|
NIEBO NAD PARYŻEM
Kocham Paryż. Jego wąskie, strome ulice, po których nie da się przejechać
samochodem bez uszkodzenia lusterka. Bary i kafejki, z ich klejącymi stolikami.
Metro, w niedziele przypominające sceny horroru z pociągiem widmo. Parki oraz
ogrody, choćby i ze wszystkimi psimi kupami. No i wreszcie ludzi – w tym, a
nawet zwłaszcza, sprzedawców, kelnerów, barmanów… Ich uśmiechy, choćby i były
sztuczne, życzliwość, nawet jeśli wyuczona oraz otwartość – mimo że ponoć ją na
nich wymuszam. Kiedy przyjeżdża się do tego miasta po raz któryś i nie ma już
ciśnienia, by zobaczyć wszystkie zabytki, wejść na wieżę Eiffla, zjeść ślimaki,
mule czy naleśniki (co wszystko jak najbardziej warto zrobić!), odkrywa się
prawdziwe piękno tego miasta. Można na spokojnie, bez pośpiechu chłonąć klimat,
nierzadko różniących się bardzo od siebie, dzwudziestu dzielnic stolicy Francji.
Klimat, którego na wylot nie znają nawet rodowici paryżanie, albowiem w tym
tętniącym życiem mieście cały czas trzeba się go uczyć na nowo.
Taki właśnie zamysł – odkrywania na nowo Paryża przez jego mieszkańców – miał
też Cédric Klapisch w swoim najnowszym filmie pt. „Niebo nad Paryżem” (w
oryginale po prostu „Paris”). Tego pana też darzę specyficznym rodzajem miłości.
Jego poprzednie filmy, „Wszyscy szukają kota”, „Les poupées rousses”, ale
zwłaszcza „L’auberge espagnole” znany u nas pod tytułem „Smak życia”, to
podręcznikowe przykłady ambitnego, oryginalnego, a jednocześnie całkowicie
przystępnego i zabawnego europejskiego kina. Po ich obejrzeniu naprawdę ma się
ochotę pochłaniać życie łyżkami, bo okazuje się, że do tej pory nie zdawaliśmy
sobie sprawy z tego, jak dobrze smakuje. A pokazane jest to bez wyświechtanych
słów, utartych sloganów, ale dyskretnie i z wdziękiem. Idealna mieszanka.
Dlatego, gdy tylko dowiedziałem się, że Klapisch planuje wielowątkowy obraz
opowiadający o Paryżu i jego mieszkańcach, spodziewałem się kawałka wybitnego
kina, które także pokocham, ze wszystkimi jego wadami. Okazało się jednak, że
tych wad jest trochę za dużo…
Historia skupia się na tancerzu rewiowym (Romain Duris), który dowiaduje się, że
ma chore serce i uratować może go tylko przeszczep. Osłabiony, staje się niejako
więźniem w swoim mieszkaniu na samym szczycie paryskiego wieżowca, skąd z nudów
zaczyna obserwować ludzi. Opiekuje się nim siostra (Juliette Binoche), 40-letnia
rozwódka z trójką dzieci. Wokół tego wątku wyrastają i mnożą się nowe. Jest więc
sprzedawczyni z położonego nieopodal targowiska, jej były mąż, uroczo
rasistowska (o ile to w ogóle możliwe) właścicielka piekarni, profesor
podkochujący się w swojej studentce, jego brat architekt z młodą, piękną,
oczekującą dziecka żoną, i wiele innych, mniej lub bardziej eksploatowanych
przez Klapischa postaci. I to byłby właśnie mój główny zarzut w stosunku do tego
filmu. Reżyserowi bowiem nie do końca udało się stworzyć spójną historię. Wątków
jest bardzo dużo, postaci jeszcze więcej, a Klapisch kompletnie nie ułatwia
widzowi ich ogarnięcia. Do filmu w pewnym momencie wkrada się chaos – niektóre
postaci pojawiają się w jednej scenie, by powrócić w całkiem rozbudowanym wątku
gdzieś pod koniec filmu, kiedy niejeden oglądający zdążył już o nich zapomnieć.
