W "Niezniszczalnych" jest scena, w której 64-letni Sylvester Stallone zmienia magazynki do pistoletu z szybkością światła. Wygląda to wspaniale, tak, jakby sam Legolas zamienił łuk na Glocka. Wszystko na jednym ujęciu, żadnego CGI nie dopatrzyłem się, zatem poczciwy Sly musiał to wykonać własnymi rękoma. I właśnie o takich "spisanych na straty" marzyłem, gdzie banda starych twardzieli dokonuje niemożliwych rzeczy, a Bourne i Bond z twarzą Daniela Craiga mogą się schować. Sam Stallone taki film obiecywał - mocne i bezkompromisowe kino akcji nawiązujące do najlepszych dokonań tego gatunku z lat 80., takich jak "Rambo" oraz "Commmando". Innymi słowy, prosta (ale nie prostacka) fabuła, prężący muskuły bohaterowie, głośne wybuchy i wystrzały, a także pyszne dialogi. Jednak najważniejszym składnikiem "Niezniszczalnych" miały być gwiazdy tamtego kina, które, choć swoje najlepsze lata mają już za sobą, nadal są nie do zastąpienia. Takie nazwiska jak Stallone, Schwarzenegger, Lundgren, Van Damme, Weathers, Seagal, Lamas czy Norris, zna każdy miłośnik filmów sensacyjnych i, choćby jednorazowego, powrotu tych aktorów chcieli fani. Sly obietnicy dotrzymał. Tak jakby.

Tytułowi Niezniszczalni to grupa najemników, którzy pod wodzą Barneya Rossa (Stallone) podejmują się zadań specjalnych, od ratowania ludzi po obalanie rządów. Ich nowym celem staje się niejaki generał Garza, dyktator jednego z krajów w Ameryce Południowej, lecz prawdziwym kłopotem okaże się sterujący generałem były agent CIA (Roberts). To tyle jeśli chodzi o fabułę. Mamy pomniejsze wątki, takie jak kłopoty sercowe jednego z ludzi Rossa (Statham) oraz nieco poplątaną historię rodzinną Sandry, kontaktu Niezniszczalnych w rządzonym przez Garze kraju, którą grany przez Robertsa bohater kwituje słowami "kiepski Szekspir", ale równie dobrze mogłoby ich nie być. Najważniejsze są chłopaki ze swoimi dymiącymi działami oraz mniejsze i większe obiekty wylatujące w powietrze, a tego mamy pod dostatkiem. A jednak wychodząc z kina można poczuć niedosyt. No bo, gdzie te wielkie nazwiska i wielkie bicepsy, które mieliśmy podziwiać po latach nieobecności na wielkim ekranie? Fakt, Schwarzenegger, Stallone i Willis mają jedną wspólną scenę, ale nie uświadczymy w niej nic poza (już wkrótce) kultowymi tekstami. Lundgren strzela, walczy i rzuca przeciwnikami o ścianę, ale trochę go mało. Są też "świeższe" nazwiska, jak Jason Statham i Jet Li, lecz nie ich wyczyny chcieli oglądać na ekranie fani filmów z lat 80. Szkoda, że Stallone nie zaprosił do współpracy swojego wielkiego rywala Apollo Creeda czyli Carla Weathersa. Również znany z "Predatora" i "Commando" Bill Duke byłby mile widziany. Zamiast nich mamy paru wrestlerów, którzy do tej pory w niczym specjalnym nie zabłysnęli.


Inną bolączką filmu Stallone'a są słabo nakreśleni główni bohaterowie. O ile dowiadujemy się czegoś o postaciach granych przez Stallone'a i Stathama, o tyle pozostali Niezniszczalni czyli Jet Li, Randy Couture i Terry Crews są zwyczajni niewyraźni. Li umie się bić i wyraźnie robi za element komediowy (czemu akurat on?!?), Couture ma problem z uchem, a Crews uwielbia wielkie karabiny. Jest też Dolph Lundgren, który wypada najciekawiej z zespołu Rossa - jest najsłabszym ogniwem Niezniszczalnych, człowiekiem z wyraźnie poharataną psychiką, ale starającym się być fair w stosunku do swojego dowódcy. Gorzej jest z ich przeciwnikami. Eric Roberts zdecydowanie za dużo mówi w całym filmie. Wystarczyłby jego podstępny uśmiech i demoniczne spojrzenie. Aktor ten potrafi też walczyć, co udowodnił w "Najlepszych z najlepszych", lecz próżno tu czekać na sceny walki z jego udziałem. Jego pomagierów grają zapaśnik Steve Austin oraz kultowa postać B-klasowych filmów akcji z początku lat 90., Gary Daniels. Pierwszy gra górę mięśni bez mózgu, drugi Brytola w niebieskiej koszuli i ciemnych okularach. Są tylko po to, aby stoczyć epickie pojedynki z pozytywnymi bohaterami. Najlepszy aktorsko jest Mickey Rourke grający Niezniszczalnego w stanie spoczynku. Jego przejmujący monolog jest najlepszą sceną w całym filmie.

Trochę się czepiam, bo spodziewałem się innego filmu. Nie chodzi tylko o brak pewnych aktorów, czy scenariuszowe niedoróbki, ale również o powagę, czyli ostatnią rzecz, której oczekiwałby fan takiego kina. A jednak tamte filmy - "Rambo", "Commando", "Cobra", "Zaginiony w akcji", "Podwójne uderzenie" - pomimo wielu absurdalnych scen, śmiesznych dialogów czy kosmicznej liczby zabitych, nie były brane w nawias. Dziś łatwo się z nich śmiać, lecz w momencie powstania były typowymi przykładami pierwszoklasowego kina sensacyjnego. Tymczasem reżyser-scenarzysta Stallone, już nadając imiona głównym bohaterom sytuuje swój film niżej niż wymienione przeze mnie tytuły. Barney Ross, Lee Christmas, Ying Yang czy Hale Ceasar to nie nazwiska dla bohaterów, chyba że parodii. Również niektóre sceny akcji wydają się przesadzone, jak choćby "strzał ostrzegawczy" Lundgrena z początku filmu, gdy odstrzeliwuje przeciwnikowi cały kawał ciała, od pasa w górę. Dzięki takim zabiegom niemożliwe jest postawienie "Niezniszczalnych" na tej samej półce, co choćby "Wygrać ze śmiercią" z fantastycznym Stevenem Seagalem w roli Masona Storma. To jest nazwisko dla bohatera!


Pomimo zarzutów, jakie kieruję do nowego filmu Sylvestra Stallone'a, nie potrafię wystawić mu niskiej oceny. Bo efekt końcowy jest, mimo wszystko, godny pochwały. Film ma wspaniałe sceny akcji, jest zrobiony "po bożemu", z minimalnym użyciem efektów cyfrowych, a widowiskowy finał usatysfakcjonuje każdego miłośnika kina kopano-strzelanego. Brak w "Niezniszczalnych" nudy, co jest ogromnym plusem, a i ścieżka dźwiękowa złożona z piosenek z lat 70. i 80. wyraźnie działa na korzyść całości. W ogóle, im dłużej myślę o filmie Sly’a, tym większe mam wrażenie, że musiał powstać. Jeśli nie dla fanów tamtego kina, jak było w zamierzeniu, to dla dzisiejszej widowni, wychowanej na produkcjach Michaela Baya, bournach oraz najnowszych ekranizacjach komiksów. Co jak co, ale Sylvester Stallone jest tylko jeden.


7/10




wytwórnia - Millennium Films, Nu Image Films, 2010
reżyseria - Sylvester Stallone
produkcja - Avi Lerner, Boaz Davidson, Kevin King
scenariusz - Sylvester Stallone, Dave Callaham
wg pomysłu - Dave'a Callahama
muzyka - Brian Tyler
zdjęcia - Jeffrey L. Kimball
montaż - Ken Blackwell, Paul Harb
scenografia - Franco-Giacomo Carbone
czas projekcji - 103 minuty

wystąpili

Sylvester Stallone
Jason Statham
Jet Li
Dolph Lundgren
Arnold Schwarzenegger
Bruce Willis
Mickey Rourke
Eric Roberts
Randy Couture
Steve Austin
David Zayas
Giselle Itié
Charisma Carpenter
Gary Daniels
Terry Crews

(Barney Ross)
(Lee Christmas)
(Ying Yang)
(Gunner Jensen)
(Trench)
(Mr. Church)
(Tool)
(James Munroe)
(Toll Road)
(Paine)
(gen. Garza)
(Sandra)
(Lacy)
(The Brit)
(Hale Caesar)



Autor recenzji: Krzysztof Walecki - CRASH [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 17 sierpnia 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF