WESTERNOWO - WSPOMNIENIOWO
Najnowsze dziecko Wima Wendersa jest niczym guma do żucia, którą
cierpliwie przeżuwamy i przeżuwamy, po to tylko by na końcu stwierdzić z
niejakim znużeniem, że może i była ona smaczna, ale jedynie przez kilka
pierwszych minut. "Nie wracaj w te strony" to bowiem film, który już na
początku odsłania wszystkie swe karty. Oto gwiazda westernów, wypisz
wymaluj chodząca reklama Marlboro, ucieka z planu filmowego. Ów kowboj,
kobieciarz i amator mocnych trunków, tknięty ni z tego ni z owego
przedziwną iluminacją, postanawia nadać swemu życiu nieco więcej sensu.
W tym celu powraca do rodzinnego miasteczka. I powyższa podróż
sentymentalna połączona z przemianą wewnętrzną ma niby wszystkie cechy
niezłego kina. Z tym że elementy te żyją w filmie Wendersa niejako
własnym życiem, nie składając się ani na chwilę w równie niezłą całość.
Bo choć pełno tu celnych metafor i wyrazistych postaci, to "Nie wracaj w
te strony" staje się po jakimś czasie zwyczajnie nużące.
Być może wszystkiemu winna prosta jak drut koncepcja całości. Już główna
klisza twardego kowboja - kobieciarza nie zostawia pola na jakiekolwiek
interpretacje. A im dalej, tym gorzej. Ani klasyczny wątek powrotu syna
marnotrawnego, ani żmudny proces oswajania przeszłości nie wywołają
wśród widowni nawet grama emocji. Zamysł Wendersa okazuje się nazbyt
oczywisty, aby powstać mógł z niego pełnokrwisty dramat. Prawdziwy
problem rodzi się jednak dopiero na styku wszystkich rzeczonych wątków.
Otóż Wendersowskie schematy, mimo że uparcie ze sobą krzyżowane, do
samego końca szeleszczą papierem. Droga po której kroczy Wenders nie
zawiera zakrętów - jest przewidywalna, a co za tym idzie niewiele daje
widzowi w zamian. Oto mamy więc w kinie teatr marionetek, w którym
zarówno postacie jak i zarys sztuki są od samego początku rozpoznane i
określone. Taki jest też w efekcie film Wendersa, który do tego stopnia
przejął się swą formą, że formą samą - mdłą wiązanką schematów -
pozostał.
Ale jako że jest to wiązanka
artystyczna liczyć możemy także na kilka przyjemniejszych akcentów.
Zachwycić może na ten przykład rozbrajająca dosłowność finałowej
metafory. Otóż nasz gwiazdor Howard Spence (w tej roli sam autor
scenariusza, słynny Sam Shepard) po licznych bojach, pogodził się z
rodziną. Oswajając przeszłość zapomniał jednak o teraźniejszości. A ta
postanawia upomnieć się o to, co słusznie się jej należy. Wspomniana
TERAŹNIEJSZOŚĆ (w osobie agenta ubezpieczeniowego) szuka, szuka aż
wreszcie znajduje Howarda. Aktualne zobowiązania i wcześniej obrane cele
zakładają Spencowi kajdanki i wymuszają powrót do rzeczywistości – na
plan filmowy. Bo, jak wiadomo, od życia się nie ucieknie. I Wenders bez
żenady rysuje to rozdarcie w najdosłowniejszy z możliwych sposób. Chyba
po raz pierwszy porzuca tu reżyser tak bliskie swemu sercu filmowe
schematy. Szkoda tylko, że najbarwniejszy moment filmu grzęźnie
niemiłosiernie w kowbojskiej szarości i nudzie .
Trzeba przy tym przyznać, że aktorom udało się skutecznie obronić swych
granitowych i wyrazistych do bólu bohaterów. Wenders zatrudnił w tym
celu outsiderów - Sama Sheparda, Jessicę Lange i Tima Rotha. Skutecznie
pozbawili oni swych postaci pierwiastków ludzkich, ale takie też było i
założenie reżysera. Powstał więc film kurczowo trzymający się raz
obranych, jaskrawych rozwiązań oraz nieuchronnie zmierzający do
oczywistych puent. Ani to wzrusza, ani porusza, ani bawi. Po co więc
rodziło się w bólach przez lata? Wenders twierdzi, że opowiedzieć chciał
historię o zmarnowanych szansach. Temat tak osobisty został tu jednak
wyzuty z emocjonalności. Stał się do bólu plastikowy. I chociaż
wszechobecny plastik mógł pociągać - jego hermetyczność mogła stać się
zaletą – to jednak Wenders kolejny raz zmarnował swą szansę. W ten
właśnie sposób "Nie wracaj w te strony" stało się - a jakże -
autotematyczne. Co jednak wcale nie wyszło nikomu na zdrowie..
Tegoroczny festiwal w Cannes
zdominowały filmy traktujące o podróżach sentymentalnych. Z tym że "Broken
Flowers" czarowało i zaskakiwało, a "Nie wracaj w te strony", jak się
później okazało, nie warte było ponownego spotkania. Jarmusch snuł swą
opowieść przewrotnie i prawdziwie. Wyruszał w drogę po to tylko by w
ostatecznym rozrachunku błyskotliwie zakwestionować jej sens. Wenders z
kolei nakręcił swój film bez werwy i pomysłu. Ostatecznego wyboru
dokonają jednak w kinach sami widzowie – według gustu i nastroju...
3\6
 |
NIE WRACAJ W TE STRONY
(Don`t come knocking)
USA\NIEMCY, 2005
reżyseria:
Wim Wenders
scenariusz:
Sam Shepard, Wim Wenders
muzyka:
T-Bone Burnett
zdjęcia:
Franz Lustig
obsada:
Sam Shepard jako Howard
Jessica Lange jako Doreen
Tim Roth jako Sutter
Gabriel Mann jako Earl
Sarah Polley jako Sky
Fairuza Balk jako Amber
Eva Marie Saint jako matka Howarda
PREMIERA:
14.10.2005
DYSTRYBUTOR:
MONOLITH PLUS
CZAS:
122 minuty
Klub
Miłośników Filmu | 18 X 2005 |
|
| Autor recenzji:
Jacek Kozłowski - SENK |