Rozmowa z Dolphem Lundgrenem, zamieszczona niedawno w jednym z angielskich dzienników, przesycona była ledwo kamuflowaną nostalgią. Bo kino akcji już nie to. Bo prawdziwych herosów zastąpił komputer. Bo byle chuderlak z trójką z wuefu może zostać Jasonem Bourne'em albo Ethanem Huntem. Naznaczone żalem słowa nie dziwią, wszak Lundgren musiał czekać kilkanaście lat, miotając się między niskobudżetowymi produkcjami, zanim powrócił na wielki ekran. Wypowiedzi aktora nie można tłumaczyć jedynie chronicznym brakiem angażu w Hollywood - kino akcji faktycznie się zmieniło i wydaje się, że brakuje w nim miejsca na zwalistych mięśniaków jedną ręką potrafiących przetrącić karki zastępom wroga. Niby nie ma też siły zdolnej pokonać Bourne'a, Hunta i, ostatnio, Evelyn Salt, ale brak im czegoś nieuchwytnego, czegoś, co posiedli John Matrix, John Rambo i John McClane. Przed wpakowaniem wrogowi kuli w głowę nie zakrzykną
"Yippie-ki-yay" i nie zetną krzaków róż serią z automatu. Kino akcji odeszło do lamusa, a fizyczną sprawność zastąpiono specami od CGI. Definitywnie. Koniec i kropka.
I wątpliwe jest, czy sukces "Niezniszczalnych" wpłynie na nagłe odkurzenie zmurszałego gatunku i zainteresowanie nim wytwórni na masową skalę. Sztuczka autorstwa Sylvestra Stallone, polegająca na namówieniu do udziału w jednym filmie najbardziej rozpoznawalnych aktorów kina akcji nie uda się po raz kolejny - chyba że w wypadku sequela. Z tego też powodu część widowni patrzy na nowe dzieło kultowej już osobowości kina jak na ciekawostkę, iście cyrkową atrakcję, a nie pełnoprawnego spadkobiercę popularnych
akcyjniaków z lat osiemdziesiątych. Niesłusznie. Bowiem "Niezniszczalni" to niemal książkowa definicja kina akcji, esencja zapomnianego przez świat gatunku, którą kupuje się z całym inwentarzem, wybacza fabularne absurdy, przymyka oko i na setki trupów zabijanych z uśmiechem na ustach bez żadnych konsekwencji moralnych, i na sztywne aktorstwo. Albo nie ogląda się wcale.
Od momentu, kiedy w sieci pojawiły się pierwsze informacje na temat "Niezniszczalnych", oczy potencjalnego widza zwrócone były nie na karty scenariusza, lecz na nazwiska mających wystąpić w filmie aktorów. Zamiast historii o samotnej wysepce rządzonej twardą ręką dyktatora działającego pod dyktando renegata z CIA, Stallone mógłby nakręcić obraz traktujący o turnieju szachowym, a i to nie zmieniłoby w żaden sposób postrzegania jego dzieła. Materiały promocyjne nie kryły, że "Niezniszczalni" będą sentymentalnym hołdem z wybuchami w tle, hołdem dla stojących na pierwszym planie wykonawców głównych ról. A przy okazji ukłonem w stronę widza, składanym na chwilę przed opadnięciem kurtyny.
|
|
Bo są "Niezniszczalni" pewnym rozliczeniem z gatunkiem, swoistą manifestacją jego sił i słabostek, filmem wyjętym z zakurzonego kartonu z kasetami VHS, który przeszedł operację dokładnego remasteringu. Chociażby wtórna, pretekstowa, eksploatowana przez chyba każde medium po stokroć fabuła nie mogła być niczym innym, jak wybornym żartem, który miał na celu wywołanie uśmiechu nostalgii na twarzach miłośników kina akcji. Pokazana przez Stallone w nieco innym świetle, w niemal parodystycznym ujęciu, stanowi jedynie arenę, na której herosi z karabinami i nożami mogą pokazać, na co stać ich arsenał. Przecież "Niezniszczalni" właśnie o tych twardzielach mieli opowiadać, całej reszcie składającej się na dzieło filmowe nadano tym samym marginalnego znaczenia. I tak każdy z ekipy najemników ma do odegrania swoją rólkę, otrzymuje te kilka minut czasu ekranowego, w efekcie czego oglądamy serię krótkometrażowych miniaturek, tylko Stallone i Statham występują przed szereg i są praktycznie nieustannie obecni przed kamerą. Formuła przyjęta przez Stallone sprawdza się wybornie, udało się bowiem zamknąć w kadrze multum naładowanych akcją scen, a w każdej z nich pierwsze skrzypce gra inny
niezniszczalny.
Nie sposób odrzeć "Niezniszczalnych" z sentymentu, bo i na sentymencie ten film zbudowano. Koronnym dowodem jest scena w kościele, z udziałem Stallone, Willisa i Schwarzeneggera, pełna aluzji i nawiązań do aktorskich (i politycznych!) dokonań trzech panów. Dlatego też fani kina akcji, rozpamiętujący podobnie jak Dolph Lundgren dawne filmy i dawnych
wyczynowców, tęskniący za fizycznością w kinie, będą powtarzać zapamiętane w trakcie seansu one-linery jeszcze przez długie lata. A pozostali widzowie? Niech zamkną oczy, bo to nie dla nich ten film nakręcono.
8/10
 |
wytwórnia - Millennium Films, Nu Image Films, 2010
reżyseria - Sylvester Stallone
produkcja - Avi Lerner, Boaz Davidson, Kevin King
scenariusz - Sylvester Stallone, Dave Callaham
wg pomysłu - Dave'a Callahama
muzyka - Brian Tyler
zdjęcia - Jeffrey L. Kimball
montaż - Ken Blackwell, Paul Harb
scenografia - Franco-Giacomo Carbone
czas projekcji - 103 minuty
wystąpili
Sylvester Stallone
Jason Statham
Jet Li
Dolph Lundgren
Arnold Schwarzenegger
Bruce Willis
Mickey Rourke
Eric Roberts
Randy Couture
Steve Austin
David Zayas
Giselle Itié
Charisma Carpenter
Gary Daniels
Terry Crews
|
(Barney Ross)
(Lee Christmas)
(Ying Yang)
(Gunner Jensen)
(Trench)
(Mr. Church)
(Tool)
(James Munroe)
(Toll Road)
(Paine)
(gen. Garza)
(Sandra)
(Lacy)
(The Brit)
(Hale Caesar)
|
|