"O Angliku, który wszedł na wzgórze, ale zszedł z góry" - tytuł równie dziwny, co intrygujący. Z jednej strony przesadnie dokładny, a z drugiej odpowiadający bezpretensjonalnie i wprost na pytanie "ale o co chodzi?". Dokładnie taka jest zawartość tego niesłusznie zapomnianego filmu Christophera Mongera - zwykli ludzie dokonujący niezwykłego wyczynu, godnego w sumie lepszej sprawy. A poszło zaledwie o 16 stóp. Tyle bowiem zabrakło wzgórzu przy walijskiej wiosce Ffynnon Garw do 1000 stóp nad poziomem morza i tym samym geograficznego zakwalifikowania jej jako góry. Mamy rok 1917. Dwóch londyńskich kartografów (Hugh Grant i Ian McNeice) obwieszcza tę smutną nowinę mieszkańcom wioski, którzy dotąd byli przekonani, że żyją u stóp prawdziwej góry. Społeczność podejmuje więc decyzję - usypiemy kopiec na szczycie i przejdziemy do historii. Lecz zmaganie się z siłami natury wymaga niemal tyle samo pracy i pomysłowości, co zatrzymanie na miejscu za wszelką cenę dwóch kartografów aż do dnia, w którym dokonają oni wieńczącego dzieło pomiaru...


Pamiętacie magiczne sceny przenoszenia domu po lodzie w "Kronikach portowych" albo szykowania słodkości w "Czekoladzie"? Powtarzany wielokrotnie, z lubością celebrowany przez twórców widok korowodu wieśniaków, usypujących kopiec na wzgórzu, jest równie magiczny. Niezwykły nastrój malowniczych scen podkreśliła czarodziejska muzyka Stephena Endelmana. Jego proste, folkowe dźwięki to balsam dla uszu, bardzo przypominający nuty Rachel Portman do "Czekolady" i "Olivera Twista". Jego muzyka potrafiła nawet widok padającego deszczu uczynić wizją niemal biblijną. Zewsząd kłania się pogodniejsza, pozbawiona dramatyzmu strona stylu Lasse Hallströma, którym urzekał w wymienionych wyżej filmach. Na rodzimym podwórku można go porównać chyba tylko do "Szabli od komendanta" Jana Jakuba Kolskiego, nakręconej zresztą w tym samym 1995 roku.


Ładna muzyczka, ładne widoczki, kulturalne dialogi, pozytywny klimat, brak czarnego charakteru. Co tam jeszcze jest ładnego? Aha - aktorzy, ale na szczęście tylko główna para, czyli fatalnie poczesany Hugh Grant i urokliwa Tara Fitzgerald, bo reszta to referencyjni wyspiarscy brzydale z ryżym Colmem Meaneyem na czele. Czy jednak widzowi nie odbije się plastikiem od nadmiaru kalorii na tym polukrowanym obrazku? Zależy od nastawienia. Opowieść "O Angliku, który wszedł na wzgórze, ale zszedł z góry" to komedia obyczajowa, dająca ten szczególny rodzaj wytchnienia w niedzielny poranek, kiedy mamy ochotę obejrzeć coś zwyczajnie "fajnego". I tylko tyle, albo aż tyle. W 1995 roku film sromotnie poległ kasowo. Niedocenienie go było o tyle dziwne, że przecież główną rolę zagrał Hugh Grant, etatowy bawidamek i lekkoduch Zjednoczonego Królestwa, wówczas świeżo po światowym triumfie "Czterech wesel i pogrzebu" (1994). Ale tutaj Grant nie rzucał tekstami Richarda Curtisa, a słowny komizm postaci poszedł w stronę zabawnych antagonizmów między Anglikami i Walijczykami, dumnymi ze swej małej ojczyzny.


Wioska Ffynnon Garw to filmowa fikcja, wzorowana na autentycznej miejscowości Taff's Well (po walijsku Ffynnon Taf), położonej u podnóża Garth Mountain w południowej Walii (1007 stóp czyli 307 m.n.p.m.). Stamtąd właśnie pochodzi reżyser Christopher Monger (ur. 1950), który od swojego dziadka i innych mieszkańców usłyszał opowieść o kopcu usypanym na szczycie Garth Mountain na początku XX wieku (co zresztą pokazał w quasi-autobiograficznym prologu filmu). Lecz ta barwna legenda, na podstawie której osnuto scenariusz, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Szczyt wieńczy bowiem kurhan, kopiec grobowy z epoki brązu. Sama góra stała się niespodziewaną atrakcją turystyczną po premierze filmu, choć lokalne władze i miłośnicy zabytków długo musieli odkręcać filmową mitologię, podejmując inicjatywy mające na celu ochronę kurhanu przez zadeptaniem i wyjaśnienie turystom prawdziwego charakteru wzniesienia na szczycie góry. Za to z samymi filmowcami mieli spokój. Z powodu rozwoju przemysłu w widocznej ze szczytu stolicy Walii, Cardiff, nieskażone industrializacją plenery, niczym z "Barry'ego Lyndona", kręcono w wioskach Llansilin i Llanrhaeadr-yn-Mochnant w północnej Walii.


Po tym filmie Christopher Monger nie zrobił już dla kina nic znaczącego, zrealizował kilka seriali i dokumentów. W sumie podążył śladem swego bohatera - wszedł na wzgórze, zszedł z góry i nadal żył zwykłym życiem drugoligowego filmowca. Gdyby nie podparta pieniędzmi braci Weinsteinów chęć przeniesienia na ekran rodzinnej opowieści w doborowej obsadzie, pewnie nie usłyszelibyśmy o nim do dziś. A przy okazji przypomniał nam starą prawidłowość, że najciekawsze historie pisze samo życie. Nawet jeśli są wyssane z palca. Przecież tak bardzo lubimy bajki.





wytwórnia - Miramax Films, Parallax Pictures, 1995
scenariusz i reżyseria - Christopher Monger
wg opowieści - Ifora Mongera i Ivora Mongera
produkcja - Sarah Curtis, Bob Weinstein, Harvey Weinstein
muzyka - Stephen Endelman
zdjęcia - Vernon Layton
montaż - David Martin
scenografia - Charles Garrad
kostiumy - Janty Yates
czas projekcji - 92 minuty

wystąpili
Hugh Grant
Tara Fitzgerald
Colm Meaney
Ian McNeice
Ian Hart
Kenneth Griffith
Tudor Vaughan
Hugh Vaughan
Robert Pugh
(Reginald Anson)
(Elizabeth)
(Morgan Koza)
(George Garrad)
(Johnny)
(wielebny Jones)
(Thomas Dureń)
(Thomas Też Dureń)
(Williams Ropa)

Tekst i oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 16 maja 2010

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF