Idealna komedia

Gdybym robiła filmy rozrywkowe, to chciałabym, żeby wychodziły mi takie, jak Woody'emu Allenowi. Jego ostatni obraz "O północy w Paryżu" jest idealną w swoim gatunku komedią romantyczną, podczas której śmiejemy się z inteligentnych żartów, a nie z przysłowiowego "gołego tyłka". To kolejny "allenowski" film, idealny dla fanów autorskiego stylu reżysera, ale i w sam raz dla tych, którzy chcą się w kinie po prostu dobrze bawić. Reżyser proponuje prostą aczkolwiek zgrabną fabułę oraz intrygę, której przebieg można przewidzieć, ale bynajmniej nie jest to zarzut. "O północy w Paryżu" to film, który ogląda się w celach rozrywkowych, aby się pośmiać i na chwilę zapomnieć o cierpieniach tego świata. Jest to dobrze nakręcona "przezroczystym" stylem komedia o tematyce romantycznej z wyśmienitymi - kpiącymi i błyskotliwymi dialogami. Polecam ten ostatnio reklamowany hit, jako rozrywkowy i niegłupi jednocześnie. Nie dajmy się zniechęcić kiepskiemu plakatowi oraz ulotkom z nietrafionym podpisem pod twarzą Rachel McAdams... No cóż, grunt, żeby na plakacie było nazwisko sygnowane Oscarem, a nieistotne, gdzie wypadło umieszczenie go.


Film zaczyna się od przyjazdu głównego bohatera, Amerykanina będącego początkującym pisarzem i scenarzystą filmowym, do Paryża. Gil jedzie tam przy okazji, bo to podróż z narzeczoną do jej ojca, który w tym akurat mieście prowadzi interesy. Nasz bohater, jak przystało na pisarza, jest romantykiem i marzycielem, zatem w tym legendarnym mieście czuje się jak ryba w wodzie. Chciałby tam zamieszkać, aby na poddaszu pisać powieści i spacerować po przemoczonych od deszczu uliczkach. Jego przyszła żona, Inez, będąc w tym, do bólu uroczym, mieście (według niej), nawet przez moment nie bierze pod uwagę tak absurdalnego wyjścia, jakim jest osiedlanie się w Paryżu. Inez ma wszystko realnie zaplanowane: po ślubie zamieszkają w Malibu, a Gil zajmie się tym, co przynosi pewne i niemałe pieniądze - pisaniem scenariuszy filmowych na zlecenie. Gil wcale nie jest tym zachwycony, ani przekonany co do takiego planu, ale wydaje mu się, że kocha swoją piękną, zaradną narzeczoną, a wszystko jakoś się ułoży. Aż tu pewnego wieczoru, rezygnując z upojnego wyjścia do zatłoczonego klubu tanecznego, Gil postanawia wybrać się na spacer po Paryżu i niczym Kopciuszek, tylko że nieco podchmielony, o północy przenosi się do innego świata. Gil nie zmienia miejsca pobytu - pozostaje w Paryżu, ale cofa się w czasie, zostaje wrzucony w lata 20. Bohater najpierw nie wierzy w to, co mu się przytrafia. Nawet jako rasowy romantyk, nie może przestać się dziwić, że widzi i słyszy na żywo śpiew Cole'a Portera, spotyka pisarskie małżeństwo Fitzgeraldów, a potem konsultuje swoją powieść z samym Ernestem Hemingwayem. A to dopiero początek przygód w magicznym Paryżu lat 20. Ta podróż w zaświaty jest dla Gila bardzo pouczająca i odkrywcza. Czego się nauczy i co odkryje - niestety nie wyjawię, bo samemu warto się przekonać. Mogę zdradzić ogólne przesłanie filmu: warto mieć marzenia i nigdy nie należy z nich rezygnować - takie motto płynie z historii w "O północy w Paryżu".

Żartów, ironii i aluzji w filmie co niemiara, a wszystko w sosie przyrządzonym ze sztuki, literatury, psychoanalizy, dobrej muzyki i miłości. Allen w swojej komedii romantycznej kpi nawet z... siebie i z komedii romantycznych, co jest kolejnym, typowym dla niego chwytem - autotematycznym oraz autoironicznym.


Na początku z niedowierzaniem, podobnie jak główny bohater, przenosimy się do innej epoki. Jednak wraz z kolejnymi przenosinami, przyzwyczajamy się do zmiany otoczenia, klimatu i znów, tak samo jak nasz bohater, bardzo dobrze czujemy się i bawimy w tym świecie-retro. W dużej mierze przyczynia się do tego świetna obsada aktorska. Wszystkie, nawet te dalszoplanowe role, w tym postacie wielkich, znanych ludzi, są znakomicie zagrane. Chociażby Salvador Dalí w wydaniu Adriena Brody'ego jest niesamowity, podobnie jak kreująca Gertrudę Stein, Kathy Bates. Kreacje aktorskie: rodziców Inez (mama - Mimi Kennedy i tata - Kurt Fuller), samej Inez - Rachel McAdams, a także czarującej wzrokiem i głosem Adriany, czyli Marian Cotillard, zachwycają. Nie gorsza w grze aktorskiej jest też para przyjaciół Inez: przemądrzały ważniak - Michael Scheen i zafascynowana jego mądrościami żona - Nina Arianda. Wielkie brawa należą się odtwórcy roli pierwszoplanowej - Owenowi Wilsonowi - który naśladując manierycznego Woody'ego Allena, wypada idealnie w roli Gila. Zapewne taki był zamiar reżyserski, aby O. Wilson zagrał tak, jak zrobiłby to sam autor, jakby odtwarzał Allena-aktora: to samo znajome jąkanie, mamrotanie pod nosem, chowanie się w sobie, a nawet ten sam typ urody, jakby to powiedzieć - odbiegający od ideału, jaki amantom filmowym narzuca Brad Pitt. Marzeniem jest, żeby każdy reżyser miał takie oko do aktorów, jakie ma Allen. Wisienką na torcie dla wielu panów będzie ujrzenie na ekranie takich piękności, jak Carla Bruni (pani przewodnik) czy Léa Seydoux (sprzedawczyni na pchlim targu), których uroda też całkiem nieźle zagrała w tym filmie... Allen, koneser sztuki i architektury, ale i płci pięknej, i tym razem sięgnął do menu po śliczne kobiety. Mamy okazję oglądać kobiece wdzięki w kilku wydaniach: różnorodne typy urody i charaktery z różnych epok, blondynki i brunetki w rozmaitym wieku, w kwiecistych sukienkach i w jeansach, w szlafrokach oraz w trykotach. Krótko "mówiąc" - jest co podziwiać.


W "O północy w Paryżu" jest to, co dla Allena charakterystyczne - miłosna intryga i romans w kręgu przyjaciół, trochę Freuda, cięte i inteligentne riposty, obcowanie ze sztuką, a wszystko w pięknym otoczeniu, gdyż w filmie zagrał też Paryż, który po Barcelonie (ostatni obraz reżysera: "Vicky Cristina Barcelona") jest kolejnym miejskim "bohaterem" obrazów autora. Początek filmu to ruchome pocztówki z codziennego, wielokulturowego i turystycznego jednocześnie Paryża, który we francuskiej oprawie muzycznej ukazano od poranka do nocy. Oglądamy miasto skąpane w promieniach słońca i światłach nocy. Zdjęcia z najsłynniejszymi "pocztówkowymi" miejscami Paryża przypominają kalejdoskopowe reportaże, jakie kręcono na początku epoki kinematograficznej, z tym, że te dzisiejsze są doprawione pięknymi kolorami - co nie odebrało Paryżowi uroku, bo prezentuje się porównywalnie wspaniale, jak w pierwszym, czarno-białym wydaniu. Ale to nie tylko o widokówkę Paryża chodzi, bo jest ona tylko (i aż) pretekstem do ukazania fenomenu mitu tego osławionego, artystycznego, klimatycznego miasta Europy. Mamy tu dyskurs z ową legendą - kpinę z mitu z jednej strony, z drugiej - pochwałę paryskich uroków, a przy okazji ich reklamę.



O PÓŁNOCY W PARYŻU

wytwórnia - Gravier Productions, Mediapro, 2011
scenariusz i reżyseria - Woody Allen
produkcja - Letty Aronson, Jaume Roures, Stephen Tenenbaum
zdjęcia - Darius Khondji, Johanne Debas
montaż - Alisa Lepselter
scenografia - Anne Seibel
czas projekcji - 100 minut

wystąpili

Rachel McAdams
Owen Wilson
Marion Cotillard
Adrien Brody
Michael Sheen
Carla Bruni
Kathy Bates
Léa Seydoux
Gad Elmaleh
Alison Pill

(Inez)
(Gil)
(Adriana)
(Salvador Dalí)
(Paul)
(przewodniczka w muzeum)
(Gertrude Stein)
(Gabrielle)
(detektyw Tisserant)
(Zelda Fitzgerald)


Autorka recenzji gościnnej: Ewelina Świeca [e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 2 września 2011
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF


Podziel się