Nieczęsto zdarza się, żebym w jakimś filmie tak mocno "znielubił" jakąś postać. Jasne, piszczące nastolatki ze slasherów i horrorowi cwaniacy, którzy muszą oddzielić się od grupy i wsadzić łeb w każdy ciemny kąt, przyprawiają o nagły skok ciśnienia, ale to raczej zasługa wątpliwej jakości pracy scenarzystów. Syn "Najlepszego ojca świata" to postać od początku do końca rozpisana w taki sposób, że nawet cała góra samozaparcia wspomaganego odpowiednimi środkami znieczulającymi nie jest w stanie skłonić do zapałania do niego sympatią. Kyle to chodzące uosobienie cech kogoś, z kim nie chciałbym mieć zupełnie nic do czynienia - jest egoistyczny, wulgarny, mało rozgarnięty, nie ma żadnych zainteresowań (poza oglądaniem niemieckich pornoli), a na dokładkę posiada zespół cech charakteru, które idealnie zawierają się w słowach "piętnastoletni dupek".
|
 |
 |
|
Inni bohaterowie filmu również nie mają ochoty zacieśniać znajomości z Kyle'em, a kontakty z nim ograniczają do wysłuchiwania i ripostowania obelg, przewracania oczami, wydawania z siebie znaczących westchnięć i odwracania się na pięcie. Pierwszym wyjątkiem od tej reguły jest Andrew - jedyny prawie-jak-przyjaciel Kyle'a, który woli spędzać czas z nim, niż siedzieć w domu i narażać się na spotkanie z wiecznie pijaną matką. Tym drugim jest Lance (Robin Williams), pisarz, nauczyciel angielskiego i samotny ojciec użerający się ze swoją latoroślą. W żadnej ze swoich życiowych ról Lance się nie sprawdził - cztery nie wydane przez nikogo książki kurzą się w szufladzie, na dodatkowe zajęcia z poezji nikt nie chce przychodzić, a jego syn jest nieczuły zarówno na prośby, jak i na groźby. Totalny upadek marzeń i autorytetu, a jedyne co łączy go z tytułowym "najlepszym ojcem świata" to napis na starym kubku do kawy.
Chwileczkę, z tyłu okładki DVD napisali, że to "słodko-gorzka komedia", a z powyższego opisu wynika, że to kolejny wytwór kina społecznego, skupiający się na patologiach i Ciężkim Życiu. Co z tego, że od czasu do czasu zdarzy się coś, co przy odrobinie dobrej woli można uznać za zabawne, ale i tak jest to bardziej krępujące niż podnoszące na duchu. Oszukali mnie! Chce moje pieniądze! Dobra, dam temu filmowi jeszcze parę minut. O w mordę...
Gdzieś tak w jednej trzeciej czasu trwania, kiedy upierdliwego Kyle'a ma się tak dość, że chciałoby się rzucić pilotem w telewizor, film serwuje zwrot akcji i emocjonalnego sierpowego w twarz, posługując się w tym celu jedynie paroma obrazami i piosenką ze słowami "love is simple" powtarzanymi w refrenie. W wyniku niekontrolowanej serii wydarzeń Kyle staje się idolem szkoły, a Lance zyskuje szansę na odbicie się od dna - wszyscy zaczynają go dostrzegać, jego książki może w końcu znajdą wydawcę, a koleżanka z pracy, o którą konkuruje z młodszym i bardziej przystojnym nauczycielem, poświęca mu pełnię swojej uwagi.
|
 |
 |
|
O czym więc jest ten film? O trudnej, ale bezwarunkowej miłości ojca do syna. O mechanizmie, który powoduje, że wyrzutek społeczeństwa staje się wzorem cnót, wbrew wcześniejszym doświadczeniom i zdrowemu rozsądkowi. O dobrych intencjach, które wraz z biegiem czasu ustępują miejsca chciwości. I w końcu o manipulacji, która wymyka się spod kontroli i w pewnym momencie musi zostać zatrzymana, w ten czy inny sposób. Warto obejrzeć ten film z kilku powodów: dla Robina Williamsa, który zalicza swój najlepszy występ od lat, dla tej jednej, wspomnianej wcześniej sceny i dla refleksji, bo temat jest naprawdę bliski każdemu z nas, a pewien przykład z naszego własnego, polskiego podwórka sam, zupełnie mimowolnie, nasuwa się na myśl.
8/10
PS. Gratulacje dla dystrybutora, który zamiast tego filmu wolał wprowadzić do kin "Stare wygi", których cały scenariusz opiera się na strojeniu głupich min i zatrzymywaniu szybko poruszających się przedmiotów za pomocą krocza. Okazuje się, że Williams Williamsowi nierówny.