Ponadto nierówna eksploatacja poszczególnych bohaterów sprawia, że część z nich
traktowana jest bardzo powierzchownie i w efekcie końcowym ich udział w fabule
wydaje się zbędny, wręcz wprowadzający niepotrzebny bałagan (zwłaszcza, na siłę
powiązany z całością, wątek emigranta z Afryki).
Nie tylko na tym polu Klapisch okazuje się niekonsekwentny. Do tej pory robił
głównie komedie z elementami dylematu egzystencjalnego. Tym razem chciał
odwrócić proporcje i, niestety, raczej niezbyt wdzięcznie mu to wyszło. Na
początku filmu, gdy poznajemy Pierre’a i dowiadujemy się o jego chorobie, film
przybiera ton dramatyczny. Pojawiające się następnie wątki także przedstawiane
są w podobnym, smutno-refleksyjnym klimacie. W pewnym momencie jednak, film robi
się o wiele lżejszy, Klapisch zaczyna posługiwać się humorem i … robi tak przez
kolejne trzy kwadranse, by pod koniec znów powrócić do, obranej na początku,
wizji. W filmie, będącym swojego rodzaju mozaiką, ważne oczywiście jest, by
przedstawiać bohaterów różnych, w różnym nastroju, klimacie i otoczeniu. Reżyser
jednak źle dobiera składniki i ich proporcje, a do tego nie ma wprawy w
mieszaniu. W efekcie dzieli swój film na trzy wyraźne części, co bardzo utrudnia
odbiór „Nieba nad Paryżem”.
Trzeba przyznać Klapischowi, że wszystkie sceny zrobione z przymrużeniem oka,
naprawdę śmieszą, a do tego humor w nich przedstawiony nie jest nachalny. To
wypadkowa umiejętności aktorów, reżyserii i scenariusza. Szkoda jednak, że cały
film nie został zrobiony w takim klimacie, gdyż wskutek reżyserskiej
niekonsekwencji, sceny te zwyczajnie tracą swój potencjał. Gryzą się z resztą
filmu, nie komponują się z jego ogólną atmosferą i, mimo że same w sobie są
świetne, ostatecznie bardziej przeszkadzają niż cieszą oko.
W pierwszej części filmu dodatkowym bohaterem jest też sam Paryż. Przepięknie
ujęty w obiektywie Christophe’a Beaucarne’a, świetnie wpisuje się w, przyjęty
przez Klapischa, refleksyjny nastrój. Kamera zagląda do niezbyt często
odwiedzanych przez turystów dzielnic, a nawet jeśli ukazuje najbardziej znane
miejsca – robi to w zupełnie inny sposób niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Co
ważne, wszystkie wydarzenia w filmie dzieją się jesienią i na początku zimy,
kiedy w Paryżu jest szaro, ponuro, dość odludnie i zadziwiająco spokojnie. Ale
zarazem niezwykle pięknie… Jeśli łapać jesienną deprechę, to tylko tam.
