Tekst ten nie aspiruje do miana "ambitnego" czy "odkrywczego". Jest zbiorem luźnych przemyśleń nie mających
niczego udowodnić. Nie ma też zamiaru kogokolwiek nastawić negatywnie do ulubionych bohaterów ;).
Uwaga na SPOJLERY filmów: "Kto zabił Liberty Vallance'a", "V jak Vendetta", "Zabójcza broń 1,2 i 4",
"Siedmiu wspaniałych" oraz "Unforgiven".
Bohater
- osoba, która odznaczyła się niezwykłymi czynami, męstwem i ofiarnością dla innych ludzi, także główna postać w utworze literackim, filmie itp. Osoby będące bohaterami często doczekują się poświęconych im dzieł literackich, opowieści w postaci legend, mitów czy epopei. W wielu przypadkach opisywani bohaterowie nie musieli w ogóle istnieć w rzeczywistości lub ich istnienie jest wątpliwe. Istniejący w zachowanych w kulturze dziełach czy opowieściach bohaterowie są zazwyczaj osobami, które są wzorcami moralnymi dla społeczności. Pełnią także często funkcję wychowawczą w socjalizacji jednostki. W mitologiach bohaterowie są osobami, które zazwyczaj potrafiły dokonać czynów, jakie przysługują tylko bogom...
( definicja pochodzi z Wikipedii)
|  |
Tak, bohaterem według powyższej definicji niełatwo jest zostać, trzeba w końcu spełniać pewne wymogi moralno-etyczne i estetyczno-fizyczne. Prawdziwy bohater filmowy (bo na takim się tu, we wstępie, skupimy) to wzór cnót wszelakich. Bogatym zabierze, biednym zaniesie - niczym Janosik i Robin Hood. Nie mylić z dobrotliwym zbójem z Latającego Cyrku Monty Pythona, który rodzinę biedaków do znudzenia obdarowywał łubinem. Bohater, taki prawdziwy, często jest fizycznie w doskonałej formie, dobrze zbudowany, silny niczym Herkules, o sylwetce Arnolda Schwarzeneggera lub Sylvestra Stallone. Oczywiście doskonałość fizyczna nie zawsze jest od bohatera wymagana, wszak gdy jest on cienkim Bolkiem, który w finale wygrywa miłość swego życia, jest bohaterem o stokroć lepszym niż bohater z góry naznaczony zwycięstwem i oblegany przez piękne kobiety od drugiej minuty filmu - pierwszą minutę zostawiwszy na napisy początkowe. Musi mieć też bohater swoje słabości, na przykład kryptonit. Musi też skrywać mroczną tajemnicę lub skazę, choćby taką, że w dzieciństwie męczył bąki zamykając je w słoiku. O ile powyżej wymienione cechy mogą występować w różnych konfiguracjach i nasileniu, tak jest jedna cecha bohatera, która odróżnia go od niebohatera... a chodzi tu o honor i godność. I nie idzie tu o honor, którym obnosił się Marty McFly, gdzie pytanie "tchórzysz McFly?" doprowadzało go do furii, ani o 'przede wszystkim godność' prezentowaną przez Dona Lockwooda w "Deszczowej piosence". Chodzi o godność i honor podczas pojedynku, walkę wedle reguł fair-play do samego końca. Bo im ciężej przychodzi bohaterowi zwycięstwo, im silniejszy od niego jest wróg, tym widzowie w kinie mocniej mu kibicują, zaciskając kciuki. Czyż nie wspaniały jest finał "Szklanej pułapki", gdy John McCLane wychodzi z budynku Nakatomi w objęciach żony, jako bohater, choć cały w siniakach, zmęczony, spocony, brudny, głodny i z poranionymi stopami? Czyż nie kibicujemy z całych sił szeryfowi z "W samo południe", który w pojedynkę staje do walki z bandą rewolwerowców? Albo samotny V z "V jak Vendetta", po pokonaniu oddziału wrogów, z uśmiechem na ustach wysadzający w powietrze miejski ratusz. Czy wreszcie przejmujący finał "Dzikiej bandy"... wymieniać można długo. To były przykłady z serii HOP, czyli 100% bohatera w bohaterze. Teraz pora na kilka BĘC, czyli meritum niniejszego artykułu, który ma na celu wykazać, że nie zawsze słynni bohaterowie postępują zgodnie z kodeksem honorowym. Przykład pierwszy z brzegu to "Kto zabił Liberty Vallance'a" Johna Forda i John Wayne strzelający z ukrycia do Vallance'a (Lee Marvin), który właśnie pojedynkował się z pacyfistycznie nastawionym szeryfem (James Stewart). Drugi z brzegu przykład to "Błękitny Grom", w którego finale Roy Scheider walczy z McDowellem, siedząc za sterami supernowoczesnej (tytułowej) maszyny, gdy jego przeciwnik ma do dyspozycji jedynie McDonella Douglasa 500 (taki mały helikopter ;). Przejdźmy jednak do przykładów konkretniejszych...
Zacznijmy od klasyki,
czyli "Siedmiu wspaniałych"
Johna Sturgesa z roku 1960.
W tym niezapomnianym westernie spotkało się przed kamerą wielu wspaniałych aktorów tamtych czasów. Steve McQueen, Yul Brynner, Charles Bronson, James Coburn... wspaniali aktorzy, grający zdolnych rewolwerowców, wynajętych przez wieśniaków do obrony przed bandą Calvery (Eli Wallach). Wszystko ładnie, jest pamiętny motyw przewodni, są piękne krajobrazy, walka w słusznej sprawie i siedmiu jakże wspaniałych. Ale czy są naprawdę tacy ah i oh? Banda Calvery to Ci źli, owszem. Kradną wieśniakom żywność, którą Ci w pocie czoła zbierają i magazynują na zimę. Bandyci Calvery zabijają nawet jednego wieśniaka, który próbuje ich zaatakować. Ok, nie ma usprawiedliwienia dla czynów bandy Calvery - są źli i trzeba pogonić im kota, albo lepiej konia, bo przecież na kotach nie jeżdżą. Zatem przyjeżdża tytułowych siedmiu i spuszcza złej bandzie wstępny łomot. Po jakimś czasie, wszyscy nasi wielcy 'heroes' opuszczają wioskę w poszukiwaniu bandytów i gdy wracają, czeka na nich zasadzka. Calvera jest litościwy, nie zabija żadnego z siedmiu bohaterów, choć Ci zabili kilka dni wcześniej wielu jego ludzi. Zakapior odbiera im jedynie broń i puszcza wolno, z gwarancją zwrotu rewolwerów i fuzji, jak tylko wyjadą z wioski. Bardzo ładne i wyrozumiałe potraktowanie naszych siedmiu. Można wręcz powiedzieć, że Calvera okazał się spoko gościem, który miast pozabijać bezbronnych wspaniałych, wspaniałomyślnie puścił ich wolno. Cóż jednak robią nasi wspaniali, których jest siedmiu? Gdy tylko ludzie Calvery oddają im broń, postanawiają wrócić do wioski. Jak postanawiają tak robią i podstępnie, z samego rana - gdy ludzie Calvery i on sam, jeszcze śpią - wpadają do wioski robiąc wielkie halo i bezlitośnie wybijają całą bandę i Calverę też. Cóż... takie postępowanie pasowałoby do bandy Calvery, ale nie do bohaterów pozytywnych, którzy litościwie puszczeni wolno, wrócili żeby wymordować swoich - jakby nie patrzeć - łaskawców. Można oczywiście dyskutować, że jeden dobry uczynek nie uczynił z Calvery dobrego człowieka, ale tak czy inaczej, zachowanie siedmiu nie było zbyt wspaniałe.
 | |
Każdy kto w dzieciństwie,
albo w zeszłym miesiącu, widział
"Gwiezdnych Wojen" epizody 4-6,
pamięta walki na miecze świetlne między Obi-Wanem Kenobim a Vaderem, i dwa starcia między Luke'em Skywalkerem a facetem w czerni - Anakinem. Byli dwaj protagoniści: dobry i zły, były dwa miecze świetlne i dwie moce, jasna i ciemna. Były pojedynki honorowe, jeden na jednego. Lepszy (lub sprytniejszy) wygrywał, gorszy doznawał poparzeń od świetlnego ostrza albo tracił dłoń. Tak przedstawiały się walki na miecze w starej trylogii. Co zaś prezentują nam epizody od I do III? Otóż George Lucas w każdej części przedstawia rycerzy Jedi jako... niehonorowych łobuzów, którzy napadają we dwóch na jednego. Przede wszystkim rzuca się to w oczy w "Mrocznym widmie", gdy w drzwiach staje Darth Maul, a Obi-Wan Kenobi i Qui-Gon Jin bez chwili zawahania odpalają swoje świetlne miecze. Darth Maul, w jednej z najbardziej pamiętnych scen z nowej trylogii, uruchamia swój miecz... z podwójną(!) klingą. Dlaczego i skąd akurat taki miecz znalazł się w ręku Maula, w sytuacji 2:1? Może rycerze Jedi z czasów młodości Obi-Wana, znani już byli w Galaktyce jako pozbawieni zasad tchórze, którzy na jednego wroga ruszają pełną parą - w dosłownym tego słowa znaczeniu, i Syci (od "Sith", nie od "Najedzeni" ;) zaczęli sobie wykonywać świetlne miecze dwusieczne, po jednym świetle na każdego z Jedi ;). Nie dość jednak, że Jedi atakowali we dwóch, to w dodatku robili to jednocześnie, z dwóch stron, na chama i z rozbiegu, miast próbować swoich sił z wrogiem po kolei, jeden na jednego i zmiana. Skoro jednak Darth Maul przez cały czas trwania ostrego i niehonorowego podwójnego ataku dawał sobie z Jedi radę bez najmniejszych problemów, możemy postawić tezę, że był od Jedi przynajmniej dwa razy lepiej wyszkolony. Rycerzom Jedi udaje się w końcu zmęczyć przeciwnika, który po zabiciu Qui-Gon Jina daje się ostatecznie pokonać Obi-Wanowi. Czy jednak taka wygrana nosi w sobie znamiona fair-play? Identyczny schemat odnajdujemy również w "Ataku Klonów", gdy Hrabiego Dooku atakują na raz Obi-Wan Kenobi i młody Anakin Skywalker. Gdy potężny Dooku rozstawia ich po kątach... do imprezy dołącza Yoda - i można to całe starcie uznać za pojedynek 3 vs. 1. Gdzie tu jakiekolwiek reguły, zasady, gdzie honor i ojczyzna? I wreszcie część trzecia: "Zemsta Sithów", gdzie podczas chwytania Dooku, Obi-Wan i Anakin ponownie ruszają do ataku we dwóch. Jest mocno prawdopodobne, że właśnie takie niehonorowe postępowanie rycerzy Jedi było bezpośrednią przyczyną skomasowanej zemsty Sithów ;).
 | |
Zabójcza broń" 1 i 2
oferowały nam w finale
dynamiczne pościgi i strzelaniny,
a przede wszystkim niesamowicie emocjonujące pojedynki jeden na jeden: Riggs vs. Mr. Joshua i Riggs vs. Adolf. W części czwartej Riggs i Murtough mają zostać odpowiednio ojcem i dziadkiem, zatem zaczynają przebąkiwać coś o niepotrzebnym ryzyku, i nawet z ust Riggsa padają słowa "Jestem na to za stary". Wiadomo, że przeciwnik Riggsa i Murtougha - Wah Sing Ku / Jet Li jest doskonale wyszkoloną maszyną do zabijania. Maszyną, która potrafi jednym ruchem ręki rozmontować pistolet, a dwoma zabić. Ale nie usprawiedliwia to zachowania Riggsa, który podczas finałowej strzelaniny próbuje rozjechać Jeta Li wózkiem widłowym. Nie usprawiedliwia to także postępowania Murtougha, który strzela do nieuzbrojonego Jeta, gdy ten próbuje zabić Riggsa. Ale najmniej ładnie zachowują się nasi bohaterowie w finale, czyli podczas walki z Jetem Li w strugach deszczu. Rzucają się na niego we dwóch, a gdy Riggs jest przez Jeta Li duszony, Murtough przebija go stalowym prętem (Jeta, nie Gibsona ;). Gdy tak ozdobiony niecodziennym piercingiem Jet Li wpada do wody wraz z Melem, ten zabija go znalezionym na dnie kałasznikowem. Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem bohaterów, którzy w finale postępują zdecydowanie niebohatersko. To wróg powinien mieć przewagę liczebną, to wróg powinien atakować 2:1. To czarny charakter powinien sięgać po tak niehumanitarne rozwiązania siłowe jak stalowy pręt czy podwodna seria z kałasznikowa. W dwóch pierwszych częściach kibicowaliśmy Riggsowi gdy spuszczał manto Panu Joshule, w dwójce wzbierała w nas radość, gdy Riggs z nożem wbitym w udo dał radę załatwić Adolfa, to nic, że spuszczając mu kontener na głowę. Walka była jeden na jednego, a to jest najważniejsze. Wygrał ten, kto miał kontener pod ręka.
|  |
Podsumowanie
Szkoda, że filmowcy zapominają chwilami, za co kochamy bohaterów. A kochamy ich za walkę w osłabieniu, w osamotnieniu, z pozycji przegranego, ale zawsze zgodnie z zasadami fair-play, bez wbijania noża w plecy, zdradzieckiego zamachu czy walki w przewadze liczebnej. Wyobraźmy sobie bowiem finałową strzelaninę w "Unforgiven": do baru w którym siedzi Mały Bill (Gene Hackman) wchodzi Clint Eastwood i Morgan Freeman, i we dwóch rozprawiają się z niesfornym szeryfem. Czy jest w tym napięcie? Czy jest w tym bohaterstwo? A może odwaga i sportowe zachowanie? Nic z tych rzeczy. A teraz sięgnijmy pamięcią do prawdziwego finału "Unforgiven", gdy Clint Eastwood wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi wchodzi do baru wypełnionego ludźmi Małego Billa i samotnie rozwala całe towarzystwo. Takich bohaterów chcemy, takich uwielbiamy. Takich finałowych pojedynków oczekujemy, i reżyserzy to wiedzą, inaczej Steven Spielberg w finale "Szczęk" wsadziłby Roya Scheidera nie na wątły, drewniany kuter rybacki, a na atomową łódź podwodną klasy Tajfun. Rekin nie miałby żadnych szans, ale czy tego chcieliby widzowie... ?
 |
|
Autor tekstu: Rafał Donica - DUX
|
Klub Miłośników Filmu, 26 grudnia 2006 |
|