"Ocean strachu - Open Water" traktowany jest chyba jako "czarny koń"
jesiennego sezonu w polskich kinach. I nie ma się czemu dziwić. Film -
po pierwsze - niezależny, po drugie - oparty na faktach, po trzecie zaś
czerpiący garściami ze stylistyki "Blair Witch Project", szumne wejście
na kinowe ekrany ma niejako automatycznie zagwarantowane. Niestety
thriller, który podobno porwał na strzępy nerwy amerykańkiej krytyki,
układu nerwowego polskiej widowni dziwnym trafem nawet nie próbuje
stymulować. Jako film grozy "Open water" delikatnie rzecz biorąc się
bowiem nie sprawdza. Hit festiwalu w Sundance błyszczy jednak na
zupełnie innym polu - jako niezwykle oryginalny zapis zmagań człowieka z
naturą. Zwykle walka z żywiołem w hollywoodzkim filmie przypominała
zarówno wizualnie, jak i fabularnie reklamę środka odchudzającego w
porannych telezakupach - była elegancko pocięta i zmontowana, aż
błyszcząca od komputerowego retuszu, momentami nawet zabawna oraz, co
najważniejsze, od początku do końca fałszywa. W "Open water" wspomniane
zmagania z matką naturą nabierają w końcu nieco bardziej realnych
kształtów. Kamera naprawdę drży w ręku operatora, ocean faktycznie jest
niebezpieczny, a rekiny zdają się być prawdziwe i głodne. Szkoda tylko,
że za godnym naśladowania realizmem, nie poszła godna pochwały ekranowa
dramaturgia.
Czym jest więc to filmowe novum, które jednych przyprawia o drżenie
kończyn, dla innych zaś pozostaje całkowicie obojętne? Warto przed
odpowiedzią na to pytanie poznać postacie rzeczonego morskiego dramatu.
Patrzę, poznaję i oto, co widzę:
Mam ja ci tu piękną, zamężną niewiastę - Susan i jej przykładnego,
zatroskanego męża -Daniela. Mam ja ci tu łódkę wyprawiającą swych
pasażerów do innego, barwnego świata rafy koralowej i w końcu mam ja ci
tu rekiny, których dzienna dieta ma szansę zostać wzbogacona o elementy
strojów do nurkowania naszej przemiłej pary. Zostali oni bowiem na
skutek feralnego zbiegu okoliczności zostawieni na otwartym oceanie.
Zimna morska woda staje się więc dla nich swoistym więzieniem i miejscem
walki na śmierć i życie - zarówno z rekinami, jak i ze sobą nawzajem ...
Punkt wyjścia jest zatem z jednej strony szalenie obiecujący, z drugiej
zaś strony stanowi dla przeciętnego scenarzysty wyzwanie nie do
pokonania. Jak bowiem wycisnąć emocje i jak osiągnąć jakąkolwiek
dynamikę fabuły, mając do dyspozycji jedynie dwóch początkujących
aktorów, umieszczonych pośrodku niczego? Tarantino pewnie zadbałby w tym
miejscu o jakże charakterystyczne dla niego werbalne bogactwo całości ,
Kauffman wprowadziłby liczne wariacje formalne... Co robi zaś
początkujący dopiero Chris Kentis? Warto zatrzymać się tu na moment i
pokusić o próbę rozłożenia scenariusza "Open water" na czynniki
pierwsze. Oto zły sen każdego studenta scenariopisarstwa:
Bohaterowie żywo dyskutują, zanurzeni w tytułowym "strasznym oceanie":
-
Temat I:
"Gdzie jesteśmy? Dlaczego nie widać łódki? I czyja to do
cholery wina? Na pewno zabłądziłeś Danielu kierowany swym
męskim, szowinistycznym ego!" (około trzyminutowa rozmowa
powracająca w scenariuszu jeszcze raz na późniejszym etapie
rozwoju akcji. RAZEM: sześć minut)
-
Temat II:
"Kiedy wróci po nas ta pieprzona łódź?" (dwie rozmowy po
dwie minuty każda)
-
Temat III:
"Ooo! Jaka piękna ta rafa koralowa!" (jeden wspólny, głęboko
filozoficzny zachwyt = dwie minuty)
-
Temat IV:
czyli dyskurs o zaletach wynikających z zaspokajania potrzeb
fizjologicznych w oceanie
"Ciepła ta woda, nieprawdaż?" (dwie dwuminutowe wymiany
zdań)
-
Temat V:
"Coś mnie szczypie\gryzie\uwiera\boli\drapie !" (pięć wątków
po minucie każdy)
-
Temat VI:
"Ciekawe czy są tu rekiny?" (pytanie z gatunku głupich
powtarzane w filmie około trzy razy - po trzy minuty na
każdy wątek)
-
Temat VII:
z cyklu "Pokazali na Discovery"
Rozmowa na temat, jak przeżyć rendez-vous z rekinem bez
uszczerbku na urodzie. (dwa razy po trzy minuty)
-
Temat
VIII:
"Wszystko dlatego, że nie lubisz mojej mamusi !"
(rozbudowana refleksja na temat problemów cywilizacyjnych
współczesnego człowieka - 5 minut)
-
Temat IX:
"Ooo! Rekiny... Ciekawe czego tu szukają ?" (element
wprowadzający przerażenie powracający około czterech razy w
trakcie filmu - RAZEM: 8 minut)
po zsumowaniu
otrzymujemy więc: 33 minuty
+ obowiązkowy wstęp (15 minut) oraz finał
(5 minut)
RAZEM:
57 minut
|
Co właściwie miała udowodnić ta jakże niewinna i oczywiście dość
umowna zabawa ? Że już sam pomysł zrobienia thrillera rozgrywającego się
na otwartym oceanie, utrzymanego dramaturgicznie w klimatach bardziej
teatralnych, niż filmowych jest czymś niezwykle ryzkownym. Warto
nadmienić jeszcze, że czas trwania "Open water" to 79 minut. Co więc
dzieje się pomiędzy przedstawionymi powyżej dyskusjami o naturze bytu i
niebytu oraz gdzie właściwie podziały się brakujące 22 minuty? Czyż nie
wypełniają ich zdjęcia mrocznego oceanu, szum wody i piękne pejzaże rafy
koralowej? I wreszcie - czy w związku z tym można uznać film Chrisa
Kentisa za wybitnie nieudany i po prostu nudny? Tak łatwo "Open water"
sklasyfikować się na szczęście nie da. I mimo że ciężko finałowy efekt
pracy reżysera określić jako thriller, to - tak jak wspomniałem we
wstępie - broni się on jednak w zupełnie innej, nieco poważniejszej i
ambitniejszej materii.
Pierwszą bronią Kentisa (nie wiadomo do końca, czy użytą celowo, czy
też po prostu wynikającą z braku środków finansowych) jest bardzo
oszczędna forma przekazu. To właśnie tutaj swe źródła mają wszelkie
prasowe spekulacje o rzekomym podobieństwie "Open water" do "Blair Witch
Project" lub jak kto woli do "Idiotów" i całego manifestu Dogmy. I - jak
udowodniła nam już legenda o wiedźmie z Blair - takie zabiegi poczynione
w odniesieniu do filmu grozy, mogą przynieść bardzo ciekawe rezultaty.
Mamy więc w dziele Kentisa do czynienia z pełnym realizmem, który
objawia się oczywiście w standardowym już filmowaniu "z ręki", nieostrym
obrazie, szarych kolorach i niedbałym montażu. Wszystko to jest
oczywiście zaletą filmu i -chociaż można śmiać się z nieciekawej
sytuacji scenarzysty - trzeba przyznać, że mimo braku wyraźnej
koncepcji, jak poprowadzić scenariusz - Kentisowi udało się stworzyć
klimat jeśli nawet nie osaczenia, to może chociaż samotności na oceanie.
A z pokazanymi w ten sposób samotnością i bezradnością nie mieliśmy
jeszcze do czynienia we współczesnym kinie. I chociaż strachu tu
niestety nie uświadczymy, to w pewnym momencie pojawić się jednak musi
niepokój. W połowie seansu myśli z gatunku "A co JA bym zrobił na ich
miejscu ?" po prostu same się pojawiają. A gdzieś nieopodal zaczyna
wyłaniać się jeszcze jedna refleksja, będąca zdecydowanie najmocniejszą
stroną "Oceanu strachu". Refleksja niezwykle prosta, żeby nie powiedzieć
oczywista. Drugą bronią Kentisa jest bowiem umiejętne zarysowanie
pewnego uniwersalnego i odwiecznego konfliktu: Człowiek kontra natura.
Człowiek kontra żywioł. A idąc tą ścieżką nieco dalej - cywilizacja
kontra przyroda. Reżyser w sposób genialny ilustruje tą trywialną
przecież walkę, umiejętnie akcentując przy tym kruchość naszych
przyzwyczajeń, naszego charakteru i całego wykreowanego przez nas świata
w zetknięciu z żywiołem. A wspomnianą słabość i nieporadność w pełni
zrozumie tylko ten, kto "Open water" - mimo wszystko - obejrzy do końca.
Aż do kapitalnego, co najmniej dwuznacznego zakończenia, które w piękny,
symboliczny sposób ukazuje to, na co jesteśmy w tym nierównym pojedynku
prędzej czy później skazani - na smutną, lecz nieodzowną, pozbawioną
wszelkiej nadziei całkowitą rezygnację. Chyba, że łódź w końcu
przypłynie ...
Jak w tym świetle ocenić "Open water"? Jako nieudany thriller, czy
może raczej jako rodzaj alegorii mającej zasygnalizować współczesnemu
człowiekowi coś, o czym zdaje się często zapominać? Coś, co staje się
niestety przerażająco aktualne w kontekście szalejącego na świecie
terroryzmu. A mianowicie, że jesteśmy słabi w obliczu zagrożenia,
czujemy się bezbronni i zależni wyłącznie od ślepego przypadku. Cała
kampania promocyjna, stara się jednak przygotować widza na wrażenia
zupełnie innego typu - na świetny, trzymający w napięciu dreszczowiec. A
"Open water" z całą pewnością dreszczowcem nie jest. Stąd wynika
początkowy zawód widza. Widza, który oczekiwał napięcia, a który w
zamian otrzymał film poniekąd filozoficzny. Stąd także wynika poniższa
ocena...
Ocena
6\10
OCEAN STRACHU
[Open water]
USA, 2003
CZAS TRWANIA: 79 minut
PREMIERA W POLSCE: 15 października 2004
|
 |
Scenariusz, reżyseria
oraz montaż:
Chris Kentis
produkcja: Laura Lau
zdjęcia: Chris Kentis i Laura Lau
muzyka: Graeme Revell
Występują:
Blanchard Ryan (jako Susan)
Daniel Travis (jako Daniel)
DYSTRYBUCJA: Monolith Films |
 |
| Autor recenzji: Jacek Kozłowski - SENK |
|
Klub Miłośników
Filmu, 12.10.2004
|
|