STRONA GŁÓWNA



Suplement do rankingu. Wersja światowa.

Filmy nie amerykańskie, a każde inne. W sumie 38 świetnych tytułów.





WSTĘP   100-76   75-51  50-41  40-31  30-21  20-11  10-1 SUPLEMENT JANKESKI   |   SUPLEMENT ŚWIATOWY


 

Amores Perros (2000)
Amores Perros
reż. Alejandro Gonzales Inarritu (Meksyk)


Pierwsza część trylogi Alejandro Innaritu, lepsza niż Babel, równie dobra co 21 gramów. Mniej gwiazdorską obsadę (co nie musi być wadą) nadrabia surowym realizmem. Ciekawy jest też motyw muzyczny Gustavo Santaolalli, rozwijany w kolejnych częściach. [klaus_kinski]

Pierwszy "tom" Trylogii Śmierci, debiut filmowy Inarritu i jednocześnie jeden z najlepszych meksykańskich filmów ever (nie to, żebym się znał na ichnim kinie, ale tak stoi na wszystkich serwisach filmowych więc... :P). Nazywana "meksykańskim Pulp Fiction" (jak dla mnie straszne nadużycie) opowieść o trójce ludzi, których losy na moment złączą i rozłączą się przez pewien wypadek samochodowy na ulicy miasta Meksyk. "Amores Perros" jest powszechnie uznawane za jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat, co nietrudno zrozumieć - film znakomicie oddaje klimat ponurych meksykańskich przedmieść i w godny podziwu sposób pokazuje do czego potrafią zniżyć się ludzie biedni, przegrani, pokonani przez los, aby przetrwać. Każda z trzech historii jest doskonale zagrana, a Inarritu z gracją godną wieloletniego zawodowcy wodzi nas pomiędzy nimi snując swoją czasem ponurą, czasem czarno-humorzastą, czasem smutną, ale zawsze prawdziwą opowieść o swym rodzinnym mieście. Wyobrażam sobie jakim zaskoczeniem i objawieniem musiał być ten film w 2000 r. To tutaj też swoją pierwszą rolę zagrał Gael Garcia Bernal. [Rodia, wypowiedź z forum]
 



 

Babe (1995)
Babe - świnka z klasą
reż. Chris Noonan (Australia)

Doskonałe kino familijne - bez umoralniających przegięć, tanich wzruszeń i ogranych chwytów emocjonalnych, choć to historia mądra, przejmująca i wzruszająca. Przede wszystkim forma jest zachwycająca - idylliczna wieś, piękne krajobrazy, gadające zwierzęta, którym nadano odpowiednie charaktery (znakomity polski dubbing!). Czyli coś pomiędzy snem a jawą. Albo inaczej - to po prostu bajka w fabularnej, tradycyjnej formie. Sama treść jest nośnikiem zdrowych idei - pracowitości, poświęcenia, przyjaźni. Brzmi to błacho, wiem. "Babe" nie skupia się na oryginalnym przekazie, na ekwilibrystyce wizualnej i fabularnej. I dobrze. Bo w ten sposób uderza mocniej, a swym konserwatyzmem wyróżnia się jeszcze bardziej. To na pewno będzie jeden z pierwszych filmów, które puszczę swemu dziecku i z wielką ochotą obejrzę Babe nie raz i nie dwa. [desjudi]

 



 

Billy Elliot
Billy Elliot
reż. Stephen Daldry (Anglia)

To chyba jeden z nielicznych obecnie filmów, w których aktor grający tancerza naprawdę potrafi tańczyć i nie korzysta z pomocy dublera ani z tricków filmowych. Billy Elliot jak tańczy, to w "całości". Wiemy, że noga i ręka należą do niego. Rzadko spotykany profesjonalizm u tak młodziutkiego aktora. Tak jakby tańczenie i granie nie były czymś wcale trudnym, ale zgoła normalnym, lekkim, czymś całkiem naturalnym. Takie rzeczy widziałam tylko u Freda Astaire\'a, który nadawał swym filmom subtelność i zwiewność, mimo iż sceny były wielokrotnie powtarzane, czasami po kilkadziesiąt razy, co było z pewnością żmudne i wyczerpujące. Wspaniale dobrana obsada. Całość harmonijna i składna. Wzruszające i optymistyczne kino. [Kubeczek]



 

Blue (1993)
Blue
reż. Derek Jarman (Anglia)

No właśnie. Czy "Blue" Jarmana można jeszcze nazwać filmem? Wielu uważa, że to jedynie słuchowisko, lecz jak obronić taką tezę w momencie, gdy w trakcie "słuchania" przed naszymi oczyma nieustannie znajduje się słynna niebieska plansza. Skupia nasz wzrok, irytuje, bo mimo dramatycznej historii w tle żądamy ruchu tak charakterystycznego dla kina. Właśnie dlatego uważam, że "Blue" jest Filmem przez duże "F". Irytująca niebieska plansza zmusza nas do patrzenia mimo tego, że patrzeć nie ma na co. "Blue" jest tym samym własnoręcznie odegranym rekwiem twórcy, który przez całą swoją karierę oscylował gdzieś na granicy tego, co zwykło nazywać się kinem. Tym samym zmuszał do zadania pytania o to, czym to kino właściwie jest. "Blue" odbieram zatem jako pożegnanie Jarmana, który zostawiając nas wydaje się mówić: "Macie i zastanawiajcie się, co właśnie dostaliście. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.". [Fidel]



 

La Cité des enfants perdus (1995)
Miasto Zaginionych Dzieci
reż. Jean Pierre Jeunet (Francja)

Bajka-niebajka. surrealistyczna opowieść pełna niezwykłości, czasem śmiesznych, czasem strasznych. Świat dziecięcej wyobraźni ściera się tutaj z suchym i szarym światem dorosłych, a w tle przewija się tęsknota za czasem, gdy można było bez skrępowania marzyć, dotrzeć wszędzie, stać się kimkolwiek, dokonać wszystkiego. Umiejętność śnienia jest w filmie Jeuneta warunkiem człowieczeństwa: istota tej umiejętności pozbawiona staje się potworem, nieszczęśliwym, samotnym i zachłannym. Świat dzieci nie jest bynajmniej cukierkowy i radośnie niewinny, nie brakuje w nim mroku i demonów, jednak potęga dziecięcej wyobraźni jest w stanie im się przeciwstawić i zwyciężyć tam, gdzie dorośli nie widzą już ani sensu, ani możliwości. Oniryczny klimat "Miasta.", umiejętne eksponowanie galerii niesamowitych postaci, harmonia między tym, co mroczne, a tym, co przejrzyste i pełne nadziei, jak również prawda, która przebija zza fasady fantastycznej opowieści, to największe zalety tego filmu. [Deina]



 

C'est arrivé pres de chez vous (1992)
Człowiek pogryzł psa
reż. André Bonzel, Benoît Poelvoorde (Belgia)

"Człowiek pogryzł psa" to kwintesencja pomysłowości. Czterech studentów złapało za kamery, by niemal bez budżetu, w partyzanckich warunkach, nakręcić pseudo-dokument o grupie filmowców, nagrywających na taśmę "pracę" seryjnego mordercy. Efekt jest piorunujący. Benoit Poelvoorde w roli cynicznego killera zabija przypadkowych ludzi bez mrugnięcia okiem, rzucając przy tym żarcikami na prawo i lewo, filmowcy początkowo podchodzą do zadania z chłodnym profesjonalizmem, ale z czasem zaczynają bez oporu uczestniczyć w zbrodniach, z każdą minutą jest coraz brutalniej, coraz straszniej i coraz bardziej absurdalnie, a wszystko to podlane zostało celną diagnozą współczesnego społeczeństwa. "Człowiek pogryzł psa" to film wybitny, choć w Polsce niesłusznie zapomniany (wyszedł tylko na kasetach VHS dawno temu), który znać po prostu trzeba. [Motoduf]

Z pewnością "Człowiek pogryzł psa" nie jest tanim filmem sensacyjnym pławiącym się w werystycznym ukazywaniu okrucieństwa, mimo perwersyjnej i niepokojącej radości oglądania juchy sączącej się z szyi i słuchania chrzęstu łamanego kręgosłupa. Belvaux, Bonzel i Poelvoorde próbują raczej uprzytomnić widzowi charakterystyczne dla kina mechanizmy, wykpić i wyśmiać proces fascynacji psychopatycznym mordercą i jego okrutnymi zbrodniami. To nie jest film zabawny, sympatyczny, rozluźniający. To ważny głos w dyskusji o przemocy w kinie, fascynacji zbrodnią i zbrodniarzami. Dlatego wymaga od widza pewnej dojrzałości i - szczególnie - mocnych nerwów. [desjudi, fragment recenzji]
 



 

Spiklenci Slasti / Conspirators of Pleasure (1996)
Spiskowcy rozkoszy
reż. Jan Svankmajer (Czechy)

Wraz ze Svankmajerem umrze surrealizm. Nie potrafię wskazać dziś twórcy, w którego pracach tak silnie dałoby się odczuć szaleństwo związane z działalnością ruchu skupionego wokół osoby Bretona. Mimo tego, że Czech wypracował swój własny filmowy język (stojący gdzieś pomiędzy manieryzmem, a surrealizmem), to każdy jego film nieustannie przypomina mi o tym, co było kiedyś, a dziś już niestety dogorywa. "Spiskowcy rozkoszy" to zdecydowanie niezwykła podróż, którą odbywa się z nieznikającym z twarzy uśmiechem oraz chorobliwą wręcz ciekawością o to, co czeka nas za kolejnym zakrętem. Kino zupełnie wyjątkowe dla czasów, w jakich przyszło nam biegać do multipleksów. [Fidel]

 



 

Dancer in the Dark (2000)
Tańcząc w ciemnościach
reż. Lars von Trier (Dania)

Jeśli miałbym wskazać film, który dokonał na mnie emocjonalnego gwałtu "Tańcząc w ciemnościach" zajęłoby zaszczytne (a może nie-zaszczytne) pierwsze miejsce. Trier z całą perfidią prowadzi opowieść o Selmie w taki sposób, aby na końcu pozostawić widza w totalnej rozsypce. Niemniej, jak wredny by Trier nie był, trzeba mu przyznać, że świadomość z jaką operuje językiem filmu robi wrażenie. Czterdzieści minut płakania w kuchni. Cholerni Duńczycy! [Fidel]



 



 

Delicatessen (1991)
Delikatesy
reż. Jean Pierre Jeunet (Francja)

Opus magnum dźwiękowizualnych odjazdów Jeuneta. Idealny przykład surrealistycznej groteski przyprószonej czarnym jak smoła humorem i historią wprost zza krzywego zwierciadła. Za reżyserię jednej ze scen dałbym Jeunetowi z miejsca Oscara - zresztą obejrzycie ją tutaj. Świetna, jedyna w swoim rodzaju celuloidowa jazda bez trzymanki - typowy Jeunet. Albo się kocha, albo się olewa. [desjudi]

 



 

Elizabeth (1998)
Elizabeth
reż. Shekhar Kapur (Anglia)

Ze wszystkich filmowych Elżbiet najbardziej przypadła mi do gustu właśnie Cate Blanchett. Aktorka tchnęła w ten posąg historii emocjonalność, a nawet kobiecość. Nie jest taka statyczna i nie miota się w tych wielkich fałdach kostiumu z kąta w kąt. Po raz pierwszy nie wnikam w to czy film jest wiarygodny pod względem historycznym czy też nie. Aktorka zabiera całą przestrzeń i skupia całą moją uwagę. Nie mam czasu zastanawiać się czy stoi pod łukami z tej czy innej epoki. Czy wnętrza są zrekonstruowane z pietyzmem czy wręcz przeciwnie - niedbale, byle jak, byle gdzie. W ogóle mnie to nie obchodzi. Chcę czuć Elżbietę, widzieć ją, słyszeć. Patrzeć jak chodzi, mówi. Elżbieta I, której wcale nie znam staje się nagle kimś realnym, kimś z mojego świata. Tu i teraz. A jednak przy tym wszystkim czuję ducha tamtej epoki. Bynajmniej nie za sprawą bladej twarzy, rudych włosów czy kryzy, ale aktorstwa. Prawdziwego aktorstwa. [Kubeczek]
 



