Film biograficzny to jeden z najbardziej irytujących podgatunków filmowych. Trudno uwierzyć, jak wiele nietuzinkowych i wyjątkowych postaci z różnych nisz kulturowych można wpisać w jeden prostacki i wyświechtany jak stara narzuta schemat. Czy naprawdę życiorysy większości znanych bohaterów kultury są tak podobne i irytująco płaskie, że można je zredukować do banalnych sentencji rodem z Coelho? Najczęściej przytrafia się to niestety w dziedzinie muzyki, bo tutaj najłatwiej zapełnić braki znanymi piosenkami i inscenizacjami historycznych koncertów. Czasami film się broni dobrym castingiem i brawurowym odtworzeniem głównej roli, ale i to nie zawsze wystarcza. Na szczęście przytrafiają się chlubne wyjątki, takie jak rewelacyjny „I’m Not There”, w którym to dostosowano strukturę fabularną do wielu płaszczyzn osobowości Dylana, a nie odwrotnie. Niestety, mam złą wiadomość dla fanów Christophera Wallace’a AKA Notorious B.I.G. – film o nim kontynuuje haniebną tradycję biografii w stylu kopiuj/wklej.

Już początek filmu przyprawia o bolesne rozczarowanie i nie pozostawia złudzeń. Zaczynamy oczywiście od momentu śmierci, w którym przysłowiowe życie przelatuje przed oczami, i tak oto cofamy się do trudnego dzieciństwa słynnego rapera, obserwując „po bożemu” jego drogę, od slumsów po bogate salony. Jedyną drogą ratunku dla „Notorious” mógł się okazać aktor w roli tytułowej - Jamal Woolard. O ile wyglądem i głosem pasuje całkiem nieźle, dobrze radzi sobie także na mikrofonie z klasycznymi utworami Biggiego, to jego postać jest tak kiepsko napisana, że trudno powiedzieć coś pozytywnego o tej roli. Wielka szkoda, szczególnie, że Notorious B.I.G. ma w sobie wielki potencjał do odtworzenia. Na pewno nie jest typowym hollywoodzkim przystojnym bohaterem biografii, z wielką tuszą, agresywnym sposobem bycia, wyjątkową atrakcyjnością dla kobiet. Pełny sprzeczności i trudny do łatwej identyfikacji.
Kluczem do jego interesującego sportretowania powinna być przede wszystkim muzyka. Wystarczy przejrzeć kilka jego tekstów, żeby się przekonać, że nie jest to typowy raper obwieszony łańcuchami, których dzisiaj oglądamy w co drugim klipie. Przypomina mi się tutaj cytat z „Donniego Darko” – „niektórzy ludzie rodzą się z tragedią we krwi”. Taki moim zdaniem był właśnie Biggie, tytułujący swój debiutancki album „Ready To Die”. Hip-hopowy Jim Morrison, jeśli można się pokusić o takie porównanie. Jednak reżyser i scenarzyści chyba zbytnio nie wsłuchali się w jego płyty, za to wyciągnęli z worka, to, co zwykle się wyciąga. Trudne dzieciństwo, przypadkowy początek kariery, nieudane związki, romanse, upadek, próba odkupienia, śmierć. Tutaj jest to podane tak typowo, że ciężko powstrzymać chichot przy scenach, które zapewne zamierzone były jako wzruszające. Dodatkowo wszystko jest nakręcone tak teledyskowo, że wychodzi najzwyczajniej groteskowo. Kiczowate, szybkie zbliżenia/oddalenia, zwolnione tempo i innego tego typu zabiegi, mogłyby posłużyć jako parodia stylu MTV w latach 90., więc dlaczego kręcić tak współczesny film biograficzny?

Podczas filmu przewija się także galeria innych znanych postaci, które spotkał w swoim życiu Biggie Smalls. Jednak dość ciężko dopatrzyć się podobieństwa, gdyby nazwiska nie zostały nam podane wprost. Mamy Seana „Diddy’ego” Combsa, Lil’ Kim, Faith Evans, czy wreszcie Tupaca Shakura. Konflikt pomiędzy tym ostatnim, a Notoriousem, jest tak, jak wszystko inne, potraktowany bardzo powierzchownie, i nic poważnego dramaturgicznie z tego nie wynika. Tylko scenariuszowe narzędzie do posunięcia fabuły ku końcowi.
Najlepiej prezentują się sceny ze studia i koncertów, chociaż nie wykraczają poza przyzwoitą poprawność. Jest ich zdecydowania za mało, mimo, że potraktowane są jako zwyczajne zapchajdziury, wydłużające czas pomiędzy kolejnymi obowiązkowymi „checkpointami”. Utwory same w sobie polepszają jakość tego filmu, ale biorąc pod uwagę jego poziom jako całości, warto raczej powrócić do starych teledysków, niż męczyć się, czekając na kolejną muzyczną scenę.

Taki niestety jest to film, film-przestroga, jak nie robić biografii słynnych artystów. Jest niekoherentny, mimo niewolniczego trzymania się wielokrotnie używanego szkieletu. Pan Woolard w głównej roli nie ma szansy wykazać się w żadnej dobrej dramatycznej scenie, jedynie za mikrofonem może chwilowo zabłysnąć. O postaciach drugoplanowych nie warto wspominać, wszystkie są jednakowo irytujące i płaskie. Wszystko jest także nieudolnie nakręcone, więc nawet nie ma na czym zawiesić oka. Najgorsze uliczki Brooklynu poznajemy po zmienionych filtrach i nienaturalnych kątach kamery. Dodatkowo postać Notoriousa, jest mocna ugrzeczniona i wybielona, mimo kategorii R, na którą składa się w sumie kilka przekleństw i nagie piersi. W końcu to tylko miły chłopak, który pobłądził, ale dzięki talentowi i marzeniom osiągnął sukces! Oto jak można wziąć wielowymiarową, interesującą postać, pozbawić ją wszystkiego, co wartościowe i sprowadzić do papierowego latawca, który zostaje zdmuchnięty przy najmniejszym kontakcie z jakimkolwiek utworem prawdziwego Biggiego.

 



Autor recenzji: Karol Kućmierz - Tony Clifton| Klub Miłośników Filmu, 31 maj 2009

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA