
Odradzam oglądanie zwiastunu; odradzam czytanie materiałów promocyjnych; polecam
podchodzenie do filmu bez sprecyzowanych oczekiwań i ciągu keywordów w głowie
(unikajcie też przesłodzonego polskiego plakatu - tu przeprosiny w stronę
klubowego kolegi Darka Kuźmy;). Boję się, że „Nie opuszczaj mnie” może paść
ofiarą zawiedzonych widzów liczących na hollywoodzki suspens i sentymenty
sugerowane w reklamowych klipach. To raz. Dwa, film oferuje przynajmniej kilka
zwrotów akcji, których kampania marketingowa nie śmiała przemilczeć - lepiej
zachować je sobie na seans. Film jest na tyle sugestywny, że jedyną alternatywną
formą zapoznania się z opowieścią wydaje mi się ta najbardziej oczywista -
powieść Kazuo Ishiguro. Apeluję więc o zamykanie oczu i zasłanianie uszu podczas
trailerów w kinie - zostaniecie wynagrodzeni.
Czytałam książkę, ale na tyle dawno, by pamiętać z niej niewiele poza główną
intrygą. Przyjęłam więc film Marka Romanka (reżyseria) i Alexa Garlanda
(scenariusz) jako niemal nieznaną opowieść, choć jej subtelność jest bardzo
bliska prozie Ishiguro. Film nie kosztował wiele, powstał tuż przed tym, jak
nazwiska Carey Mulligan i Andrew Garfielda zaczęły elektryzować producentów,
niemniej zestaw Keira Knightley plus znana brytyjska powieść (nominacja do
Bookera) mogły zasugerować możliwości komercyjne znacznie wykraczające poza
skromny i zniuansowany dramat napisany przez Garlanda. Autor „Niebiańskiej
plaży” (książki), późniejszy scenarzysta Danny'ego Boyle'a, „28 dni później” i
„W stronę słońca”, napisał być może najlepszy skrypt w karierze. Intryga „Never
let me go” utkana jest po mistrzowsku, informacje na temat świata
przedstawionego serwowane są stopniowo, „zaszywając” pozorne dziury logiczne
(przewidujemy je i wyczuwamy, zaprawieni w popkulturowych bojach, a tu
niespodzianka za niespodzianką). To raz. Ale jest rzecz jeszcze ważniejsza. Otóż
„Nie opuszczaj mnie” dzieje się w słowach. Ale o tym za chwilę.
Dwa odwieczne tematy - Miłość i Śmierć - łączą się tutaj w tragicznym uścisku.
Jest miłość indywidualna, konkretna, skomplikowane układy pomiędzy postaciami,
gra pożądania i zazdrości, napięcie pomiędzy obezwładniającą samotnością a
pojedynczymi, rzadkimi chwilami bliskości. I jest mit miłości, zdegradowany do
plotki. Mówią, że miłość zbawia. Że ma dar uzdrawiania. Że daje wolność. W końcu
- że chroni przed śmiercią. „Never let me go” obchodzi się z miłością w sposób
przewrotny i okrutny.
|
 |
 |
|
A śmierć? Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale to słowo w filmie nie pada -
chociaż jest jego motywem przewodnim. Patrząc na wychudłą twarz Keiry Knightley,
trudno nie odnieść wrażenia, że cała opowieść jest swoistym danse macabre.
Wątpię jednak, czy bohaterowie mieliby podobne skojarzenie, tzn. czy ich
edukacja obejmowała średniowieczne ryciny z tańczącymi kościotrupami. (Czyżbym
uległa iluzji komfortu swojej sytuacji życiowej?). Za to na pewno obejmowała
nieuchronność śmierci w ramach pewnych, nam obcych, ścisłych definicji. I jeśli
zresztą miałabym gdzieś szukać logicznych niespójności scenariusza (który
powiela tylko błąd z powieści), to właśnie w fakcie, iż o czymś bardzo ważnym
dzieci dowiadują się dopiero w wieku lat ośmiu czy dziesięciu - dalej opowieść
toczy się bez potknięć. Wyczulenie twórców na dyskurs widoczne jest w znakomicie
dopracowanych dialogach - osobnego, pełnego „dziur” języka, budującego i
stanowiącego odbicie specyficznego systemu wartości i wierzeń. Jest tu
niesamowita scena, kiedy Kathy i Tommy rozmawiają w lesie o miłości-pogłosce.
Bilans, którego dokonuje Tommy, wybierając pomiędzy dziewczyną a ukochaną
przyjaciółką, żarliwa wiara w galerię Madame, coś à la kult cargo, gdzie rysunki
małej Kathy byłyby jak zaklęcia lub modlitwy, nigdy nie zostaje podważony.
Słuchamy narracji obcej, zakorzenionej we własnym kontekście. Nie zmieni tego
nawet rozwiązanie zagadki i zmiana perspektywy. Jak często się to zdarza we
współczesnej, filmowej science-fiction ze znanymi nazwiskami w obsadzie?
Film jest raczej powolny, refleksyjny, skupiony na postaciach, teatrzyku
codzienności, udawaniu, graniu, odtwarzaniu (jest tu zresztą cały wątek
sztucznej, nieporadnej socjalizacji). Rytm ten jest zresztą zgodny z
poczynaniami bohaterów, których bierność przeraża, boli. Ale czy opowieść o
przemocy symbolicznej nie powinna być właśnie taka, czyli wyciszona, raczej
zamrażająca widza w fotelu, niż powodująca rumieńce? Tylko pod spodem coś drga,
jakieś przeczucia, fantazje, myśli czarne, pogmatwane. Jak motyw ze
świerszczykami, ograny na kilku płaszczyznach, od napięć na linii Kathy-Ruth,
przez zrozumienie Tommy'ego, po intuicje Kathy, nieuzasadnione przecież, a
uporczywie powracające. Ze względu na te wszystkie niuanse, pytania z gatunku
„czy to (dzisiaj) możliwe?”, zarówno zachowawcze, jak i te bardziej z duchem
fronda.pl, wolałabym zostawić z spokoju. „Nie opuszczaj mnie” jest zbyt mocną
metaforą, by uciekać w tanią publicystykę, pomijającą uniwersalność przekazu. Bo
przecież wszyscy umrzemy.
Ocena: 8/10