Strona główna KMF
        

UWAGA - SPOILERY ZDRADZAJĄCE CAŁĄ TREŚĆ I ZAKOŃCZENIE FILMU,
a także rozwiązanie „Szóstego zmysłu” M. Night Shyamalana

Sean umarł przed dziesięcioma laty, a Anna nadal nie może pogodzić się z jego stratą. Przychodzi często na jego grób. Nie potrafi zapomnieć. Żal, że odszedł, jest silniejszy niż wszystko inne. W końcu według racjonalnego, trzeźwego sposobu pojmowania świata, którym kierował się właśnie Sean – jej ukochany mężczyzna już nie istnieje. Śmierć kończy wszystko.
Ale poznaje Josepha – światełko w ciemnym tunelu. Godzi się na małżeństwo, wydaje się szczęśliwa. Bo w końcu jest – odnalazła mężczyznę, który może, przynajmniej w pewnej części, zastąpić jej Seana. Zaczyna się odliczanie dni do ślubu. Wszystko zdaje się iść jak po maśle, gdy nagle, zupełnie niespodziewanie, na urodzinach matki Anny, pojawia się On.
On. Ma dziesięć lat. Okrągłą buzię. Wielkie, smutne oczy.

„To ja, Sean” – mówi i nic w życiu Anny nie będzie już takie samo jak przedtem.

Skandalizujący? Nie. Kontrowersyjny? Nie. – tak pisze o „Narodzinach” miesięcznik „FILM”. I stawia najnowszemu dziełu Jonathana Glazera dwie gwiazdki. Po części się z tym zgadzam. „Narodziny” nie wywołują ani oburzenia, ani spontanicznych reakcji. Nagłośniona scena kąpieli głównej bohaterki z dziesięciolatkiem nie zawiera w sobie żadnych pedofilskich treści, a przynajmniej ja ich nie widzę. Ale żeby od razu ładować takiemu filmowi ocenę „kiepski”...? Mało to się złych filmów widziało...? A „Narodziny” pod względem zarówno artystycznym, jak i emocjonalnym biją na łeb oscarowe hity pokroju „Raya” czy „Marzyciela”.
Glazer nakręcił film spokojny. Bardzo spokojny. Stonowany. Ambitny. I piękny. Może nie wolny od pewnych dłużyzn, ale mimo to piękny.
Lubię takie filmy. Takie, które ufają inteligencji widza, nie obrażają go. W zalewie popcornowych produkcji „Narodziny” okazują się zachwycającym oddechem. Cała historia utrzymana jest w wolnej, chwilami nawet ślamazarnej konwencji, akcja toczy się jak żółw – ale tylko na pozór, bo tak naprawdę każda scena wręcz kipi od emocji.

Spójrzmy na zdjęcia Harrisa Savidesa. Subtelne i jakby staroświeckie. Kamera wolno sunie do przodu, pokazuje twarze bohaterów, przystaje. Przygląda się drgającemu kącikowi ust Josepha. Przygląda się wielkim oczom małego Seana. Kamiennej twarzy Eleanor. Kolory są tutaj przesiąknięte szarością i zgniłą zielenią, jako że akcja toczy się, gdy topnieją już śniegi, ale niebo cały czas zasnute jest chmurami. Żadnych trików, żadnych fajerwerków. Paradoksalnie, gdy dzisiejsza sztuka ukazywania filmowego świata bazuje na szybkich cięciach montażowych i szalejącej kamerze, zdjęcia takie jak w „Narodzinach” mogą same w sobie wydać się trikiem. A może i takowym są?

Jednak zdjęcia to przecież nie wszystko. I nawet najlepszy scenariusz nie zda się na nic, gdy aktorzy nie udźwigną ciężaru ról. W „Narodzinach” jednak nie ma o tym mowy.
Nicole Kidman jest, mówiąc krótko, rewelacyjna, choć nikogo to chyba nie dziwi ;). Anna to fascynująca postać. Wdowa, która ma nadzieję, że dziesięciolatek podający się za jej męża naprawdę nim jest. Wzdryga się przed tą myślą, ale przecież chce, aby tak było. To zupełnie nieracjonalne. Przeczy zdrowemu rozsądkowi (temu, w co Sean wierzył najbardziej). Ale przecież już z chwilą, gdy chłopiec mówi: „To ja. Czego chcę? Ciebie.” Anna mu wierzy. Broni się przed tym, nie daje po sobie poznać, ale wierzy. Czuje, że to nienaturalne. Ale na miejscu pucołowatego dziecka widzi swojego zmarłego męża. I nie potrafi odpędzić od siebie tego wrażenia. Mówi: „Odejdź. Ranisz mnie”. Ale chłopiec nie odchodzi. I Anna jest mu za to wdzięczna. Przebywanie z nim boli, jest jak rozdrapywanie zasklepionej rany, ale rozstanie będzie znacznie gorsze. Uczucia kłócą się z rozsądkiem. „Przecież to nie może być Sean. Co z tego, jeżeli jest?” Na początku Anna broni się przed chłopcem, nie chce, aby Sean wrócił – w momencie, w którym zaczyna układać sobie życie. Ale spotkanie z dzieckiem zdejmuje maski z twarzy jej rodziny, ukochanego. Teraz Anna pragnie poznać prawdę. Liczy się tylko miłość do Seana. I tamtego Seana, tamtego, sprzed laty. I do chłopca, który się za niego podaje. Za tę rolę Kidman została nominowana do Złotego Globu. I należało się jej. To, według mnie, najbardziej dojrzała, najbardziej złożona rola od czasu „Dogville”. I jedna z najlepszych w – jakże bogatym przecież – dorobku aktorki.
A, co najlepsze, 11-letni Cameron Bright w roli Seana wcale jej nie ustępuje i staje się równoprawnym partnerem. Młody aktor, który ma za sobą kilkanaście występów na małym i dużym ekranie, w tym zupełnie nietrafiony horror „Godsend”, zagrał po prostu rewelacyjnie (odpuszczam więc mu nieudany występ z DeNiro). Coś niewiarygodnego jest w jego spojrzeniu, ruchach, głosie. W jakiś sposób chłopiec ten przywodzi mi na myśl „przed-urodzonych” z sagi Franka Herberta, „Diuna” – dorosłych w dziecięcych ciałach. Bo też postać Seana nie jest dzieckiem. W końcu to dorosły mężczyzna, który powraca do swojej żony. A że w ciele dziesięciolatka...? Jest tu taka scena, gdy Sean bawi się na placu zabaw. Ale widz nie ma wrażenia, że chłopiec jest wreszcie na swoim miejscu. Nie, wprost przeciwnie. Wygląda to tak, jakby dorosły po prostu zaczął bawić się jak dziecko... W każdym razie, ta dojrzała, prawdziwie „dotykająca” kreacja zwiastować może narodziny nowej dziecięcej gwiazdy – o ile pan Bright zacznie uważniej przebierać w scenariuszach, ustrzegając się takich wpadek jak „Godsend”. Jego duet z Nicole Kidman stawiam na tej samej półce, co duety Bruce Willis/Haley Joel Osment w „Szóstym zmyśle” czy Hugh Grant/Nicholas Hoult w „Był sobie chłopiec”.

Drugi plan „Narodzin” także zachwyca. Lauren Bacall to klasa sama w sobie – a rola matki Anny, Eleanor, potwierdza, że wiek nie wypłukuje talentu ;). Niemal epizodyczną – lecz bezbłędną – rolę zagrała Anne Heche. Byłą kochankę Seana charakteryzuje podobne pragnienie, jak Annę – ona też chce, by ten mały chłopiec okazał się zmarłym przed dziesięcioma laty mężczyzną. Tylko, że Clara się do tego przyznaje. Nienawidzi Anny. I pała złością do młodego Seana, ponieważ nie wierzy (choć chciałaby!), że jest to ten sam Sean. Nieco niewykorzystany wydaje się jednak Peter Stormare, ale, cóż, nie można mieć wszystkiego naraz.
Znakomitą rolę zagrał także Danny Huston jako Joseph, nowy narzeczony głównej bohaterki. Ciekawa postać. Od początku wydaje się jakby niesympatyczny, choć nie ma ku temu żadnych konkretnych powodów – dopiero później odkrywamy, że „mężczyzna marzeń” Anny to zwykły choleryk, niepanujący nad swoimi czynami. I tu, niestety, pojawia się zgrzyt. A może nie tyle zgrzyt, co zwyczajny stereotyp. Chociaż „Narodzinom” daleko jest do konwencjonalnych rozwiązań, to mimo wszystko decyzję, aby Joseph był czymś w rodzaju „czarnego charakteru”, uważam za nietrafioną. Czy zawsze „ten drugi” musi być zły, niesympatyczny, żerujący na uczuciach? Ale to już nie wina Hustona. I z resztą – gdyby tylko takie płycizny można było wyłowić przy większości oglądanych produkcji... no comment ;).

I tu dochodzimy do zakończenia. Zakończenia, które – prawdopodobnie – przyczyniło się do wielu niepochlebnych recenzji, niskiej oceny na IMDb (6/10) i słabego wyniku kasowego.
Oglądałem „Narodziny” i do pewnego czasu byłem po prostu nimi zachwycony. A później, po scenie, w której Sean trafia do domu Clary, obudziły się we mnie podejrzenia. „Więc co, Sean nie jest Seanem?”
Zdumiewająca rzecz, jak człowiek szybko oswaja się z myślą, że ten mały, niepozorny chłopiec jest kimś innym. Kimś dorosłym. A potem szok – więc mały sobie wszystko wymyślił? Miał coś z głową? Hm?
Dopiero po powtórnym obejrzeniu filmu uświadomiłem sobie, że byłem w błędzie. Rozwiązanie – niby racjonalne – które wskazuje na to, że dzieciak wszystko sobie wymyślił, poruszony treścią listów miłosnych – okazuje się kompletnie nielogiczne. No bo niby skąd Sean znał szczegóły z życia „tego drugiego”, nawet najbardziej intymne? Skąd mógł wiedzieć, nad czym ten obcy mężczyzna pracował, co lubił, czego nie, gdzie spotkał Annę? Skąd znalazła się u niego tak wielka determinacja, by odbić dorosłą, nieznaną kobietę równie nieznanemu mężczyźnie...?
Błąd. Duży błąd. Założenie, że dzieciak zwariował, jest nawet nie tyle nielogiczne, co po prostu tłamsi cały artyzm filmu. To nie jest rozwiązanie zagadki „Narodzin”. Prawdziwe rozwiązanie kryje się między słowami. W długich ujęciach. W spojrzeniach. W podtekstach. Trzeba po prostu pokombinować. Dzisiejszy widz, przyzwyczajony to tego, że Spielberg wyjdzie i wyjaśni mu jak pastuch krowie: „To jest kosmita, kosmita jest zły. To jest człowiek i on jest dobry. Patrz, kosmici odlecieli...”, traci zaufanie do własnych domysłów. Zakończenie filmu Glazera jest otwarte na interpretacje.
Czy Sean był tamtym Seanem?
Według mnie, był.

Pierwszą wskazówką jest sama czołówka. Dorosły Sean upada pod mostem, a za chwilę jesteśmy świadkami narodzin dziecka, które dziesięć lat później zjawi się w domu Anny jako „ten drugi” Sean. Możemy się domyślić, że te dwa wydarzenia miały miejsce mniej więcej w tym samym czasie. Wcale niewykluczone, że między nimi minęło dokładnie dziewięć, osiem miesięcy. A z resztą, nieważne. Nie o to tu chodzi.
Sean pamięta „swoje” poprzednie życie. Zna Clifforda, Eleanor, Laurę. Wie, gdzie pracował. Jest niesamowicie pewny siebie. To, że jest tamtym Seanem, uważa za oczywiste. Tak jak to ostatnie można by jeszcze ewentualnie zrzucić na chorobę psychiczną, to wspomnień i uczuć (reakcja na widok Clifforda!) już nie. Jeżeli więc przyjąć „oficjalne” rozwiązanie, możemy dojść do wniosku, że scenariusz „Narodzin” jest zwyczajnie głupi i nielogiczny. Ale coś tu nie pasuje – czyżby Glazer, nieulegający stereotypom, ryzykujący tak staroświeckim sposobem opowiadania historii, tego nie zauważył? Już samo to powinno wzbudzić zainteresowanie.
Mały Sean jest mężem Anny. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że kobieta zaczyna mu wierzyć – do tego stopnia, że decyduje się na desperacką ucieczkę? W jego ruchach, sposobie wypowiadania się, obyciu musi być coś z mężczyzny, którego znała i kochała. To ten sam człowiek, ta sama osobowość. Tyle, że w innym ciele.
Ale Sean jest też człowiekiem, który popełnił w życiu wiele błędów, o których Anna nie ma pojęcia – i na pewno nie był idealny. Wyciągnięcie na światło dzienne tajemnicy z jej poprzedniego życia znacznie komplikuje akcję. Za plecami kochającej żony miał kochankę. Ale teraz powraca. Aby naprawić błędy. Jak duchy z „Szóstego zmysłu”, które chcą się zemścić, albo coś dopowiedzieć, ostrzec. Sean jest właśnie czymś w tym rodzaju. Rozpaczliwie chce dać Annie to, czego jej nie dał. Uświadamia sobie, jak bardzo ją kocha. Dlatego nie idzie do Clary, tylko do żony. Nie przewiduje jednak, że Clara się zjawi.
Clara jest pewna, że chłopiec wszystko sobie wymyślił – wciąż jest pewna, że gdyby „prawdziwy Sean” powrócił, przyszedłby do niej. I Sean zaczyna się bać. Ucieka z jej mieszkania. Przerażony, że kobieta wyjawi Annie prawdę o jego rozwiązłości, postanawia zaprzeczyć nagle wszystkiemu, co już powiedział. A może dochodzi do wniosku, że lepiej nie mieszać się w jej życie? Może – z miłości! – zamierza ją opuścić, myśląc, że mimo wszystko lepiej jej będzie z Josephem? To jest powodem jego słów: „Nie jestem Seanem... ponieważ cię kocham. Nie umiem ci tego lepiej wytłumaczyć”.

– A więc... jesteś kłamcą?
– Tak.
– Powiedziałeś „tak”?
– Tak.


Sean nie przyznaje, że kłamał w kwestii swojej tożsamości. Przyznaje, że jest kłamcą – bo jest. I był nim. Bo ją zdradził. A teraz dochodzi do wniosku, że lepiej jej będzie bez niego. Że lepiej udać normalnego dziesięcioletniego chłopca i załatwić tak sprawę. Był kłamcą – i chce to naprawić, a jedyne wyjście to zaprzeczenie wszystkiemu, nawet prawdzie. Opuszczenie Anny.

Z tego punktu widzenia „Narodziny” nie są już wydmuszką, znakomicie nagraną opowieścią o bezsensownym zakończeniu. To film o reinkarnacji – nie tylko fizycznej, ale i duchowej. Sean, rodząc się na nowo, musiał odrodzić się także psychicznie. Tak, że postanowił walczyć o żonę, którą zdradził. Zranić swoją nową matkę, wystawić się na pośmiewisko dorosłym. Ale, o dziwo, w tej z góry skazanej na klęskę bitwie – bitwie o serce Anny – odnosi zdumiewający sukces i dopiero w ostatecznej rozgrywce z niego rezygnuje, nie sięga po nagrodę, odrzuca propozycję żony. Poświęca się i tak oto, w jakiś sposób, „Narodziny” stają się historią odkupienia. To nie jest arcydzieło, ale – między innymi dzięki kreacjom Kidman i Brighta – naprawdę niewiele brakuje mu do tego miana.

 

Narodziny

Birth
USA | 2004 | Dramat | czas 96 min.

Reżyseria: Jonathan Glazer
Scenariusz: Milo Addica, Jean-Claude Carriere, Jonathan Glazer

Wystąpili:

Anna: .... Nicole Kidman
Młody chłopak/Sean: .... Cameron Bright
Joseph: .... Danny Huston
Eleanor: .... Lauren Bacall
Bob: .... Arliss Howard
Clara: .... Anne Heche
Clifford: .... Peter Stormare
Pan Conte: .... Ted Levine
 

Klub Miłośników Filmu | 26 IX 2005



e-mail
 Autor recenzji: Maciej Kukowski - KAKAPO