Plac Diabła

Nie cierpię "Placu Zbawiciela" Krzysztofa Krauze, który spłodził - mam nadzieję, że w takich samych mękach, jakie potem musieli przeżywać widzowie - wraz z żoną (pewnie w ramach terapii). Nienawidzę tego filmu - co więcej, gardzę nim! Uważam tego potworka za zaprzeczenie definicji kina, za antykino w swej najczystrzej formie i za film całkowicie zbędny. To produkcja pusta, bez fabuły, bez celu i bez żadnego sensu, która po brzegi przepełniona jest za to absurdalnym cierpieniem i bólem. Bólem tak napiętnowanym i wyeksponowanym, że po seansie człowiek ma ochotę tylko na dwie rzeczy: szklaneczkę czystej na do widzenia i nóż do podcięcia sobie żył (wzorem jednej z bohaterek). Nadziei nie ma żadnej. Nie chwytam więc tych wszystkich nagród i zachwytów dlań - sam co najwyżej gotów byłbym dać mu Złotą Malinę w kategorii "najgorsza tortura wszechczasów". Tak, tak. O ile takie "Salo" i "Cannibal Holocaust", tudzież gibsonowska "Pasja", to filmy zwyczajnie chore i wstrętne, albo zwyczajnie zbyt dosadne, to jednak mające jakiś cel. A "Plac Zbawiciela" zdaje się tego celu nie mieć. To film-kupa i tyle. Czemu jednak znęcam się nad kinem polskim w recenzji kina amerykańskiego? Powód jest jeden: "Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz" to zagraniczna wersja "Placu Zbawiciela", tyle tylko, że o dwie klasy lepsza.
Będąc dokładnym, to nawet o trzy, ale klasę realizatorską pominę, bo choć w tym względzie przyczepić się do polskiego koszmarku nie mogę, to jednak wiadomo, że technicznie produkt z USA będzie zawsze lepszy i bardziej dopracowany. Poza tym Krauze to jednak nie Lumet, a mordki wzięte wprost z polskich ulic nie mogą (choćby nie wiem, jak chciały) mierzyć się z aktorami pokroju Hoffmana, Hawke'a, Finneya czy Tomei. Ta ostatnia stanowi zresztą dodatkowy atut opisywanego tytułu, gdyż nie tylko gra dobrze, ale jest też pięknym ozdobnikiem i pokazuje się parokrotnie również bez ubrania (a komu, jak komu, ale pannie Tomei wdzięku, urody i seksapilu nie brakuje :). A taki widok, choćby nie wiem jakim wydarzeniom towarzyszył, zawsze działa pozytywnie, tym bardziej, że podany jest z wielkim wyczuciem i naturalnością, której to w jakimś stopniu brak w filmie polskim. Zapomnijmy jednak na chwilę o tym aspekcie filmu Lumeta (choć przyznam, że to trudne ;) i powiedzmy słówko o fabule.

Ta jest prosta i bardzo podobna do wspomnianego "Placu...". Otóż życie Andy'ego (absolutnie fenomenalny Hoffman) zdecydowanie nie jest usłane różami, ani też w niczym nie przypomina magnolii. Starzeje się nasz bohater, zaczyna mu się nie układać z żoną (właśnie przesłodka Tomei), która bez oporów puszcza się raz w tygodniu z jego bratem, Hankiem (świetny Hawke). Do tego dochodzą problemy w pracy, narkotyki i - co najgorsze - zaczyna brakować pieniędzy. Jeszcze gorzej wiedzie się Hankowi, który dzień po dniu stacza się na dno. On już nie ma kasy w ogóle - tonie w długach, nie ma przyjaciół, porządnej pracy i żadnych widoków na przyszłość. Na domiar złego jego była żona nim gardzi, a córka, którą wciąż kocha i której stara się zapewnić opiekę i dać choć odrobinę szczęścia, uważa go za nieudacznika. Obaj bracia nie mają więc żadnych perspektyw na lepsze jutro, o ile w ich życiu nie pojawi się nagle spora suma pieniędzy - tyle, że w totka nie grają. I nagle Andy wpada na pomysł: zrobimy skok. Nie będzie to jednak zwykły skok - obrabujemy sklep z biżuterią, należący do naszych staruszków (Rosemary Harris znana ze "Spider-mana" i legendarny, jak zawsze solidny Albert Finney). Sklep jest ubezpieczony, nie ma tam ochrony, jedynie stara ekspedientka, a okolicę znamy na pamięć - słowem łatwa kasa i zero strachu, że coś się komuś stanie. A jednak. Na skutek fatalnego błędu giną dwie osoby. Akcja uruchamia reakcję i dalej wszystko wali się niczym domek z kart - pozornie kochająca się rodzina zostaje zniszczona w ledwie kilka chwil, a życia poszczególnych jej członków szybko lądują w koszu.
Jak więc widać historia to bardzo polska, gdyż jest tu i nieszczęście, i dramat oraz trudy codziennego życia, dodatkowo przypieczętowane jeszcze większym dramatem, jeszcze większym nieszczęściem i nagłymi wypadkami losowymi, a całość została polana też sosem pro-rodzinnym. Idealny materiał na sequel "Placu Zbawiciela". W dodatku jest tu równie dużo, co w filmie Krauze, scen tzw. mocnych, życiowych i mocno życiowych, a końcówka nie pozostawia żadnych złudzeń, że "jest OK". Bo nie jest. Nie będę więc ukrywał, że z kina wyszedłem przygnębiony, smutny i niejako zdruzgotany tym, co dane mi było obejrzeć. Skłamię jednak, jeśli powiem, że z seansu nie czerpałem przyjemności i satysfakcji (choć może dvd byłoby w tym wypadku lepszą inwestycją). I tu dochodzimy do sedna sprawy, oraz wyraźnych różnic pomiędzy filmem amerykańskim a polskim. Przede wszystkim w kinie polskim od początku do końca czuliśmy się, jakby ktoś nam zwyczajnie przyjebał. Ot tak, po prostu, bez żadnej przyczyny. Same oskarżenia, pretensje, wywody i jakieś niespłacone kredyty w tle, za to brak odpowiedzi, wniosków, konkretów, a bohaterowie snują się z kąta w kąt, jak jakieś autystyczne dzieci we mgle. I tak już do końca - nie ma nic, co mogło by nam pomóc i nikt nie wyciąga do nas pomocnej dłoni. Nic. Zero. Lipa. Kosa pod żebra i się wykrwawiaj, ty widzu jeden, ty!

W kinie amerykańskim z kolei zostaliśmy wprowadzeni za-pomocą-konkretnych-wydarzeń do świata, którego bohaterowie sami sobie serwują ciosy, przy okazji zaciskając pętlę także wokół naszej szyi. Jest również konkretna ku temu przyczyna, można wyciągnąć odpowiednie wnioski, a reżyser co jakiś czas daje wyraźne znaki, że gdzieś tam jest nadzieja, gdzieś tam jest szansa - że coś (albo się) można jeszcze zmienić. Nie wspominając już o tym, że o ile w kinie polskim od początku do końca życie-do-dupy pokazuje się z manierą paradokumentalną, niemal z ukrytej kamery, tak w kinie zza oceanu są kolory i dokładnie skomponowane kadry. Są mocne charaktery, które chcą konkretnych rzeczy i które tylko pozornie zdają się nie mieć wyboru. Są w końcu jakieś plusy - choćby najmniejsze - i jest też czas na odrobinę (u)śmiechu. I to wszystko zarówno bez powiewającej flagi w tle i patetycznych przemów, jak i bez fabularnego chaosu, rozmieniania się na drobne i zbaczania z raz obranej trasy (a trzeba powiedzieć, że historia jest wielowątkowa i nielinearna). Słowem film jest idealnie skrojony (tak emocjonalnie, jak psycho- i logicznie) i cholernie konsekwentny, a przy tym jest wciąż czystym, niczym nie skrępowanym kinem. Kinem, które wciąga, które angażuje i które coś przekazuje, jednocześnie zostawiając miejsce na własne przemyślenia (można pokazaną tu historię interpretować na wiele sposobów). Owszem, jest to kino ciężkie, bolesne, nie dla każdego i trzeba się nań odpowiednio nastawić, ale jednak KINO.
Polecam więc to kino, zarówno zwolennikom produkcji Krauze, jak i jego przeciwnikom. Ci pierwsi będą mieli kolejny sadomasochistyczny ubaw z cierpienia innych, tylko podany w znacznie atrakcyjniejszy sposób. Ci drudzy znajdą tu przede wszystkim kapitalnie opowiedziany dramat z zacięciem na więcej, świetne kreacje aktorskie i znakomite, odlskulowe wyczucie klimatu, kompozycji i napięcia (brak tu oczojebnego montażu, szybkich ujęć z ręki, nie ma mnożenia w nieskończoność twistów czy silenia się na 'coolowość'). Wszyscy znajdą tu za to pewną odskocznię od tego, co zazwyczaj serwuje się w multipleksach i niegłupią historię z morałem, który jest mniej zaskakujący, niż to się może wydawać. Warto wybrać się więc na ten film - byle zrobić to, zanim diabeł się dowie...


wytwórnia - Linsefilm, 2007
reżyseria - Sidney Lumet
scenariusz - Kelly Masterson
zdjęcia - Ron Fortunato
muzyka - Carter Burwell
montaż - Tom Swartwout
scenografia - Wing Lee, Diane Lederman
czas projekcji - 117 minut


Philip Seymour Hoffman
Ethan Hawke
Albert Finney
Marisa Tomei
Aleksa Palladino
Michael Shannon
Rosemary Harris


Andy Hanson
Hank Hanson
Charles Hanson
Gina Hanson
Chris Lasorda
Dex
Nanette Hanson


Autor recenzji: Jacek Lubiński - MEFISTO | Klub Miłośników Filmu, 6 grudnia 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA