|
|
Era kaset video w Polsce przyniosła ze sobą powszechny dostęp do niemal
nieograniczonych zasobów zachodniego kina popularnego. W gąszczu
pojawiających się w kraju tytułów, kiedy rodzimy rynek nie miał rąk
związanych prawami autorskimi, Michael Dudikoff w roli amerykańskiego ninja
święcił nie mniejsze triumfy niż inne tuzy kina akcji. Zamaskowani
mistrzowie sztuk walki fascynowali nie tylko młodszych widzów i sukcesywnie
budowali filmową mitologię ninja także w naszym zakątku Europy.
Po romansie z post-orwellowską wizją Wielkiej Brytanii, opartą na powieści
graficznej Alana Moore'a „V jak Vendetta”, John McTeigue, podejmuje próbę
ożywienia legendy pod skrzydłami braci Wachowskich. W świecie „Ninja
zabójcy”, tytułowe postaci należą do sfery mitu. Jak ma się jednak okazać,
ninja od setek lat działają na zapleczu światowej sceny politycznej,
usuwając niechcianych rywali zleceniodawców za odpowiednią opłatą. Na trop
klanów ninja wpada pracownica Europolu, Mika, która z miejsca staje się
celem „niewidzialnych” wojowników. Kobieta jest tylko jedną z osób dramatu,
w którym główną rolę gra Raizo, wychowany na zabójcę mężczyzna, poszukujący
zemsty na swoim byłym mentorze. Sprzymierzeni, stawią czoła nie tylko
śmiertelnie niebezpiecznym ninja, ale i agentom organizacji rządowych.
Film McTeigue'a rozłożony jest na dwie płaszczyzny czasowe. Pierwsza,
współczesna nam, akcentuje wątek sensacyjno-szpiegowski, gdzie każda ze
stron konfliktu depcze po piętach konkurencji. Druga ujawnia kulisy
treningów Raizo w jego dawnej szkole klanowej, pod okiem legendy
ninja-filmów, Sho Kosugiego. Ciągłe retrospekcje, będące jednocześnie hołdem
dla dawnych filmów traktujących o sztukach walki, stanowią przeciwwagę dla
efektownych, błyskawicznie zmontowanych scen pojedynków. Mimo obmyślonej w
tej sposób konstrukcji, niedociągnięcia pośpiesznie nakreślonego scenariusza
stają się nad wyraz widoczne. Za opowieścią stoi bowiem cały zastęp klisz
gatunkowych. W efekcie nikt i nic nie odwiedzie widza od bezbłędnego
wykoncypowania ciągu zdarzeń przedstawionych w filmie od pierwszych minut aż
do finału. „Ninja zabójca” to przekoloryzowana gra komputerowa, ruchomy
komiks akcji dla dorosłych. Dokonane porównanie nie jest przypadkowe choćby
z uwagi na osobę scenarzysty. Joseph Michael Straczyński, który historię
Raizo sklecił podobno w niecałe trzy dni, to przecież cieszący się dużą
estymą w środowisku komiksowym autor.
Co ciekawe, scena otwierająca film, jak i kilka dalszych sekwencji,
wykorzystuje poetykę filmu grozy, a niektóre kadry są odbiciami tych z serii
„Predator”. Z uwagi na zaklasyfikowanie ninja do panteonu postaci
mitycznych, reżyser może kreować ich image jako „ludzi cieni”, niosących
niewidzialną śmierć. Z początku obecni są tylko w rozmowach, a gdy pojawiają
się wreszcie na ekranie, zauważamy jedynie efekty ich „pracy” – latające
kończyny, odcięte głowy, fontanny krwi. Oni sami pozostają niezdefiniowani
przez kamerę. „Ninja zabójca” to bezkompromisowe w traktowaniu przemocy kino
akcji, poruszające się momentami w estetyce gore, przerysowane niczym
japońskie animacje dla dorosłych.
McTeigue stąpa po cienkiej linii dzielącej tandetę od wizualnego
majstersztyku. Spektakl, który nam serwuje, potrafi zachwycić, choć trudno
stwierdzić, na ile film polega na sprawności fizycznej aktorów, a ile na
talencie speców od komputerowych efektów specjalnych. Być może fascynacja
zdobyczami nowoczesnej techniki odpowiada za nierówne wykonanie
poszczególnych scen. Obok interesującej „walki cieni” padających na
papierową ścianę tradycyjnego, japońskiego domostwa, oglądać możemy
sekwencje rodem z mało atrakcyjnych, hollywoodzkich dokonań Jeta Li. Zawodzi
także oświetlenie planu. Być może pod osłoną cienia chciał McTeigue ukryć
niedoskonałości warsztatowe, lecz jego domniemana intencja może
zdezorientować widza nie wiedzącego, do kogo należy, składająca się do
uderzenia, pięść.
Pokazany w końcówce, charakterystyczny choćby dla samurajskiego kina
japońskiego, konflikt tradycji ze współczesnością znakomicie oddaje
charakter „Ninja zabójcy”. Stylizowany na relikt lat osiemdziesiątych, obraz
McTeigue'a wykorzystuje nowoczesną technikę, by efekt archaiczności
osiągnąć. Reżyser przyjął konwencję ninja-filmu ze wszystkimi jej zaletami i
wadami, koncentrując się na widowisku, a zapominając o całej reszcie.
 |
kraj i rok produkcji - Niemcy, USA, 2009
reżyseria - James McTeigue
scenariusz - J. Michael Straczynski, Matthew Sand
zdjęcia - Karl Walter Lindenlaub
montaż - Joseph Jett Sally, Gian Ganziano
kostiumy - Carlo Poggioli
czas projekcji - 99 minut
wystąpili
|
|
Rain Naomie Harris Ben Miles Rick Yune Sho Kosugi
|
|
 |
| |
Autor recenzji: Bartosz Czartoryski - KEDDIE
[e-mail]
|
Klub Miłośników Filmu, 7 czerwca 2010
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
RECENZJE |
STRONA GŁÓWNA KMF
|
|