Narzeczony mimo woli

Sandra Bullock i jej spécialité de la maison

Każdy facet ma swoje słabości, do których nie lubi się przyznawać. Jedni płaczą na ślubach, inni boją się burzy. Są też tacy, którzy piją kolorowe drinki z palemką (pamiętacie "Zodiaka" Finchera?). A ja... A ja uwielbiam Sandrę Bullock. Choćby film miał być kiepski, gdy ona jest na ekranie, jakoś nie mogę oderwać od niego wzroku. I nie chodzi tu wcale o urodę - bo ta, powiedzmy sobie szczerze, jest w jej przypadku sprawą dość dyskusyjną. Trudno też rozpływać się w zachwytach nad jej talentem aktorskim, bo taka Meryl Streep czy Kate Winslet w bezpośredniej konfrontacji zjadłyby ją pewnie na śniadanie. Ale, mimo wszystko, oglądam praktycznie każdy film z wyżej wymienioną. Komedie romantyczne, thrillery, dramaty - biorę jak leci, w ciemno. I nawet, gdy film jest słaby ("Miss agent 2") albo i bardzo słaby ("Speed 2"), nie żałuję. Gdy więc tylko dowiedziałem się o nowym obrazie z udziałem Sandry, wiedziałem, że moje nogi zaprowadzą mnie do kina już w dniu premiery. Przykra sprawa - wiem. Ale przynajmniej nie muszę siadać na ślubach w ostatnim rzędzie...

Narzeczony mimo woli zdjęcie 1 Narzeczony mimo woli zdjęcie 2

Po krótkiej przerwie od występów przed kamerą (ostatni film z Bullock, jaki mogliśmy oglądać, to "Przeczucie" z 2007 roku) i nieco dłuższym rozbracie z komediami romantycznymi, Sandra powraca do gatunku, który jest jej spécialité de la maison. I udowadnia, że wciąż jest w całkiem niezłej formie. "Narzeczony mimo woli" to historia ambitnej pani redaktor, która pracuje w prestiżowym nowojorskim wydawnictwie. Pechowo się składa, że jest Kanadyjką i pewnego dnia szef informuje ją, iż grozi jej deportacja. A to równoznaczne jest z pożegnaniem się z pracą i - co tu dużo mówić - zawaleniem się jej świata, bo ten tylko i wyłącznie na pracy się opiera. Wtedy jednak pojawia się młody asystent naszej bohaterki (a właściwie "oddany sługa"), który na zasadzie obustronnej umowy zgadza się poślubić Margaret i być jej przepustką do otrzymania upragnionej wizy. Problem polega jednak na tym, że nie jest to pierwszy taki przypadek w historii amerykańskiego Urzędu Imigracyjnego - oszustwo łatwo przejrzeć, a zażyłość musi zostać udowodniona... Gdzieś już widziane, gdzieś już słyszane? Jasne. Oryginalność fabuły na pewno nie jest zaletą tej produkcji, nie ma szans, by film ten stał się przełomem w swoim gatunku. Ale nikt z twórców nie miał chyba takiego zamiaru. "Narzeczony mimo woli" jest półproduktem - składającym się z gotowych, niezawodnych elementów, zmieszanych sprawną ręką reżyserki i przyprawionych odrobiną własnej inwencji. Nic nie oddala się tutaj za daleko od obranej z góry osi - jest tak, jak ma być. Schematycznie, sztampowo i bez większych odchyłów od normy. Po prostu "po staremu". Sukces tego filmu polega jednak na tym, że to właściwie wcale nie przeszkadza. No, prawie wcale...

Narzeczony mimo woli zdjęcie 3 Narzeczony mimo woli zdjęcie 4

Owszem, zdarzają się tutaj sceny, przy których w głowie kinomana rozlegnie się dźwięk przypominający rysowanie gwoździem po szkle. Ale jest ich zaledwie kilka - jak na "sezonową" komedię romantyczną to i tak mało. Akcja posuwa się tutaj całkiem zgrabnie do przodu, charakterystyki naszych głównych bohaterów też jest tyle, ile potrzeba. Wystarczająco dużo, by uwiarygodnić łączące ich uczucie i nie aż tyle, by przyćmić całą resztę i zanudzić na śmierć. Największą zaletą "Narzeczonego mimo woli" jest jednak obsada. Sandra Bullock, po krótkim romansie z dramatami o zaburzonym porządku czasowym, znów pokazuje, że w tym co robi, jest prawdopodobnie najlepsza (bo Meg Ryan ze swoimi ostatnimi rolami została w tej potyczce znokautowana). Komedie romantyczne to jej żywioł - wystarczy, że pokaże się na ekranie, roześmieje się i kupuje tym miłość oglądających na całym świecie. Jest w jej bohaterkach coś takiego, co burzy dystans między widzem, a odgrywaną postacią. Nie jest to ktoś odległy, odrealniony, ale dziewczyna (no a właściwie już "kobieta"), którą można spotkać na przystanku czy w kolejce po hot-doga. Nawet tutaj, mimo że nie gra przecież typowej "dziewczyny z sąsiedztwa". Jej Margaret to połączenie Mirandy Priestly z "Diabeł ubiera się u Prady" z nieśmiałą Lucy z "Ja cię kocham, a ty śpisz". Niemożliwe? A jednak! I trzeba przyznać, że oddanie tej podwójnej osobowości wyszło Bullock płynnie. Nie ma tu rażącego przeskoku z jednego nastroju w drugi, z jakim często mamy do czynienia w romantycznych komediach. Partnerujący jej Ryan Reynolds również spisuje się bardzo dobrze. I choć żadne z nich za swój występ nagród zdobywać zapewne nie będzie, to dzięki nim właśnie przymyka się oko na wszystko, co nie do końca się w tym filmie udało. Ich postaci przepełnione są urokiem i magią, pozwalającą z miejsca ich polubić, mimo że oboje nie mają przecież czystych intencji. A trzeba przyznać, że wzbudzenie sympatii w takiej sytuacji to niemałe osiągnięcie.

Dodatkowym atutem i właściwie trzecim głównym bohaterem w "Narzeczonym mimo woli" jest sceneria. Para wybiera się na weekend do rodziców asystenta, którzy mieszkają na Alasce. Oliver Stapleton, odpowiedzialny za zdjęcia, ukazuje to miejsce wprost przepięknie (z tego typu widokami miał już zresztą do czynienia - wystarczy obejrzeć choćby "Kroniki portowe"). Otoczenie, w jakim rozgrywa się akcja większości filmu to krajobraz niczym z bajki - w ogóle nie dziwi, że może się tam zrodzić głębokie uczucie. A sarnie oczy Bullock i śnieżnobiałe zęby jej partnera doskonale się z nimi komponują.

Narzeczony mimo woli zdjęcie 5 Narzeczony mimo woli zdjęcie 6

Chwalę, chwalę i chwalę. Czyżby szykowała się najlepsza komedia romantyczna dekady? Nie, skądże. Od razu chłodzę entuzjazm. Film ten jest bowiem wtórny, nie ma tu właściwie nic, czego nie widzielibyśmy już wcześniej. Jest więc uczucie łączące dwie pozornie nie pasujące do siebie osoby. Jest gama szalonych postaci drugoplanowych (w tym przypadku, nawiedzona staruszka, urzędnik zafascynowany Brudnym Harrym i zabawny kelnero-striptizero-sprzedawco-udzielacz ślubów). Jest pogoń za ukochaną, jest pocałunek przy tłumie gapiów... Znalazł się tu nawet, pojawiający się raz po raz, piesek - chyba jeszcze słodszy niż ten z "Lepiej być nie może". Tytuły, od których "pożyczano" można by zresztą mnożyć. Ale będą to tytuły naprawdę udanych filmów. Zaś sposób, w jaki to wszystko zostało połączone wnosi do tych ogranych schematów nutę świeżości i sprawia, że "Narzeczonego mimo woli" ogląda się przyjemnie. A o to chyba chodziło. Nie jest to oczywiście film tak zabawny jak "Miss agent" czy dorównujący urokiem "Ja cię kocham, a ty śpisz". Brak mu też godnego dopełnienia całości - zakończenie trudno nazwać pamiętnym. Bez wątpienia jednak będzie to kolejny mocny punkt w filmografii Sandry Bullock i niezły prognostyk przed czekającym na premierę "All about Steve". A ten może być ostatnią okazją tej aktorki do pokazania się w roli, do jakiej nas przyzwyczaiła. Patrząc na metrykę, mogłaby już grać mamy niektórych swoich bohaterek. Choć, kto wie, może jest ona jedną z tych osób, dla których czas się zatrzymał... Oby!

Plakat

Narzeczony mimo woli
The Proposal
reżyseria - Anne Fletcher
scenariusz - Pete Chiarelli
zdjęcia - Oliver Stapleton
muzyka - Aaron Zigman
montaż - Priscilla Nedd-Friendly
czas projekcji - 110 minut

wystąpili:

Sandra Bullock (Margaret Tate)
Ryan Reynolds (Andrew Paxton)
Malin Akerman (Gertrude)
Mary Steenburgen (Grace Paxton)
Craig T. Nelson (Joe Paxton)
Aasif Mandvi (Bob Thurber)
Betty White (Babcia Annie)
Denis O'Hare (Pan Gilbertson)
Michael Mosley (Chuck)

Plakat 2

Autor recenzji: Karol Barzowski | Klub Miłośników Filmu, 22 czerwca 2009

Strona główna | Recenzje KMF| Napisz do autora