STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE


Gatunki filmowe są po to aby ściśle, bądź bardziej ogólnie, określić dany film. Zdarzają się jednak filmy, których w żaden sposób nie można przypisać do danego gatunku, lub jest on reklamowany w bardzo przesadzony sposób. Widz, wychodząc z kina czuje się oszukany, nie tylko przez producenta, czy dystrybutora, ale również wyprany ze swoich uczuć, rozczarowany, z uczuciem niesmaku. Pół biedy, gdy film nie odpowiada temu, co o nim wiemy, czy znamy z trailerów, ale jest wciągający i pozwala dobrze się bawić podczas seansu. Gorzej, gdy jest nudnym, nie wiadomo tak naprawdę o czym filmem, nie pozwalającym dotrwać do napisów końcowych. Jednym z takich filmów jest „Niebo nad Saharą”, w reżyserii Karima Dridi z 2009 roku, u nas wyświetlany dopiero po dwóch latach.

W 1933 roku Francuzi okupują Algierię, próbując ujarzmić „dzikusów” Tuaregów, którym przynieśli nowoczesność i cywilizację. Jednocześnie walczą z buntownikami i próbują złapać Firhouna – głównego rebelianta. Podczas tych wydarzeń w bazie wojskowej ląduję Marie Vallières de Beaumont, łowczyni przygód i znakomity pilot, która poszukuje Billa Lancastera, ukochanego, z którym razem ustanawiali rekordy przelotów, miłośnika przygód i podróżnika. Lancaster rozbił się gdzieś na pustyni, a zakochana w nim do szaleństwa Marie zrobi wszystko by go odnaleźć. Nie otrzymuje jednak pomocy od dowódcy bazy – kapitana Brosseau, a w dodatku podczas burzy piaskowej jej samolot zostaje zniszczony. Gdy żołnierze dowiadują się o lokalizacji Firhouna, Marie wyrusza wraz z nimi w niebezpieczną wyprawę, z nadzieją odnalezienia ukochanego.

   

Opis brzmi jak rasowy film przygodowy, z pełnymi akcji scenami. Dokładając do tego głównego męskiego bohatera, małomównego i tajemniczego Antoine'a, który po dłuższych przemyśleniach postanawia pomóc Marie, mamy prawdziwe kino z klasycznymi przygodowymi kanonami - kobieta i mężczyzna kontra przygoda i niebezpieczeństwo. Film sam w sobie również był reklamowany jako europejska superprodukcja przygodowa.

Niestety, obraz w żadnym wypadku nie jest filmem przygodowym. Nie jest również w pełni melodramatem. Jest za to filmem nudnym i nie dla wszystkich, bo tylko dla wytrwałych. Można spotkać się z porównaniami do „Angielskiego pacjenta”, ale takie porównanie, to ujma na honorze dla oscarowego filmu z 1996 roku.

Żeby wymienić czego zabrako w "Niebie nad Saharą" nie trzeba się długo zastanawiać, gdyż zabrakło dosłownie wszystkiego. Jeśli to film przygodowy, to zabrakło przygody. Nie mówię już tutaj o pragnieniu widowiskowych scen, bo to nie ten typ kina, ale choćby odrobiny niapięcia, które towarzyszy np. pościgowi za buntownikami, czy coraz trudniejszej podróży przez gorące piaski. Dostajemy za to godzinny spacer przez pustynię, podczas którego nie dzieje się dosłownie nic, pomijając kilka wystrzałów i jedną krótką bójkę. Oglądając przez cały czas te same widoki ciągnącej się pustyni, wcale nie odnosimy wrażenia jej ogromu i nieskończoności, mamy za to zmęczone oczy od oglądania dreptających prawie w miejscu wielbłądów i żółtego koloru. Cały film czekamy, aż coś się wydarzy i niestety nasze oczekiwania nie zostają zaspokojone. Końcowa podróż dwójki bohaterów, którzy z braku wody i upału są wyczerpani do granic możliwośi, ciągnie się w nieskończoność, bez braku u widza poczucia zagrożenia, czy strachu o Marie i Antoine. Jedynym akcentem, który może choć troszkę nas usatysfakcjonuje, jest końcowe wyjaśnienie odnośnie Lancastera (i o instynkcie wielbłąda).