Jednakże, jak na tytułowego bohatera filmu, trochę tego Paryża mało. W pewnym
momencie reżyser o nim zapomina, skupiając się na samych przeżyciach postaci, i
powraca do niego dopiero na sam koniec historii. Pewnym ratunkiem z tej sytuacji
miało być wprowadzenie wątku profesora, eksperta od historii Paryża, który
dostaje pracę przy tworzeniu programu telewizyjnego o stolicy Francji. Opowiada
on o przeszłości i teraźniejszości tego miasta, rzeczach oczywistych, jak i tych
mniej. Kilku ciekawostek od niego się dowiadujemy, jednak, jak wiadomo, nic nie
jest tak mało przemawiające do człowieka jak gadająca głowa…
Chaos, który zakradł się do „Nieba nad Paryżem”, oczywiście przeszkadza, ale nie
na tyle, by nie mieć żadnej przyjemności z oglądania filmu. Mimo wszystkich
swoich wad, film się nie dłuży, a widz do końca zainteresowany jest losami
bohaterów. To zasługa przede wszystkim aktorów, którzy właściwie bez wyjątku
świetnie spisują się w swoich rolach. Ich charyzma sprawia, że odgrywane przez
nich postaci są naprawdę interesujące. Przyciągają widza do ekranu, pomimo że
same wątki fabuły są w większości niewykorzystane, opowiedziane trochę zbyt
powierzchownie, aby przykuć uwagę i wzbudzić głębsze uczucia. Na największe
brawa zasłużyli Romain Duris i Juliette Binoche – za odtworzenie zarówno pełni
kontrastowych emocji swoich postaci, jak i siostrzano-braterskiej chemii. Duris,
znany głównie z komedii lub filmów kostiumowych, świetnie poradził sobie z rolą
wrażliwego, pełnego obaw o przyszłość, współczesnego człowieka, którego zżera
choroba. Nie przybiera jednej miny pt. „jestem śmiertelnie chory, a jeszcze taki
młody, och jak mi źle, och, jak niedobrze”. Jego Pierre jest w środku radosnym
tancerzem, dobrym bratem i wujkiem. Dopiero na zewnątrz widać, że z każdym dniem
choroba wypala w nim i w jego sercu coraz większą dziurę nie do zapełnienia.
Kolejna świetna rola Durisa, który tylko potwierdził swój wielki kunszt i
aspiracje do zostania aktorską wizytówką Francji. Daniel Auteuil znalazł chyba
godnego następcę. A Juliette Binoche… Z każdym rokiem piękniejsza… To aktorka,
która bez względu na rolę, w jaką się wciela, zawsze roztacza wokół siebie
specyficzną aurę. Tutaj gra zmęczoną, zawiedzioną życiem, wyciszoną panią
urzędnik, a mimo to nie można oderwać od niej wzroku. Szczególnie w scenie, w
której robi striptiz :) (z dużym dystansem do własnej osoby).
Dla fanów Juliette „Niebo nad Paryżem” to na pewno pozycja obowiązkowa. Ale czy
dla innych? Film zdecydowanie ma wady i olbrzymi potencjał tkwiący w scenariuszu
nie został, niestety, wykorzystany. Obraz ten ma swój urok, a dla wielu będzie
to też jedyne spotkanie z, przedstawionym w „niepocztówkowy” sposób, Paryżem.
Jednak pierwszym uczuciem, jakie naszło mnie po wyjściu z kina był niedosyt.
Film nie jest ckliwy, nie opiera się na emocjonalnych schematach, i to jego
wielki plus, jednak z drugiej strony – jest trochę zbyt nijaki. Prócz,
całkowicie zbędnych, złotych myśli serwowanych nam od czasu do czasu przez
głównego bohatera, niewiele ważnego da się z tego filmu wyłapać. Dla mnie
jedynym morałem, który wychwyciłem, było – jeśli nie jesteś zadowolony z życia,
uprawiaj seks. Nie masz z kim - zapomnij o wymarzonej osobie i zadowól się inną.
Dopóki możesz, jest OK, martwić się będziesz potem… Ale, kto wie, może taki
morał lepszy, niż powtarzany po tysiąckroć „Kochaj życie z całych sił, bo nigdy
nie wiesz, kiedy je możesz stracić” – tym bardziej, że, próbujący przedstawić to
motto w trochę inny sposób, Klapisch, wyraźnie przekombinował. A szkoda. | |
 |
reżyseria - Cédric Klapisch
scenariusz - Cédric Klapisch zdjęcia - Christophe Beaucarne muzyka -
Loïc Dury
producent - Bruno Levy scenografia - Marie Cheminal
kostiumy - Anne Schotte czas projekcji - 130 minut
Juliette Binoche Romain Duris Albert Dupontel François Cluzet
Karin Viard
|
Elise
Pierre
Jean
Philippe Verneuil
Piekarzowa
|
|
 |
Autor recenzji: Karol Barzowski
[e-mail]
| Klub Miłośników Filmu, 10 września 2008
STRONA GŁÓWNA
|
RECENZJE KMF
| |