 

Europa (1991)
Europa
reż. Lars von Trier (Dania)

Rzeczywistość ukazana w "Europie" Larsa von Triera przeraża - jest pełna gniewu, bezsilności, daremnej walki i zwątpienia. Skończyła się wojna - mamy rok 1945 i oczami głównego bohatera oglądamy jej skutki. Leopold Kessler - bo o nim mowa - młody Niemiec mieszkający w USA wraca do kraju swych przodków. Jest idealistą, wierzy, że uda się naprawić to, co zostało zniszczone, zaprzepaszczone - wraca do Niemiec, bo jak twierdzi "czas, by ktoś okazał temu krajowi odrobinę dobroci" (...) Siła oddziaływania tego filmu jest niezwykła. Lars von Trier ma prawdziwy dar - historie, które opowiada, nie pozostawiają obojętnym. Widzowie - podobnie jak bohaterowie - muszą zadecydować zgodnie ze swoim sumieniem, stanąć po konkretnej stronie, choć granica między dobrem a złem jest w tym przypadku bardzo płynna. Mimowolnie zostajemy wciągnięci do mrocznego świata "Europy", przesyconego atmosferą grozy, klaustrofobii i niepewności. Poruszamy się po nim niczym w hipnotycznym transie, gdy trudno odróżnić sen od jawy, koszmar od rzeczywistości. [Mia, fragment recenzji]
 



 

The Following (1998)
The Following
reż. Christopher Nolan (Anglia)

Pierwsza filmowa układanka Christophera Nolana pozostaje najlepszą i najbardziej błyskotliwą (no, może na równi z Prestiżem). Znajdujemy tu charakterystyczne cechy jego stylu - zabawę z chronologią, naprawdę zaskakujący finał - od razu doprowadzone do mistrzostwa. Dowód, że kino niezależne nie musi oznaczać technicznego dziadostwa i artystycznych pretensji. [Paszczak]

Cała historia, z zaburzoną chronologią, jest podobnie jak "Memento" - układanką, w której do końca brakuje elementów. Grą od pierwszej do ostatniej minuty, grą zanurzoną w hipnotyzującej atmosferze złudzeń, okrutnych manipulacji i zabawy drugim człowiekiem. Nolan wnika w sieć kłamstw i oszustw, obserwuje Cobba kierującego krokami blondynki i Billa, blondynkę bawiącą się Billem i samego Billa, który nie wie, że jest marionetką. Nie wie lub nie chce wiedzieć. Na szczycie zaś tej piramidy znajduje się sam Nolan - ale prześwietlenie jego nawyków, pasji i drogi od znakomitego, amatorskiego kryminału psychologicznego do sztampowego, hollywoodzkiego thrillera naszpikowanego gwiazdami pozostawiam sobie lub komuś innemu jako temat na dłuższy artykuł. Jedno jednak o Nolanie powiedzieć trzeba: umie fenomenalnie grać z widzem, kreując jednocześnie fascynujące, tragiczne postaci bohaterów - i tych manipulujących, i tych manipulowanych. [Artemis, fragment recenzji]



 

Fucking Amal (1998)
Fucking Amal
reż. Lukas Moodysson (Szwecja)

"Fucking Amal" wzrusza, daje do myślenia ale na szczęście nie pozostawia widza na dnie depresji socjologicznej, a otwiera mu okno na optymistyczne aspekty życia. Film dopełnia dobra gra aktorska, muzyka momentami nawiązująca do klimatów rockowych, dobry scenariusz. Wszystko składa się na bardzo dobry film, który warto obejrzeć, zwłaszcza jeśli kogoś nudzi już prosty i jednoznaczny wizerunek nastolatka prezentowanego w komediach amerykańskich. [Karina, fragment recenzji]

 



 

Hard Boiled (1992)
Dzieci Triady
reż. John Woo (Hong Kong)

Aweoijfawoegnawergopijaerhaeprgseup5yeagoieajrghpseiojhsrthijrthyyyuuuch - tyle mniej więcej byłem w stanie wyjąkać po zakończeniu tego ostatniego hongkońskiego filmu Woo przed jego emigracją do Stanów. John wraca tu do stylistyki swoich wczesnych produkcji, ABT i The Killer, jednak tym razem doprowadza ją do absolutnej perfekcji, tworząc natychmiastowy klasyk i benchmark do którego wkrótce zaczną być porównywane amerykańskie filmy akcji. Generalnie jest tu wszystko to co w Killerze, ale "bigger, better and more badass". Film opowiada o heroicznej walce policjanta imieniem Tequila (który często pije tequilę i w którego oczywiście wcielił się jak zawsze niezawodny Yun-Fat) z kartelem przestępczym z siedzibą w podziemiach... szpitala. W środku konfliktu znajduje się młody przestępca, który zdradza swego poprzedniego szefa i wstępuje do rozpracowywanego przez Tequilę kartelu... ale może nie będę więcej spoilerować bo tylko zepsuję wam fabułę. Sekrety filmu trzeba poznać samemu i tak - są tu głupoty i dziury scenariuszowe, są naiwne, pompatyczne wstawki i absurdalne akcje, ale nie o to tu chodzi, poza tym Woo nigdy nie przekracza pewnej granicy, za którą jest już kicz i tandeta. Film absolutnie zabija swoim klimatem, niszczy strzelaninami, łamie łeb 2 i pół minutowym ujęciem walki ogniowej w korytarzu szpitala. Trzyma w napięciu do ostatniej minuty. Jeśli jest jeden film Woo, który trzeba obejrzeć - jest to właśnie ten. The Killer był 10, Bullet 11... to HB ile? 12? [Rodia, wypowiedź z forum]
 



 

Hardware (1990)
Hardware
reż. Richard Stanley (Anglia)

Rzadko się zdarza, by film dziejący się praktycznie w jednej lokacji autentycznie przerażał. Richardowi Stanleyowi udało się to bez dwóch zdań. Zastosowany sztafaż rozwala - obraz jest przejaskrawiony na czerwono, wszędzie wydobywają się obłoki pary, po czołach bohaterów spływa pot. To nie musiał być wcale film o morderczym robocie, ale jest, co w konsekwencji wywyższa Hardware do miana kultowego horroru science-fiction. [Snappik]

Mały, skromny, niedoceniany s-f, który rozkłada na łopatki wizją przyszłości. To wprost niewiarygodne, co Richardowi Stanleyowi udało się stworzyć za śmieszne pieniądze. Inteligentne s-f, które i trzyma w napięciu, i porusza trybiki w mózgoczaszce. Kino nie dla każdego, jedyne w swoim rodzaju. [Military]
 



 

Heavenly Creatures (1994)
Niebiańskie istoty
reż. Peter Jackson (Nowa Zelandia)

Wszyscy, którzy do tej pory utożsamiali Petera Jacksona z krwawymi horrorami... mieli rację ;), bo dopiero w przypadku "Niebiańskich istot" PJ dał się poznać jako człowiek o delikatnej duszy, potrafiący zapuścić sondę do umysłów bohaterek swojego filmu. Cała siła "Niebiańskich istot" polega przede wszystkim właśnie na infiltracji psychiki dwóch przyjaciółek, które uciekają przed światem do wyimaginowanego "czwartego wymiaru". Dodatkowym atutem filmu jest fakt, że jego scenariusz oparto na faktach, co w niezwykły sposób zbliża dzieło Petera Jacksona do innego wielkiego filmu - "Piknik pod wiszącą skałą" Petera Weira - i nie ma w tym nic z przesady. Ponadto, w filmie debiutowała Kate Winslett, Weta Digital ze świetnymi scenami z glinianymi, ożywionymi figurami, a scenariusz (autorstwa m.in. Jacksona) otrzymał nominację do Oscara. Kawał dobrego kina! [Dux, fragment artykułu]
 



 

Yi Yi (2000)
I raz, i dwa
reż. Edward Yang (Chiny)

Edward Yang zmarł przedwcześnie, ale pozostawił po sobie ten skromny i wzruszający obraz życia jednostek funkcjonujących w obliczu postępującej westernizacji tajwańskiego społeczeństwa. W "I raz, i dwa" uczucie nieodwracalnej straty w niezwykle naturalny sposób miesza się z nieuchwytnymi chwilami szczęścia. Reżyser ukazuje ten dualistyczny rytm życia na przykładzie losów pewnej rodziny. Przyziemnej egzystencji jej członków towarzyszą uciechy i tragedie ujęte w narracyjną ramę cyklicznie powtarzanych rytuałów, takich jak otwierające obraz wesele i wieńczący go pogrzeb. [Albertino]

Yang objawił się w tym nagradzanym filmie jako spadkobierca i kontynuator starego japońskiego mistrza kina rodzinnego - Yasujiro Ozu. To co w "Yi Yi" było najciekawszym doświadczeniem to podróż we współczesną rzeczywistość, sposób zachowania i styl życia Azjatów. Ten portret życiowej pustki członków pewnej rodziny może nie jest w niczym odkrywczy, takich filmów powstało już trochę lecz sposób opowiadania mnie kupił i potrafił nawet zauroczyć. A najbardziej oczywiście postać chłopca z aparatem fotograficznym poświęcający się "metafizycznej" pasji szukania w ludziach czegoś czego nie widzą bo nie mogą tego zobaczyć. [Joe Chip]

 



 

In the Mood for Love (2000)
Spragnieni miłości
reż. Wong Kar-Wai (Hong-Kong)

Najlepszy film Wong Kar-Waia. Historia opowiedziana nie za pomocą słowa, lecz obrazu i muzyki. Melancholijny nastrój związku dwóch zdradzonych kochanków poszukujących pocieszenia wśród klaustrofobicznych pomieszczeń azjatyckich bloków pozostaje w pamięci na długo po obejrzeniu. Ten smutek, błyski nadziei bohaterów, chwile pozornego spełnienia i całkowity brak taniego romantyzmu czynią z filmu Wong Kar-Waia niezwykłe doświadczenie. [Fidel]  



 

In The Name Of The Father (1993)
W imię ojca
reż. Jim Sheridan (Irlandia, Anglia)

Najdoskonalszy owoc współpracy Jima Sheridana z Danielem Day-Lewisem. Doskonały film pokazujący wydawać by się mogło bezsensowną walką jednostki o prawdę. Wielkie kino lecz trochę już zapomniane. [Pegaz]

In the Name of The Father to jeden z tych filmów koło których wiecznie przechodziłem w wypożyczalni i w sklepach a ze względu na charakterystyczną okładkę zawsze tkwił mi w pamięci. Aż w końcu nadszedł dzień w którym w końcu go obejrzałem i naprawdę zastanawiam sie czemu jeszcze go nie widziałem. Klimaty ulubione Irlandia , ponury Belfast IRA zamachy bombowe a przede wszystkim specyficzna więź Ojca i Syna. Myślę że każdy z nas pod tym filmie spojrzy zupełnie inaczej na niektóre sprawy w swoim życiu. Film magiczny walka do do samego końca , genialna kreacja Daniela Day-Lewisa który jest moim cichym ulubionym aktorem. Początkowe sceny i kawałek w wykonaniu Bono "In The Name of The Father" są świetnym prologiem i przedsmakiem tego co nas czeka. W końcu mamy ukazany w pełnej okazałości prawdziwy obraz Angielskiego więzienia które stanowczo różni sie od znanych nam i wiele razy oklepanych już Amerykańskich schematów. Gdybym oglądał ten film jakieś 6 lat wcześniej pewnie wstrząsnął by mną jeszcze bardziej teraz jest mniej więcej na pograniczu albo po prostu już sporo widziałem tak czy siak polecam wszystkim kawał dobrego Dramatycznego Kina 9/10 [Predator895, wypowiedź z forum]  



 

JSA: Joint Security Area (2000)
JSA
reż. Park Chan-wook (Korea Południowa)

Kolejny świetny film koreański i kolejny świetny film Park Chan-wooka. Tym razem jednak odbiegający nieco od innych dokonań kinematografii koreańskiej. O ile większość filmów z Korei jakie widziałem fabułę ma uniwersalną, która mogła wydarzyć się wszędzie tak J.S.A. to film o samej Korei, jej historii i jej problemach, a największym problemem Korei jest Korea Północna. Akcja dzieje się w strefie zdemilitaryzowanej na granicy Północny i Południa gdzie wojska obu państw nieprzerwanie mierzą do siebie z karabinów. Jedna zła decyzja podjęta na granicy i wojna gotowa. Właśnie w tym punkcie zapalnym dochodzi do strzelaniny z której cało wychodzi jeden żołnierz z Północy i Południa. Rozpoczyna się śledztwo prowadzone przez członków Neutral Nations Supervisory Commission (NNSC). Film zaskakuje zwrotami akcji i fabułą. Na początku film wygląda jak pełnometrażowy odcinek serialu JAG, ale im dalej tym bardziej film oddala się od śledztwa ukazując ludzi po obu stronach granicy. Jest to film zarówno o nienawiści jak i przyjaźni, o braku zrozumienia i wreszcie jest to film o konflikcie widzianym przez zwykłych ludzi, a nie elity wojskowo-polityczne. Reżyser genialnie oddał napięcie jakie cały czas towarzyszy żołnierzom stacjonującym na posterunkach. Jeden fałszywy ruch i można znaleźć się na minie. Ciągła obserwacja i mierzenie do siebie z broni. To pokazuje jak skomplikowana jest sytuacja podzielonej Korei. [Azgaroth]  



 

Kikujiro no natsu (1999)
Kikujiro
reż. Takeshi Kitano (Japonia)

Taki "letni" film - były yakuza odwozi chłopca nad morze do mamy - a kryje się w nim tyle kapitalnego humoru, tyle ciepła, tyle pozbawionej taniego sentymentalizmu wiary w ludzką dobroć i przede wszystkim: kapitalny, beztroski klimat mijającego powoli lata...[Karol]

"Kikujiro" (znany też jako "Summer of Kikujiro") to niezwykle ciepła opowieść o przyjaźni małego chłopca z egoistycznym, złośliwym niczym Jaś Fasola, podstarzałym samolubem (jedna z najlepszych kreacji Kitano!), który ma zaprowadzić malca do jego matki. Opowieść zilustrowana przepiękną muzyką Joe Hisaishi'ego sprawia, że z filmu emanuje dobroć i pogoda ducha, choć jednocześnie nie sposób nie śmiać się z zawziętości, uporu, nerwowości i szalonych pomysłów głównego bohatera, który mimo podróży z wrażliwym, pogodnym chłopcem, nie zmienia się wcale na lepsze ;) [Dux, fragment recenzji]  



 

Cerro Torre: Schrei aus Stein (1991)
Krzyk kamienia
reż. Werner Herzog (Niemcy)

"Cerro Torre to nie jest góra, to krzyk kamienia". Chociażby już za ten krótki tekst, wygłoszony przez opętanego przez patagońską iglicę skalną szaleńca, można pokochać film Herzoga. Mimo tego, że posiada on wiele niedociągnięć, pozostaje on u mnie w czołówce fabuł mistrza. Genialne zdjęcia Cerro Torre, charakterystyczne dla Herzoga poświęcenie dla tematu (w trakcie zdjęć nieomal stracił życie), niemy zachwyt nad potęgą i pięknem natury oraz niezwykła historia wspinaczki na niedostępny szczyt tworzą z "Krzyku kamienia" kino, jakie chciałoby się oglądać bez przerwy. [Fidel]  



 

Maborosi no hikari (1995)
Maborosi
reż. Hirokazu Koreeda (Japonia)

Nieznana perła japońskiej kinematografii. Być może dlatego, że "Maborosi" porusza się w obrębie kultury Kraju Kwitnącej Wiśni, co siłą rzeczy czyni je dziełem trudnym i hermetycznym. Elegijny charakter filmu oraz pewne jego rozwiązania formalne przywołują na myśl osiągnięcia wielkiego Yasujiro Ozu. Reżyser podąża jednak swoją własną, unikalną drogą, tworząc dzieło intymne i niekonwencjonalne, choć stworzone dość prostymi środkami. Efekt końcowy przypomina bardziej serię statycznych zdjęć, jak gdyby wyrwanych z odmętów pamięci, aniżeli tradycyjną narrację opierającą się na przyczynie i skutku. Wiele tłumaczy w tym względzie tytuł filmu, brzmiący w oryginale "Maboroshi no hikari", co należałoby przetłumaczyć jako "złudzenie optyczne". Film stanowi kontemplacyjny portret Yumiko, która przed wieloma laty, w przeszłości odtwarzanej za pomocą snów i wspomnień, utraciła ukochaną babcię. Już w dorosłym życiu, lecz w podobnie niejasnych okolicznościach, bohaterka musi stawić czoła utracie kolejnej bliskiej osoby - męża, który niedługo przed śmiercią żartuje, że nie jest reinkarnacją babci swojej wybranki. Jednak w pewnym sensie staje się dla niej tym samym, wspomnieniem bolesnej pustki i straty. "Maborosi" to film niezwykłej urody, stworzony z niedopowiedzeń i tego, co ulotne. [Albertino]  



 

Malena (2000)
Malena
reż. Giuseppe Tornatore (Włochy)

Zjawiskowa Monica Belluci w opowieści o zawiści i podłości jaką obdarzony jest nasz gatunek.W tle majaczy faszystowska ideologia uwypuklająca negatywne cechy mieszkańców włoskiej prowincji. Wszystko to obserwujemy oczami dorastającego chłopaka, zdającego rozumieć złożoność świata znacznie lepiej niż niejeden dorosły. [Bogusz Dawidowicz]

Malena jest swoistym zjawiskiem w małej włoskiej mieścinie. Kiedy idzie ulicą, wokół niej aż wrą namiętności. Kobiety najchętniej spopieliłyby ją wzrokiem, bo jest tak zjawiskowo urodziwa, samotna, stwarza zagrożenie, należy do zupełnie innego świata, do którego one nigdy nie będą miały wstępu. Mężczyźni wręcz dyszą z pożądania, oblepiają ją obleśnymi spojrzeniami, ścigają wzrokiem. Kiedy ta kobieta znajdzie się w tarapatach, nikt nie wyciągnie do niej ręki! Kobiety będą się upajać możliwością zemsty, cieszyć, że mogą dać ujście trawiącej je od tak długiego czasu nienawiści, mogą Malenę upokorzyć, zdeptać, ukrzyżować, napaść na nią, pod pozorami legalności, całą siłą kobiecej zawiści, niechęci i wściekłości. Mężczyźni z zadowoleniem korzystają z jej wdzięków, dumni, że mogli posiąść ten odległy lodowiec, niezdobytą górę, że płaszczy się przed nimi, że jest od nich zależna, ta sama, która kiedyś nie zaszczyciłaby ich nawet spojrzeniem. Nienawiść, nienawiść, nienawiść. [Deina, fragment artykułu]

 



 

Notting Hill (1999)
Notting Hill
reż. Roger Michell (Anglia)

"Cztery wesela i pogrzeb" były dopiero rozgrzewką dla Richarda Curtisa. I choć brytyjski twórca, jeden z największych romantyków-idealistów współczesnego kina, nie wyreżyserował "Notting Hill", pozostając przy roli scenarzysty, jego autorski styl czuć w każdej scenie i wypowiedzianym zdaniu. Dopiero kilka lat później Curtis stworzył swoje opus magnum, "To właśnie miłość", ale nie zmienia to faktu, iż "Notting Hill" to najlepszy kom-rom lat 90.! Najlepsza scena: Spike, współlokator protagonisty, opowiada o tym, że znał pewną Pandorę, ale nigdy nie otworzyła przed nim swojej puszeczki. [Beowulf]

 



 

Microcosmos: Le peuple de l'herbe (1996)
Mikrokosmos
reż. Claude Nuridsany, Marie Pérennou (Francja)

Jakichże to radości pozbawiony jest człowiek, który nie lubi filmów przyrodniczych. Ileż to ciekawych rzeczy i wydarzeń ma miejsce w trawie, pod kamyczkiem, na listku. W mej pamięci na zawsze pozostanie Żuczek, który niczym mitologiczny Syzyf toczy kulkę gnoju. Jak on się musi natrudzić, namęczyć, napocić. I nigdy nie dowiedzielibyśmy się jaka to ciężka praca, gdyby nie ten dokument. Inaczej dziś patrzę więc na kroplę deszczu, która nic dla mnie nie znaczy, a która dla biedronki może być katastrofą. Wielki film o malutkich istotkach z trawy. Jak dla mnie największe przeżycie artystyczne lat 90-tych. [Kubeczek]

 





 

La Double Vie de Veronique (1991)
Podwójne życie Weroniki
reż. Krzysztof Kieślowski (Francja)

Można Kieślowskiego nie lubić, można wytykać jego filmom nudę i brak emocjonalnego zaangażowania widza w losy postaci. Jednego jednak odmówić mu nie można: umiejętności generowania specyficznego, metafizycznego klimatu oraz ręki do pojedynczych, niezapomnianych scen. Tak jest i w przypadku Podwójnego Życia. - film momentami może się wydawać nużący, bohaterkę (bohaterki) i ich historię można zbyć wzruszeniem ramion, ale sceny tańca marionetek czy też koncertu to magia kina w czystej postaci - i choćby tylko dla nich ten film należy obejrzeć. [Jarod]  



 

The Remains of the Day (1993)
Okruchy dnia
reż. James Ivory (Anglia)

"Okruchy dnia" to jedna z najwspanialszych filmowych historii o dojrzałej, niespełnionej miłości, o zahamowaniach, o narzucaniu sobie granic, w obrębie których czujemy się wprawdzie bezpiecznie, ale które nie pozwalają pójść krok dalej. Film gra na emocjonalnych półtonach. Tam nie ma bezpośrednich wyznań, szczerych deklaracji, wykładania kart na stół. Jest niepewność, lęk, obsesyjne osłanianie własnego wnętrza, nieporadna próba tworzenia strefy komfortu, jakiejś ochronnej bariery, a jednocześnie niesłychanie przejmująca tęsknota. I wreszcie niespełnienie, które ciężko jest jednoznacznie wartościować. Składają się na nie i tchórzostwo (po części), i niezdecydowanie, i przywiązanie do schematów, które dają poczucie bezpieczeństwa, i splot przypadków. W tym wszystkim jednak, gdzieś w tle, niepostrzeżenie, przewijają się cenne chwile. okruchy niczym niezmąconego, pierwotnego szczęścia. Fantastyczny duet Hopkins-Thompson daje koncert aktorstwa najwyższej klasy. Uwielbiam symboliczną scenę, w której on nieporadnie osłania przed nią książkę, którą czyta. [Deina]

Jeden z bardziej powolnych filmów jakie widziałem, bardzo oddziałujący na widza. Moja ulubiona kreacja Anthony'ego Hopkinsa, który za spokojem i elegancją kryje olbrzymi ładunek emocji.[klaus_kinski]

Kapitalny aktorski pojedynek Hopkinsa z Thompson o chińczyka, pewną książkę i miejsce w hierarchii. A poza tym piękny film o miłości, samotności, lojalności i o tym, co nam z życia zostaje. Opus magnum Jamesa Ivory'ego i jeden z lepszych filmów gatunku. [Mefisto]
 



 

Ringu (1998)
Krąg
reż. Hideo Nakata (Japonia)

Dla wielu osób, także dla mnie, film Nakaty był pierwszym zetknięciem z nowoczesnym, azjatyckim horrorem. W czasach, kiedy trupioblade kobiety o kruczoczarnych włosach nie były jeszcze zabaweczką Hollywood widok Sadako wychodzącej z ekranu telewizora robił wręcz piorunujące wrażenie. Było to coś nowego, coś o czym wcześniej nawet się nie słyszało. I właśnie za ten powiew nowości, za tydzień nieprzespany w oczekiwaniu na telefon lub samoistne włączenie się telewizora oraz za ciekawie skonstruowaną i opowiedzianą historię umieszczam "Krąg" w mojej trzydziestce. [Fidel]

Nieważne ile razy ten film oglądam, zawsze jednakowoż się boję. Chociaż znam następną scenę, chociaż wiem co się wydarzy. Te długie włosy zakrywające twarz, te ruchy, ten klimat. Wszystko to czyni ten film niezwykłym i zupełnie innym od znanych filmów tego gatunku. Lubię do niego wracać i lubię się na nim bać. A przecież znany jest pogląd, że horrory powinno się oglądać tyko raz, bo potem już nie straszą. Z tym jest inaczej. Prawdziwa magia. Prawdziwy czar. [Kubeczek]

 



 

Romper Stomper (1993)
Romper Stomper
reż. Goeffrey Wright (Australia)

Hando (w tej roli Russel Crowe) to fanatyk bezwględny i bezkompromisowy. Od postaci Crowe'a wprost emanuje czysta nienawiść i bezduszność. Jest jak bomba zegarowa, która w każdym momencie może wybuchnąć falą zniszczenia i anihilacji. To umowny przywódca grupy skinheadów, stawiających sobie za priorytet oczyszczenie miasta z nieporządanych emigrantów. Od każdego członka jego grupy bije zaciekła ideologia agresji i nienawiści. Wszyscy są zdeterminowani i zapalczywi w swoim gniewie. [Vincent Vega, fragment artykułu]



 



 
 

Rosencrantz and Guildenstern are dead (1990)
Rosencrantz i Guildenstern nie żyją
reż. Tom Stoppard (Anglia)

Ciekawa sprawa: jedyny przypadek filmu, który prawie mnie uśpił, mocno znudził, a jednocześnie bardzo mi się podobał. O fabule tytuł mówi wszystko: Rosencrantz i Guilderstern nie żyją. O tym właśnie jest film, który pokazuje historię znaną z Hamleta w nietypowy sposób. Bohaterami są drugoplanowe postaci z utworu Szekspira właśnie, i co ciekawe - są przy tym... sami wiecie. Postawienie ich w tej sytuacji dało scenarzyście nieskończone możliwości, dzięki czemu już od pierwszej sceny atakują błyskotliwe dialogi, oryginalne sytuacje, groteska i inteligentny humor. W filmie jest masa pamiętnych scen. Rekord gry w orła i reszkę, gra w zadawanie pytań, występ objazdowego teatru, próby ustalenia tożsamości... A między nie wmontowano fragmenty dramatu Szekspira. Zaprawdę powiadam wam, oryginalnością tego filmu można obdarzyć z pięć różnych produkcji, a i tak zostanie sporo w zapasie. Aktorstwo - pierwsza klasa. Duet Gary Oldman - Tim Roth zasługuje na zestaw nagród. Nieźle partneruje im Richard Dreyfuss, a i tło jest bardzo dobrze dobrane. Muzyka nietypowa, ale pasuje do reszty. Scenografie teatralne i kameralne - i świetnie, efekt niesamowitości jeszcze większy. Film jest jak sen - i ogląda się go rewelacyjnie, mimo że można przysnąć w tych baaardzo wolnych momentach. Ale nie jest nudno - to tylko senna atmosfera działa w ten sposób. [Military, wypowiedź z forum]


 





 

Utomlyonnye solntsem (1994)
Spaleni słońcem
reż. Nikita Michałkow (Rosja)

Gorzki w smaku jest film Nikity Michałkowa. I komiczny, i tragiczny, wywołujący bolący dysonans wynikający z zetknięcia prostego szczęścia z jednostkowym dramatem. Pierwsze sceny są dość ponure - widzimy mężczyznę w średnim wieku próbującego strzelić sobie w łeb. Pistolet nie wypala, ale nie znaczy to, że nie wypali później, co będzie oczywiście czytelną konsekwencją wyrosłą ze starych zasad dramaturgicznych - skoro widzimy pistolet to nie na darmo, odegrać on musi niebawem niebagatelną rolę. Poczekajmy więc. I czeka widz, a to co widzi jest sielską bajką, o której szalenie trudno zapomnieć. [desjudi, fragment recenzji]
 



 

Satantango (1994)
Szatańskie tango
reż. Bela Tarr (Węgry, Niemcy)

Epopeja o zapadłej węgierskiej wsi i jeden z najbardziej niezwykłych filmów będący oryginalnym przełożeniem literatury na język kina. Samo te słowo "epopeja" tu nabiera zgoła dość groteskowego znaczenia, splot kilku wątków kilkunastu postaci egzystujących w kompletnym maraźmie, oczekujących nadejścia swego Godota, z bardzo długimi fragmentami obywającymi się bez słów kontemplujące tylko zatroskane twarze i pięknie ujęte w czarno-białych zdjęciach krajobrazy niby to dalekie od kanonów uroków przyrody lecz jednak hipnotyzujący, wprawiający w jakiś mistyczny stan. Wspomnienie Becketta jest nieprzypadkowe bo powinowactwa w twórczości między Tarrem a dramaturgiem Irlandzkim przychodządzą do głowy same. Sama sugestywność zżycia się z bohaterami jest tak wyraźna jak w mało którym innym filmie. [Joe Chip]
 



 

Kurenai no buta (1991)
Szkarłatny pilot
reż. Hayao Miyazaki (Japonia)

Nie jest to najpopularniejszy pogląd, ale co poradzić - po prostu uwielbiam ten film. "Szkarłatny pilot" powstał pomiędzy "Moim sąsiadem Totoro" a "Księżniczką Mononoke" - dwoma najpopularniejszymi filmami Miyazakiego, ale nigdy nie doczekał się takiej sławy i kultu co one. A szkoda, bo to kino przygodowe, ale o wielkiej dojrzałości; pięknie napisane i brawurowo opowiedziane: między kolejnymi podniebnymi potyczkami Miyazaki zanurza się w sennej atmosferze Adriatyku, przywołując postaci będące hołdem dla klasyków kina, ale niepozbawione przy tym duszy, charakteru, wdzięku. Kino zabawne, wzruszające, niebanalnie poruszające. [Karol]

 



 

Trzy kolory (Niebieski 1993, Biały 1994, Czerwony 1994) (

reż. Krzysztof Kieślowski (Polska, Francja)

Dla mnie Trylogia "Trzech kolorów" należy do najbardziej wyrafinowanych wizualnie a zarazem i intymnych opowieści Kieślowskiego, całkowicie skupionych na ulotnych osobistych emocjach. Na przeżywaniu. Reżyser znów stawia swoich bohaterów sytuacjach granicznych, zastanawia się czy człowiek jest w stanie unikać czyichś błędów zmieniać swoje życie zapominając o przeszłości albo dając sobie szansę na lepszą przyszłość. Nie jest jednak okrutny, pozostawia nadzieję ,że nie jesteśmy w tych wyborach sami, że ktoś nad nami czuwa. [Haneska]

Zawieszona na granicy jawy i snu opowieść o tym, jak ciężko pogodzić się ze śmiercią. Brak tu banałów, jednoznacznych stwierdzeń i rozwiązań, czy też złotych porad rodem z kozetki psychologa. Wszystko, co tworzy "Niebieski" jest smutkiem i poczuciem nieuczciwości losu. Czy jest w tym wszystkim jakaś nadzieja? Tego nie wiem. Na pewno jest jednak zimne, jak tytułowy kolor, piękno. [Fidel o Niebieskim]



 



 

Ta'm-e gilas [1997]
Smak wiśni
reż. Abbas Kariostami (Iran)

Kiedy na horyzoncie nie widać nic oprócz hałd piasku i wysuszonych drzew wiśnia zapewne zdaje się być niedoścignionym ideałem. We wnętrzu każdego owocu znajduje się jednak twarda pestka. Główny bohater filmu Kiarostamiego stwierdza, że istnienie pestki jest wystarczającym powodem na to, aby pozbyć się wiśni. Spotkania z przypadkowymi ludźmi, których namawia do pomocy przy zaplanowanym przez siebie samobójstwie uzmysławiają nam jak płytkie i infantylne to myślenie. Życie nie zawsze ma przecież smak wiśni, czasem łamiemy zęby na pestce, lecz to nie powód, aby je kończyć. Kiarostami tworzy przypowieść o tym, jak cenne jest życie i jak dziecinne użalanie się nad tym, że nie zawsze przynosi ono to, czego oczekiwaliśmy. Świetny film. [Fidel]

 



 

Ba wang bie ji (1993)
Żegnaj, moja konkubino
reż. Kaige Chen (Chiny)

Historia Chin z perspektywy losów dwóch aktorów, swego rodzaju przypowieść o Losie rzucający ludźmi na tle Historii. Także o roli teatru w tradycji Chińczyków, która wraz z nadejściem Rewolucji Kulturalnej zostaje przez nich samych poniewierana tak jak i swymi sławami, którzy jeszcze niedawno byli idolami mas. A wraz ze śmiercią sztuki przychodzi nicość i śmierć jak można się domyśleć po zakończeniu. Reżyser rzuca oskarżycielski ton względem komunistów, który niszczy ludzi, ich indywidualność a także będący wrogi na odmienną orientację seksualną. A tak, bo i o tym opowiada ten znakomity film - o toksycznej miłości z nutką homoseksualizmu koncertowo odegraną przez Leslie Cheunga, Fengyi Zhanga a między nimi dwoma wplątującą się w ten osobliwy trójkąt Li Gong. [Joe Chip]
 



 

Da hong deng long gao gao gua (1991)
Zawieście czerwone latarnie
reż. Yimou Zhang (Chiny)

Najlepsze dzieło Yimou Zhanga to przejmujące i pełne autentyzmu alegoryczne kino, wyraz odniesienia do losu rzeczywistych ludzi żyjących pod okiem chińskiego Wielkiego Brata. Lub po prostu opowieść o kobietach żyjących w patriarchalnym społeczeństwie przyjmujących pewne istniejące tu reguły gry walczących między sobą o wpływy, pozycję i prestiż. Świetnie sfotografowane i zagrane - głównie przez Li Gong szybko wtapiającą się w tą rzeczywistość i buntująca się przeciwko niej. Wyborne. [Joe Chip]  





WSTĘP   100-76   75-51  50-41  40-31  30-21  20-11  10-1 SUPLEMENT JANKESKI   |   SUPLEMENT ŚWIATOWY


Skomentuj wyniki na naszym Forum:
http://forum.film.org.pl/Thread-Wyniki-plebiscytu-Najlepsze-filmy-z-lat-1990-2000


PLEBISCYTY KMF
STRONA GŁÓWNA

Plebiscyt przeprowadził: Rafał Oświeciński [desjudi]
desjudi [at] film.org.pl
Klub Miłośników Filmu, Sierpień 2011