli małego chłopca, który "poznał jego imię". Tak na życie, jak i na śmierć patrzy z jednakową pogardą. To Harmonijka napawa go lękiem. Boi się go, gdyż nie potrafi go dosięgnąć, zrozumieć, określić. Ten człowiek, który miał miarę i nazwę na wszystko, staje naprzeciw zagadki, która mu zagraża. Chce zrozumieć, chce wiedzieć. Chce odpowiedzi na pytanie "dlaczego". Pogarda i lekceważenie nie są dostatecznie silną bronią na obojętność i anonimowość Harmonijki. Frank poznaje uczucie, którego doznawali dotąd wszyscy prócz niego - strach. Obok strachu pojawia się stopniowo świadomość, że rozpoczęła się rozgrywka, w której on musi poddać się regułom i w której nie jest wszechwładnym panem życia i śmierci. Przystąpi do niej w pewnym stopniu zafascynowany przeciwnikiem, który mu dorównuje. Dotąd nie znał takich. Niechętny to i oporny, ale jednak szacunek dla człowieka, który rzuca Frankowi wyzwanie, nie podając powodów. Będą się okrążać. Wyczuwać. Badać. Żaden z nich nie rzuci się w walkę na oślep, ze wściekłością, zaślepieniem, determinacją. Czekają na właściwą chwilę, dwaj drapieżnicy, z których jeden będzie musiał zginąć.
Harmonijka nie jest tutaj głosem dobra. Jest sprawiedliwością i wyrokiem losu, który nie daje szansy na wybaczenie, skruchę i rozgrzeszenie. Jego muzyka wieszczy śmierć. Od tego nie ma odwołania. Czy ta rozgrywka właściwie w ogóle się toczy? Czy jej wynik nie jest już z góry przesądzony? Czy Frank ma jakąkolwiek możliwość ruchu w chwili, gdy los każe mu zapłacić? Czy świadomie rezygnując ze swojego człowieczeństwa na rzecz zwycięstwa i siły, nie zatracił możliwości wypłacenia się ze swoich błędów w wymiarze ludzkim? Czy jedyną możliwością jest już tylko wypłacenie się przed losem, który wskazał na niego? Jaką ma szansę w tej walce?
Nie ma już żadnej. Frank utracił swoją wolną wolę, swoje prawo głosu w chwili, gdy zdecydował się być tym, kim był. Wszelka wolność wyboru jest już tylko złudzeniem. Nie może już zdecydować, czy umrze. Nikt nie wygrał walki ze śmiercią, a on właśnie z nią staje do pojedynku. Może jedynie zdecydować, jak umrze. Czy paść na kolana, czy się poddać, czy podnieść czoło i wytrwać do końca.
To trudne czasy. Ale wszystkie są na swój sposób jednakowo trudne. Samotna kobieta chce rozwinąć skrzydła. Życie darzy ją wyłącznie rozczarowaniami. Kiedy młody wdowiec - fantasta proponuje jej małżeństwo, widzi w tym drogę ucieczki i zgadza się bez namysłu. Jednak to, co miało być początkiem nowego życia, okazuje się początkiem kolejnej walki. Jill symbolizuje sztukę przetrwania w czystej formie. Nie cofnie się przed niczym, niczego nie przerazi. Jednak w odróżnieniu od jej duchowej następczyni, Deborah z "Dawno temu w Ameryce" czyni to pod presją okoliczności. Chce być szczęśliwa, jednak przeznaczenie staje jej ciągle na drodze. Przestaje zatem walczyć o szczęście. Godzi się z tym, że jej powołaniem jest po prostu przeżycie. Żeby przetrwać, poświęci wszystko. Deborah również poświęciła wszystko - lecz z własnego wyboru. Dla kariery. Dla drogi na szczyt. Bolesne jest to, że obie zapłaciły za to tę samą cenę - brak szczęścia. Deborah, być może, zasłużyła. Lecz Jill nie - los postanowił za nią. Sergio Leone kreśli, w każdym swoim filmie, portrety ludzi nieszczęśliwych, życiowo okaleczonych, dodając przy tym gorzką refleksję, jak niewielki wpływ mamy na kształtowanie swoich losów. Cierpienie nie jest przewiną, jest wpisane w przeznaczenie niezależnie od tego, jak postępujemy. Marzenia bohaterów Leone, których symbolami są fronton Banku Federalnego, rysowany na piasku przez Maxa, model stacji kolejowej, który Jill odnajduje w domu po śmierci męża, obraz przedstawiający ocean, do którego Morton pragnie dotrzeć ze swoją koleją - są siłą napędową, lecz ich realizacja, pomimo wyrzeczeń, włożonego wysiłku, poświęceń - w większości przypadków okazuje się niemożliwa. Swoistą obsesją reżysera jest płynność i ulotność ludzkich losów. Indywidualność pragnień, osobiste dążenie do szczęścia jest wtórne wobec konieczności trwania, a honor, zemsta, przyjaźń, miłość wreszcie to wartości uniwersalne, ale niezależne od ludzkich działań. Są, ponieważ są, i będą trwały niezależnie od tego, co się stanie z nami, ludźmi.
Ostateczny wniosek zdaje się dowodzić, że nie tyle te emocje przeżywamy czy odczuwamy, ile się im poddajemy - stanowią wyższą siłę, materię wszechświata, w której jednostka znajduje się przez chwilę, przez mgnienie. Są jak woda, która stale się zmienia i stale jest jednakowa. Natomiast nas jest wciąż mniej - z każdą sekundą, z każdą kroplą upływamy i odchodzimy. Na każdego z nas przychodzi ten moment, że "musi zostać" - jak Cheyenne. Czasami decydujemy, że to właśnie ten moment - jak Max. Czasami ta chwila jest dla nas jednocześnie chwilą sądu i rozliczenia - jak dla Franka. Człowiek z Harmonijką idzie dalej. Biada temu, kto usłyszy jego pieśń.
DAWNO TEMU NA DZIKIM ZACHODZIE
(C'ERA UNA VOLTA IL WEST)
WŁOCHY/USA 1968
reżyseria - Sergio Leone
scenariusz - Dario Argento, Bernardo Bertolucci, Sergio Leone
zdjęcia - Tonino Delli Colli
muzyka - Ennio Morricone
występują:
Henry Fonda jako Frank
Claudia Cardinale jako Jill McBain
Charles Bronson jako Człowiek z Harmonijką
Jason Robards jako Manuel "Cheyenne" Guttierez
Gabriele Ferzetti jako Morton
AUTOR TEKSTU:
Karolina Chymkowska - DEJNA