Przechodząc do wątku romantycznego, bądź melodramatycznego, nie sposób nie zauważyć, że do prawdziwego melodramatu brakuje "Niebu..." bardzo dużo. Między głównymi bohaterami nie rozwija się żadne uczucie, choć ci, którzy bardzo chcą je dostrzec, pewnie je dostrzegą. Rozmowy o miłości, czy pomoc w poszukiwaniach, to stanowczo za mało, żeby skierować uwagę widza na rodzące się uczucie. Marie jest ślepo zakochana w Lancasterze, mimo tego, iż ten zawsze wracał do żony i dzieci.

   

Nie mogąc ujrzeć Lancastera na ekranie, jako bohatera z krwi i kości, i poznając go tylko z opowiadań, cały wątek melodramatyczny traci sens. Brak bohatera, nawet w jakiejś krótkiej retrospekcji, to brak utożsamiania się z uczuciami postaci z ekranu. Z powodu takiego zabiegu, opowieści Marie nie wzruszają, nie wywołują żadnego uczucia, sprawiają, że Lancaster jest postacią zbędną, a my zamiast kibicować w odnalezieniu go żywego, mamy tylko bezuczuciową i obojętną ciekawość czy się znajdzie, czy nie. Dopiero gdy pod koniec filmu Antoine wypomina Marie, że Lancaster nigdy jej naprawdę nie kochał, możemy ujrzeć u kobiety lekkie zainteresowanie jego osobą. Wszystko co widzimy, to jednak stanowczo za mało, aby film mógł być melodramatem. Wątkowi nie pomaga nawet to, że Marie i Antoine, czyli Marion Cotillard i Guillaume Canet, są parą w życiu prywatnym.

Jak w takim razie zdefiniować „Niebo nad Saharą”. Nie jest to film ani lekki, ani ciężki. Zdjęcia i muzyka nie powalają, tak samo jak to, co dzieje się na ekranie. Nie można go nawet polecić na niedzielne popołudnie, bo po prostu na nim uśniemy. Może tylko aktorstwo stoi na przyzwoitym poziomie, ale tak naprawdę scenariusz od nikogo dużo nie wymagał, bo w filmie w którym nic się nie dzieje, nie można też dużo zagrać.

Odkładając na bok wątki przygodowe i melodramatyczne, możemy jeszcze zwrócić swoją uwagę na francuski kolonializm i tutaj doszukiwać się sensu fabuły. Ucywilizowywanie, czy oswajanie na siłę plemion i rdzennych mieszkańców Afryki, którzy pragną wolności, a nie nakazów i zakazów, jest tak naprawadę okupowaniem kontynentu i podporządkowaniem sobie jego mieszkańców. Wątek fałszywej troski oraz krytyczne spojrzenie na kolonializm oczami Antoine'a, który był zwolennikiem zgody i zrozumienia oraz spowodowany tymi pobudkami jego konflikt z kapitanem, mogły zostać trochę bardziej rozwinięte. Sam film w oczach widzów na pewno zyskałby na takim podejściu do fabuły nowe oblicze.

Podsumowując, jest to mało udane i mało błękitne „Niebo nad Saharą”, jedyne emocje jakie można odnieść, to takie, że najbardziej w kość dostały wielbłądy, które przez wiele dni zdjęć musiały znosić zachcianki aktorów i reżysera, tylko po to, żeby zagrać w słabym niestety filmie.
 

       


Autor tekstu: Paweł Łazarowicz - Mittron | Klub Miłośników Filmu, 21 czerwca 2011
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]



STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE



Podziel się