Na początek zaznaczę, że widziałem wersję 2D, czyli "płaską", dlatego celowo będę omijał wszelkie wizualne smaczki, dostępne wyłącznie po założeniu okularów do projekcji 3D. Chciałem zacząć ten tekst od zdania w rodzaju "magicy z Pixara znów zadziwiają" albo retorycznego pytania "kiedy skończą im się pomysły?". Ale tak zaczyna się niemal każdy prasowy i netowy pean na cześć artystów z Emeryville. Z każdym filmem pixarowcy dają widzom magię, a recenzentom zabierają kolejną cenną garść przymiotników oraz pociąg do pisania tekstów niepochlebnych, które, jak wiadomo, pisze się miodniej, a i czyta znacznie lepiej. Analogia z tym, że czarny charakter jest ciekawszy od pozytywnego herosa, jest całkiem na miejscu. A tu mamy połowę października 2009 i znów trzeba się powtarzać. Bo "Odlot" to rzeczywiście magia, zaskoczenie, wzruszenie, inteligencja i techniczna maestria. Kolorowa armia Johna Lassetera po raz 10. pokazała, że to co dla innych jest sufitem, dla nich jest podłogą.
Rzeczona podłoga tym razem wznosi się jeszcze wyżej. A z nią cały dom staruszka Carla Fredricksena. Poznajemy go jako grubego dzieciaka, zafascynowanego postacią i dokonaniami podróżnika Charlesa Muntza. Młody Carl marzy o Rajskich Wodospadach ukrytych gdzieś w Ameryce Południowej. Pewnego dnia poznaje równie zakręconą Elę. Przyjaźń po latach przeradza się w miłość i małżeństwo. Marzenia o wspólnej podróży do Rajskich Wodospadów przegrywają jednak z prozą życia i bieżącymi wydatkami. Bezdzietnie dożywają starości. Wreszcie Fredricksen zostaje sam ze swym domem pełnym wspomnień o zmarłej żonie. Tymczasem wokół domku cywilizacja zaciska się coraz mocniej. W obliczu spędzenia resztki życia w domu spokojnej starości, Carl robi to, co czynił przez całe życie - pompuje helem 20 tysięcy baloników i unosi się wraz z całym domem w powietrze. W chmurach nagle słyszy pukanie do drzwi. To młody skaut Russell, który jeszcze na ziemi męczył Carla o jakiś dobry uczynek, żeby wpiąć sobie nową sprawność na mundurek. Obaj dolatują na nieznane pustkowie, gdzie poznają gadającego psa, nieznanego nauce ogromnego nielota i watahę psów pod wodzą starego Charlesa Muntza...
To chyba pierwsza komputerowa bajka, do obejrzenia której powinno się zachęcić szacownych słuchaczy uniwersytetów III wieku, bo wreszcie zobaczą na ekranach głównego bohatera mniej więcej w ich wieku. Pixar zawsze zaskakiwał. Najpierw były mówiące zabawki, potem mrówki, potwory, rybki, herosi, samochody, szczury i roboty. Słowem wszystko, czym można do syta nakarmić dziecięcą wyobraźnię bez powtarzania patentów swoich disneyowskich poprzedników. Lecz od kilku filmów wstecz, ich zaskakujące wybory postaci już w zwiastunach wywoływały raczej ostrożny optymizm, bo niewielu wyobrażało sobie np film o samochodach równie dobry jak morska epopeja Marlina. Wytwórnia i tak zawsze wychodziła z tego w glorii chwały, ale żeby uczynić bohaterem samotnego i zgorzkniałego staruszka, wyglądającego jak połączenie Spencera Tracy z Walterem Matthau? W bajce, której głównym odbiorcą jest armia wyposażonej w colę i popcorn dzieciarni? Dzieci co prawda kochają swoich dziadków i swoje babcie, ale czy problemy wieku słusznego będą dla nich wystarczająco atrakcyjne? I znów Pixar, jako jedyny, udowodnił że można i tak. A dla równowagi dodał staruszkowi kilku obsadowych pewniaków w osobach dzieciaka, psów i fantastycznego ptaka.
Zadziwia pomysłowość i konsekwencja, z jaką pixarowcy potrafią ożenić całkiem poważne problemy egzystencjalne i cywilizacyjne z wartką, dowcipną akcją i atrakcyjnymi bohaterami. "Wall-E" był kosmicznym romansem pod którego lekką powierzchnią aż kipiało od poważnych znaków zapytania. "Odlot" posuwa się jeszcze dalej, a wątek miłosny bardziej ciąży, niż pomaga. W pierwszych kilkunastu minutach projekcji szczęście głównego bohatera jest co chwila zmącane, a to niemożnością posiadania dzieci, a to codziennymi troskami i rezygnacją z wielkiej przygody, zastępowanej z konieczności skromnym, acz wypełnionym spokojem i miłością życiem. Po śmierci żony nasz staruszek to prawie pusta skorupa, w której tli się jeszcze chęć na wielką wyprawę z biletem w jedną stronę. Te retrospekcyjne migawki opowiedziano nad wyraz subtelnie i bez dialogów, ubierając każdy problem w jedną, czytelną scenkę. Mistrzostwo świata. Problemy starości rozwiązano z taktem i dowcipem. Przy okazji okazało się, w ile gagów można ubrać tak mało śmieszne atrybuty starości, jak laska czy sztuczna szczęka, nie wspominając o łupaniu w krzyżu w najmniej oczekiwanych momentach. No i przede wszystkim mamy przemianę głównego bohatera, którego na początku interesowało tylko zobaczenie na własne oczy wymarzonej w dzieciństwie krainy. Przyrzeczenie dane zmarłej żonie stało się jego obsesją, zza której długo nie widział i nie doceniał wszystkiego, co działo się nawet w tak niezwykłych okolicznościach lotu własnym domem w nieznane. W tych aspektach "Odlot" nieco przypomina animowaną produkcję Zemeckisa i Spielberga "Straszny dom", gdzie mieliśmy nakreślonego co prawda znacznie grubszą kreską strasznego staruszka, który jednak zamknął się w sobie w podobnych okolicznościach.
"Odlot" napisali i wyreżyserowali starzy pixarowscy wyjadacze. Pete Docter był współreżyserem "Potworów i spółki" oraz współautorem pomysłów scenariuszy "Toy Story", "Toy Story 2" i "Wall-E". Dla Boba Petersona był to reżyserski debiut, wcześniej był współautorem scenariusza "Gdzie jest Nemo" oraz użyczał głosu wielu postaciom z dzieł Pixara. Nastrój filmu zdradza zresztą "klimatyczne" powinowactwo z ich wcześniejszymi filmami. Nie uświadczymy tu szarżowania w stylu Brada Birda z "Iniemamocnych". Docter i Peterson z aptekarską dokładnością odmierzyli wszechobecną refleksję nad przemijaniem z akcją i humorem, niezawodnie napędzającymi akcję. Scenariuszowe rozwiązania na pierwszy rzut oka mogą się nawet wydać dość zaskakujące. Zaczyn akcji filmu, czyli uniesienie domu na balonach, tak reklamowane przed premierą, zostało potraktowane bez przesadnych fanfarów i celebracji. Ot, dom zaczyna sobie lecieć. Można poczuć lekką dezorientację i poczucie niedostatecznego podkreślenia tego znaczącego momentu, bo gdyby film robił Jerry Bruckheimer, ta scena urosłaby do rangi większej niż lądowanie na Księżycu. A tak naprawdę ważniejsze rzeczy dzieją się znacznie później i to one były oczkiem w głowie świadomych tego zabiegu reżyserów, którzy zresztą opatrzyli film najkrótszym możliwym tytułem "Up". Niech żyje prostota i bezpretensjonalność.

Polski dubbing ciągle działa jak Pixar - najwyższa jakość i niespodzianki. Po raz pierwszy w rolach dwóch staruszków możemy usłyszeć dwójkę wybitnych aktorów, Wojciecha Siemiona (Carl) i Ignacego Gogolewskiego (Charles, w oryginale równie znamienity Christopher Plummer, a w wersji francuskiej słynny piosenkarz Charles Aznavour). Dla równowagi w roli młodej Eli, przyszłej żony Carla, zadebiutowała Emilka Stachurska, młodsza córka Maksa Skalskiego z serialu "Niania". Na drugim planie same aktorskie i dubbingowe znakomitości: Cezary Pazura, Marian Opania i Jerzy Kryszak. Na fotelu reżysera dubbingu zasiadł tym razem Wojciech Paszkowski, prawdziwy głosowy tytan, wcześniej m.in. jako Mike Wazowski z "Potworów i spółki". To właśnie Paszkowski wciągnął do głosowej obsady Cezarego Pazurę (obaj zagrali w sitcomie "Faceci do wzięcia").

Cóż można jeszcze napisać o "Odlocie", bez ponownego sadzenia wszelakich komplementów pod adresem Pixar Animation Studios? Za najlepszą rekomendację niech posłuży sam polski tytuł. Po prostu odlot.

wytwórnia - Disney/Pixar, 2009
scenariusz i reżyseria - Pete Docter, Bob Peterson
produkcja - Jonas Rivera, John Lasseter, Andrew Stanton
zdjęcia - Patrick Lin, Jean-Claude Kalache, Silvia Palara
muzyka - Michael Giacchino
montaż - Kevin Nolting
scenografia - Ricky Nierva
czas projekcji - 96 minut



wersja oryginalna

Edward Asner
Christ. Plummer
Jordan Nagai
Bob Peterson
Bob Peterson
Delroy Lindo
Jerome Ranft
Elie Docter

wystąpili


Carl Fredricksen
Charles Muntz
Russell
pies As
Alfa
Beta
Gamma
Ela


wersja polska

Wojciech Siemion
Ignacy Gogolewski
Kacper Cybiński
Cezary Pazura
Wojciech Paszkowski
Jerzy Kryszak
Marian Opania
Emilka Stachurska

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Wojciech Paszkowski
dialogi - Jan Wecsile


Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 16 października 2009

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF