Zagłębiając się w czeluście polskiego internetu, można dojść do wniosku, że wszelkie wady „Niezniszczalnych” - i te prawdziwe, i te wyimaginowane, zostały poddane drobiazgowej wręcz krytyce. Aktorstwo, które pozostawia sporo do życzenia, fabuła, lub wręcz jej marne strzępy… Inny zarzut tyczył się scen akcji, które wbrew obietnicom reżysera i odtwórcy głównej roli w jednym - Sylvestra Stallone, nie do końca cofały nas w lata 80., przypominając raczej to, co oglądamy we współczesnych filmach sensacyjnych, z szybkim, nieco chaotycznym montażem na czele. Osobiście do mankamentów dorzuciłbym fakt, że ostatnie 20 minut filmu jest jednym wielkim wybuchem.

Można dalej dywagować na temat braków tego filmu, ale nie można zaprzeczyć, że "sprzedał" się znacznie lepiej od prognoz specjalistów. Zarobił już na całym świecie ponad ćwierć miliarda dolarów (box office Mojo), co jak na kino ze sporymi obostrzeniami dotyczącymi wieku, jest naprawdę dużym osiągnięciem. Warto zastanowić się, co przyczyniło się do tego sukcesu.

Historię przedstawioną w „Niezniszczalnych” da się streścić w kilku słowach. Mamy oto grupkę mocno zaawansowanych wiekiem najemników granych przez wielce zasłużonych dla kina akcji aktorów, udających się na kolejną niebezpieczną misję. Produkcja ta jest wręcz modelowym przykładem kina rozrywkowego, w którym fabuła jest jedynie pretekstem do kolejnych widowiskowych scen akcji, ma uzasadniać ciągły wizualny fajerwerk, który obserwujemy na ekranie.


Niektórzy uważają ten film za swoistą "wstydliwą przyjemność". Mój mocno dorosły kolega stwierdził, że klockami Lego już się nie pobawi, ale za to „Niezniszczalnych” może obejrzeć bez większego obciachu. Dlaczego jemu i innym, pomimo swoich licznych wad, może się obraz Stallone podobać? Film sprytnie odwołuje się do emocji, do tego, kim chciał być każdy mały chłopiec i kim czasem, choć na moment, chciałby być ten, kto już od wielu lat tym chłopcem nie jest. Jest jak sklepik z niespełnionymi pragnieniami. Tymi z dzieciństwa i z życia całkiem dorosłego. Każdy może dobrać coś dla siebie.

Stallone, chcący bezinteresownie pomóc pięknej kobiecie cierpiącej wraz ze swym uciskanym przez tyrana ludem. Jason Statham, robiący lekcję pokazową i za pomocą pięści "tłumaczący" grupce mężczyzn, a w szczególności jednemu, jak nie należy traktować kobiet. W efekcie, niewiasta, której cześć była tak dzielnie broniona, zajmuje tylne siedzenie motoru Stathama, symbolicznie wybierając w ten sposób najsilniejszego samca w stadzie. Mamy wreszcie motyw braterskiej więzi, gdy wszyscy Expendables z czystej przyjaźni wspierają Stallone'a w pozornie samobójczej misji. Utopia, śmieszna bajeczka? Oczywiście. Odpowiadanie przemocą na przemoc w prawdziwym życiu zazwyczaj prowadzi jedynie do jej eskalacji, poza tym w prawdziwym życiu nie ma supermanów pokroju Sylvestra czy Stathama... ale co z tego? To bajka dla chłopców i tych kilkunasto i tych kilkudziesięcioletnich. Każdy facet, przynajmniej od czasu do czasu chciałby się poczuć właśnie takim supermanem. Widząc na ulicy sporą grupkę pijanych obszczymurów, którzy wulgarnymi inwektywami obrzucają ciebie i twoją kobietę, chciałbyś czasem do nich podejść i rozwiązać sprawą "stylem Seagala" tłukąc wszystkich po kolei. Nie zrobisz tego, bo mogłoby się to skończyć tragedią (i to najprawdopodobniej dla ciebie). Co najwyżej możesz wezwać policję, ale ta zapewne jedynie pouczy delikwentów, nie dając ci tym samym ani krzty satysfakcji.

Kino stricte komerycjne jest po prostu produktem. Ma dawać nam coś, za co jesteśmy gotowi zapłacić. Niezniszczalni potrafią łechtać męską próżność, czule głaszcząc nasze wybujałe ego. Mamy się więc wstydzić, że „Expendables” nam się podoba?


Dla kobiet funkcjonuje ogromna gałąź przemysłu telewizyjnego, która rocznie produkuje setki mydlanych oper. Do tego dochodzą dziesiątki przesłodzonych komedii romantycznych w samych tylko USA. Czy kobiety powinny się tego wstydzić? Oczywiście, że nie. Jeżeli to je relaksuje i podnosi na duchu po ciężkim dniu, to spełnia swe zadanie w 100%. „Expendables” to taka bajka, ale tym razem dla mężczyzn, by choć w kinie zapomnieli o całym świecie i na chwilę poczuli się jak supersamce. Hollywood zawsze była „fabryką” snów, więc każdy facet, jako ważny konsument amerykańskiej popkultury ma prawo żądać, by przynajmniej przed ekranem wczuł się w tego kim chciał być, będąc małym chłopcem - mocarnego, wzbudzającego ogólny podziw i atencję mężczyznę, który myśli, że dzięki niezwykłej tężyźnie fizycznej i wielkokalibrowej broni, znajdzie wyjście z pozornie beznadziejnych sytuacji.

Każdy może stwierdzić, że coś takiego uderza w prymitywne instynkty, że to film robiony z niskich pobudek... Zapewne to prawda. Stallone'owi udało się jednak stworzyć obraz bezpretensjonalny, który nie ma ambicji, by przemycać wielkie prawdy. Owszem, są w nim tzw. "prawdziwi mężczyźni”, twardzi, niezniszczalni, honorowi, dla których przyjaźń to o wiele ważniejsza rzecz niż pieniądze. Nawet jak zbłądzą to i tak na końcu odkupują swoje winy. Walczą oczywiście z tymi złymi, zepsutymi do szpiku kości. Wszystko to jednak wzięte jest w nawias umowności. Reżyser wcale nie chce byśmy uwierzyli, że taki świat istnieje, zdaje sobie przecież sprawę jak jest naprawdę. Proponuje nam jednak byśmy przez dwie godziny w kinie zapomnieli o rzeczywistości i dali się uwieść iluzji. Film jest niewątpliwie stworzony ku pokrzepieniu męskich serc, które czasem zdają się uważać, że dzisiejsze idee równości płci, nieco odzierają facetów z ich atrybutów męskości. W „Niezniszczalnych” kobiety są pięknymi, kruchymi, nieco bezwolnymi istotami, które muszą czekać na wspaniałego faceta, by je wybawił z wszelkiej maści opresji. Z całym szacunkiem dla pań, ale w „The Expendables” pełnią przede wszystkim rolę dodatku do wielkich spluw głównych bohaterów. Seksizm? Jak najbardziej, ale jak wspomniałem, to bajka przede wszystkim dla dużych chłopców i to ich próżność i ukryte pragnienia ma zaspokoić.

Dla twórców najważniejsze jest, że film trafił w swoją niszę. Można mówić, że nie spełnił wszystkich pokładanych w nim oczekiwań, że Stallone nie dostarczył tego, co obiecywał, a pragnął dać nam jeden z najwspanialszych filmów akcji w dziejach. Można wreszcie utyskiwać, że film nie był sentymentalną podróżą w lata 80. Nie można jednak stwierdzić, że „Niezniszczalni” nie dali swoistej satysfakcji sporej grupie odbiorców, a szczególnie jej męskiej części. Ponadto wzbudzili silne emocje, zarówno u zwolenników jak i przeciwników. Jednych i drugich mają „Niezniszczalni” wręcz fanatycznych. Zazwyczaj nowe, wysokobudżetowe produkcje spotykają się z umiarkowanym głosem za, lub przeciw. Z "The Expendables" jest inaczej. Oznacza to jedno - film jest "jakiś", jest wyrazisty, wzbudza skrajne reakcje i niewielu pozostawia obojętnymi. A to już spore osiągnięcie.




wytwórnia - Millennium Films, Nu Image Films, 2010
reżyseria - Sylvester Stallone
produkcja - Avi Lerner, Boaz Davidson, Kevin King
scenariusz - Sylvester Stallone, Dave Callaham
wg pomysłu - Dave'a Callahama
muzyka - Brian Tyler
zdjęcia - Jeffrey L. Kimball
montaż - Ken Blackwell, Paul Harb
scenografia - Franco-Giacomo Carbone
czas projekcji - 103 minuty

wystąpili

Sylvester Stallone
Jason Statham
Jet Li
Dolph Lundgren
Arnold Schwarzenegger
Bruce Willis
Mickey Rourke
Eric Roberts
Randy Couture
Steve Austin
David Zayas
Giselle Itié
Charisma Carpenter
Gary Daniels
Terry Crews

(Barney Ross)
(Lee Christmas)
(Ying Yang)
(Gunner Jensen)
(Trench)
(Mr. Church)
(Tool)
(James Munroe)
(Toll Road)
(Paine)
(gen. Garza)
(Sandra)
(Lacy)
(The Brit)
(Hale Caesar)



Autor recenzji: Bogusz Dawidowicz [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 9 listopada 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail] / Filip Jalowski - FIDEL [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF