"Mam nadzieję, że 'Off Camera' stanie się rozpoznawalna dlatego, że oferuje miejsce do spotkania z twórcami i do rozmowy o kinie. Chcemy stworzyć atmosferę, w której rozmowa o kinie się liczy, w której po obejrzeniu filmu można spotkać twórcę i z nim porozmawiać."

Michał Oleszczyk, dyrektor programowy "Off Camery"


W dniach 1-5 października br. w Krakowie odbył się I Międzynarodowy Festiwal Kina Niezależnego "Off Camera". Kino niezależne definiowane nie jako kino offowe, jak się w Polsce zwykle ten termin pojmuje, ale jako kino własne, z własnymi odciskami palców, czasem osobiste, niezależne od wielkich pieniędzy i presji dostosowania się do panujących trendów. Impreza ta pojawiła się na festiwalowej mapie Polski nagle, jakby z ukrycia, i z miejsca zapisała się w pamięci widzów. Porównania z Nowymi Horyzontami czy Warszawskim Festiwalem Filmowym są nie do uniknięcia i organizatorzy się od nich nie uchylają - przecież trzeba wzorować się na najlepszych - jednak "Off Camera" znacznie różni się od dwóch polskich gigantów. Wrażenia po pierwszej odsłonie są pozytywne i wydaje się, że krakowska impreza ma w przyszłości szanse zapisać się złotymi zgłoskami w polskim kalendarzu filmowym

Za całe zamieszanie odpowiedzialni są dwaj panowie - Michał Oleszczyk i Szymon Miszczak, którzy "Off Camerę" promują swoimi nazwiskami i koordynują działania bliżej niezidentyfikowanej grupy osób, która festiwal zorganizowała i pomyślnie doprowadziła do finału. Obaj to filmoznawcy i pasjonaci, a Szymon Miszczak jest Prezesem Stowarzyszenia Sztuki Niezależnej i Nie Tylko "Off Camera", głównego organizatora festiwalu. I edycja miała kilka wpadek, np. ze sprzedażą biletów i karnetów oraz wydaniem katalogu, który pojawił się dopiero pod koniec imprezy, ale prawda jest taka, że żaden festiwal nie jest doskonały, a "Off Camera" okazała się na tyle ciekawym przedsięwzięciem, że wszelkie wady blakły w porównaniu z zaletami. I to na nich chciałbym się skupić.

"Off Camera" została podzielona na kilka sekcji: Konkurs główny (o ufundowaną przez Prezydenta Krakowa, Jacka Majchrowskiego, Krakowską Nagrodę Filmową w wysokości 100.000 Euro!); Odkrycia (podzielone na amerykańskie kino niezależne, odkrycia z Ameryki Południowej oraz nowości); Nadrabianie Zaległości (czyli filmy z ostatniej dekady, które z jakichś powodów nie trafiły do polskiej dystrybucji); Retrospektywy (Michael Almereyda, Paul Morrisey i Andy Warhol, Dan Sallitt oraz American Film Theatre); Inspiracje (czyli coś na wzór nowohoryzontowych Carte Blanche, tylko że tutaj to członkowie Jury wybierali filmy, które ich w jakiś sposób zainspirowały). Głównym punktem i elementem flagowym festiwalu był konkurs, o którym dyrektor programowy, Michał Oleszczyk, wypowiada się: "Zależało mi na tym, żeby w konkursie było kino, które opowiada historię; chciałem, żeby to było 12 opowiedzianych przez kogoś historii. To był mój główny cel i wydaje mi się że naszym sukcesem było to, że znalazły się tu filmy z tak różnych krajów, reprezentujące naprawdę różne podejścia do kina, a jednocześnie opowiadające zajmujące historie".

Jak to w przypadku festiwali filmowych bywa, w Krakowie nie zabrakło również dodatkowych atrakcji, takich jak koncerty, które odbywały się... na dworcu głównym (brawa za pomysł) czy bonusy w stylu recitalu Holly Woodlawn, sztandarowej aktorki Andy'ego Warhola. Dla każdego coś miłego, ale należy przyznać, że w ciągu tych pięciu dni (a w zasadzie czterech, gdyż pierwszego dnia była jedynie gala i film otwarcia) udało się offcamerowcom wypełnić grafik po brzegi.

Ale nie tylko filmami i imprezami stoi krakowski festiwal. Manifest "Off Camery" wygląda imponująco: "Off-Camera to nie jest kamera wyłączona. To kamera, która mówi 'nie'. Nasz 'off' rzucamy współczesnemu rynkowi medialnemu w Polsce. Nie chcemy dopasowywać się do jego standardów" - tak buńczucznie brzmi jego początek. "Chcemy wyznaczać standardy alternatywne" - informują offcamerowcy - "niezależność nie musi kończyć się wraz z pierwszym filmem". Kraków "Off Camery" ma być miejscem spotkań, rozmów, kreatywnej myśli. A w przyszłości polem do wymiany doświadczeń pomiędzy rodzimymi talentami a zagranicznymi twórcami, którzy według założeń organizatorów mają z roku na rok tłumnie przybywać do stolicy Małopolski. Może być również "Off Camera" kuźnią talentów, ponieważ w jej programie znalazł się konkurs filmów kręconych komórką/komórkami, a jego zwycięzcy wykazali się sporą dozą kreatywności.

To bardzo chwalebne założenia. I bardzo ambitne, jak na noworodka, którym festiwal przecież jest. Offcamerowcy chcą dawać możliwości młodym twórcom, którzy walczą o swoje projekty, chcą również walczyć z sytuacją, w której każdy niezależny twórca po odniesieniu sukcesu musi przejść na komercyjną stronę mocy. Ale to z miejsca budzi pytania, czy promująca kino niezależne "Off Camera" sama jest niezależna? Czy po odniesieniu sukcesu offcamerowcy nie osiądą na laurach spokojnej egzystencji w zgodzie z komercyjną rzeczywistością, w której ich festiwal musi się odnaleźć? Do takich pytań skłania również budżet festiwalu, który wyniósł około 5 milionów PLN - tylko Roman Gutek ma więcej na Nowych Horyzontach. Przy tak ogromnych środkach, przy nagrodzie głównej o jakiej większość festiwali może sobie jedynie pomarzyć, nietrudno o zatracenie ideałów. Ale pieniądze te jak na razie rzeczywiście posłużyły szczytnym celom, bowiem do Krakowa zjechało bardzo wielu twórców, którzy bardzo chętnie rozmawiali o swoich filmach (nawet jeśli część z nich zachęcona została możliwością zdobycia 100.000 Euro). Tak duży budżet pozwolił również na pokrycie dosyć przeciętnej frekwencji.

Niska frekwencja była zmorą offcamerowców, nawet jeśli w ostatnich dwóch dniach festiwalu sale były szczodrze wypełniane przez widzów. I choć Michał Oleszczyk twierdzi, że liczba widzów zaczęła być satysfakcjonująca już drugiego dnia wieczorem, moje doświadczenia podpowiadają mi co innego. Tym bardziej, że widzów wielu być nie mogło, bowiem niektóre sale wynajęte przez "Off Camerę" miały po 10-20 miejsc. Dochodzimy tu do sedna festiwalu: stworzenia klimatu święta kina, które w multipleksach, z których korzystają giganci ENH i WFF, jednak coś traci. Przy tak potężnych środkach finansowych krakowski festiwal może sobie pozwolić na tworzenie klimatu wyłącznie dla widzów i filmowców, a Oleszczyk dodaje: "Ludzie cieszyli się, że pojawiła się taka impreza w Krakowie, że można w normalny dzień przyjść do kina i obejrzeć ciekawe filmy z całego świata". Kraków jako stolica kina niezależnego? Jako polskie, czy nawet europejskie Sundance? Czemu nie.

Dobór sal kinowych był niekwestionowaną zaletą "Off Camery". Poza kinem "Kijów", które ma potężną salę, cała reszta to miejsca klimatyczne, czasem specyficzne, kultowe dla krakowskich kinomaniaków. Oglądanie filmów w tych salach tworzy dodatkowy klimat, który przenosi się na całość festiwalu i sprawia, że widz czuje się w jakiś sposób związany z fenomenem X Muzy. Taka struktura stawia rzeczywiście na widza oraz na jego dialog z filmem i twórcą. Ciekawe, jak długo impreza będzie mogła istnieć w takiej formie, a to zależy chyba od tego, w którym momencie "Off Camera" stanie się imprezą pożądaną, żeby nie napisać modną. Pytany o kierunek działań Oleszczyk jeszcze się tym nie przejmuje i mówi: "Mam nadzieję, że 'Off Camera' będzie szła w stronę zwiększania liczby gości oraz liczby spotkań - takie jest moje marzenie". I dodaje: "Byłoby świetnie, gdyby rzeczywiście przyjeżdżali do nas widzowie z całej Polski. Będziemy się starać układać program tak, żeby mieli po co przyjeżdżać".

"Myślę, że Kraków jest dobrym miejscem na festiwal, dlatego, że jest mały - tzn. to duże miasto, natomiast samo centrum jest niewielkie i wszędzie można się dostać bardzo szybko; jest mnóstwo knajpek, klubów. I to jest przyjemne, że po filmie można gdzieś pójść, usiąść, pogadać. W dużym mieście coś takiego łatwo może się zagubić", wyjaśnia Oleszczyk. I ciężko się z nim nie zgodzić, bo co jak co, ale klimatu krakowskiej imprezie mogą zazdrościć najwięksi. Kolejna edycja nadchodzi bardzo szybko, bo już w kwietniu, a od drugiej odsłony będzie tak naprawdę wiele zależało. Jednak Michał Oleszczyk jest optymistyczny: "Ten festiwal też powstawał bardzo krótko, tak naprawdę wszyscy wzięliśmy się do roboty dopiero w marcu. Siedem miesięcy wytężonej pracy, do następnego mamy niecałe siedem. Teraz będzie już trochę łatwiej, bo pewne rzeczy są ustalone, wyłoniły się pewne struktury. Zobaczymy. Oby publiczność dopisała". "Off Camera" ciągle szuka optymalnej formy, w której połączy swój manifest z niezależnością i sukcesem frekwencyjnym. Wypada życzyć szczęścia, off-camerowcy zasłużyli na kredyt zaufania.

Podejście do "OffCamery" musi być z początku nieufne, wręcz cyniczne. Żyjemy w świecie wielu fałszywych idei oraz wielu autentycznych, które jednak w taki czy inny sposób giną w natłoku informacji. Niemniej, po I edycji festiwalu jestem skłonny przyznać jej organizatorom pewien kredyt zaufania, ponieważ pokazali, że im zależy i że mają potencjał do przeforsowania swoich postulatów. Nie warto popadać w euforię, bowiem na razie to jedynie pierwsza edycja, która stanowi zaledwie efektowne wejście na scenę, lecz warto uznać ją za zapowiedź czegoś więcej. Miejmy nadzieję, że czegoś, co rzeczywiście będzie inicjatorem zmian w polskim środowisku filmowym, a jeśli nic tak idealistycznego, to po prostu kolejny świetny festiwal filmowy, który według słów Michała Oleszczyka będzie zapraszał do dialogu.

Warto obserwować rozwój "Off Camery", bowiem to filmowa impreza, która ma sporo do zaoferowania, i jak zapewnia Michał Oleszczyk: "Obiecujemy, że będzie jeszcze lepiej. Obiecujemy, że to, co było dobre, będzie jeszcze lepsze, i postaramy się wyeliminować to, co było problematyczne". Wierzę i zachęcam. Do zobaczenia na II Międzynarodowym Festiwalu Kina Niezależnego "Off Camera", który odbędzie się w dniach 22-26 kwietnia 2009!

Na koniec chciałbym napisać nieco szerzej o kilku filmach z "Off Camery":
"IN SEARCH OF A MIDNIGHT KISS" ("POCAŁUNEK PRZED PÓŁNOCĄ")
A jakby połączyć style Kevina Smitha i Richarda Linklatera? Jakby wziąć od pierwszego okraszone bluzgami dialogi o wszystkim i o niczym, a od drugiego ramy pomysłu, w którym dwójka nieznajomych ma do dyspozycji tylko jedną noc, a to co nastąpi później nie bardzo się liczy, oraz idealistyczno-romantyczne zacięcie, plus zaczerpnąć od obu charakterystyki ich sztandarowych postaci, wymieszać i połączyć w jedno? Co z tego wyjdzie? Odpowiedź: opisywany tu tytuł, zwycięzca nagrody dziennikarzy na "OffCamerze". "Pocałunek przed Północą" jest właśnie takim połączeniem, które bierze to, co najlepsze od obu wymienionych kultowych reżyserów, miksuje to razem, przenosi w sylwestrową noc na teren Miasta Aniołów i puszcza sekwencję wydarzeń w ruch. Wilson i Vivian idą w ślad linklaterowskich Jesse'ego i Celine z "Przed wschodem słońca", tyle, że nie czują tej nieśmiałej niepewności zawartej u Linklatera, ich rozmowy skupiają się bardziej na seksie, a Alex Holdrige, reżyser filmu, przedkłada cięty humor i dywagacje o związkach nad baśniową przypowieść. Ale reszta jest podobna, robi również podobne wrażenie, a co najważniejsze - uaktualnia dzieło Linklatera po 13 latach i nie czuć w tym choćby odrobiny fałszu.
"ENTRE LES MURS" ("KLASA")
"Klasa" jest już w polskich kinach, ale warto o niej napisać kilka słów, bo tegoroczny zwycięzca Złotej Palmy w Cannes to film wyjątkowy. Laurent Cantet opisuje w nim rok z życia pewnej klasy w francuskiej szkole podstawowej, ale pozycja ta jest zupełnie inna od tego, co widać w innych filmach portretujących edukację w szkole czy na studiach. Cantet zamyka swój film w konwencji paradokumentu; wszystko, co widać na ekranie wydaje się być prawdziwe, nie udawane czy fabularnie uatrakcyjniane. Problematyka "Klasy" zahacza o kalejdoskop różnych tematów, takich jak wzajemny stosunek nauczyciela i uczniów, rodziców czy kolegów z pracy, granice i wytyczne, którymi szkoła jako jednostka edukacyjna jest obwarowana czy tygiel narodowości, którym stała się współczesna Francja. Jednak to przede wszystkim obraz o szkole i wszystkim tym, co się z tym słowem wiąże; o szkole jako o miejscu oraz o szkole jako o pewnym wyobrażeniu. Dzięki wybranej formie i temu, że nie pokazuje nic z prywatnego życia postaci, z tego kim są poza murami edukacji, Cantet osiąga coś zdawałoby się dla filmu nieosiągalnego - uchwytuje szkołę w najczystszej postaci, jej kwintesencję. Szkice wszystkich bohaterów są tak wiarygodnie napisane i przedstawione, że wydaje się, że po prostu zostały sfilmowane normalne zajęcia. A w samym środku Cantet stawia Francois Mittona, nauczyciela, którego każdy chciałby mieć w swojej szkole; człowieka z krwi i kości, z wadami i słabostkami, potrafiącego się zdrowo wkurzyć i rzucić przekleństwo na lekcji, ale potrafiącego współczuć i walczyć o swoich uczniów, człowieka z pasją, którą przekłada na wychowanków, nauczyciela, któremu zależy na tym czego i kogo uczy. Moim skromnym zdaniem Mitton zasługuje na miejsce w panteonie, zaraz obok Johna Keatinga i Louanne Johnson. A "Klasę" polecam!
"VIOLANCHELO" ("MIŁOŚĆ, BÓL I VICE VERSA")
"Miłość, ból i vice versa" to zgrabny i przemyślany co do ostatniej sceny komediodramat z elementami thrillera. Tak naprawdę ciężko opisać, o co w tym chodzi, bowiem film operuje na fabularnych przewrotkach, które co rusz zmieniają postrzeganie świata przedstawionego i poczynań protagonistów. A więc w dużym skrócie: Consuelo śni o przystojnym nieznajomym, który wydaje się być miłością jej życia. Richard natomiast miewa koszmary, w których ginie z rąk nieznajomej kobiety. Jak nietrudno się domyślić, oboje śnią o sobie wzajemnie, ale już intelektualna łamigłówka, która za tym stoi, i która jest umiejętnie dawkowana przez reżysera i montażystę, zwala z nóg precyzją i finałową konkluzją. Znakomicie nakręcone zdjęcia, pięknie dopasowana muzyka i dobra gra aktorska tworzą specyficzny klimat obrazu, który jest czymś więcej niż kolejnym kinem rozrywkowym, choć podanym w stricte rozrywkowej konwencji. Obraz Alfonso Pinedy to przewrotna zabawa z widzem i jego oczekiwaniami, ale także spojrzenie na współczesne związki męsko-damskie, w których nazbyt często dochodzi do projekcji własnych wyobrażeń na partnera/partnerkę. Brzmi tajemniczo? To dobrze, odkrywanie tego filmu to świetna i wciągająca zabawa,
"BELLADONNA" ("WILCZA JAGODA")
"Belladonna" jest pierwszą koprodukcją polsko-australijską i nawet jeśli nie widać w filmie praktycznie żadnych śladów polskości (choć wiadomo, które fragmenty filmu były u nas kręcone), to cieszy fakt, że otwieramy się na świat. Tym bardziej, że "Belladonna" to film więcej niż udany. To dwutorowa historia miłości większej niż życie, umieszczona w ramach baśni dziejącej się na dwóch różnych płaszczyznach: współczesnej opowieści o pewnym australijskim lekarzu, który niedawno się zaręczył oraz nieszczęśliwej historii miłosnej... ze średniowiecza. Obie te historie są połączone ledwie zauważalnymi fabularnymi nitkami, które im bliżej końca układają się w piękny, romantyczny arras. Ogromny szacunek dla autorki scenariusza, że podjęła się skonstruowania i rozpisania pomysłu historii miłosnej obejmującej kilka wieków, i nie potknęła się po drodze. Tym większy szacunek, że scenarzystka jest również reżyserką "Belladonny". Annika Glac prowadzi obie historie z wyczuciem i inteligencją emocjonalną, przez co film, pomimo swojej baśniowej konstrukcji, zyskuje pewną dozę realizmu i słodko-gorzki posmak. "Belladonna" to również pewne odkrycie - a przynajmniej dla mnie: nazywa się Katie Jean Harding i to jej debiut w filmie fabularnym. Ta młoda australijska aktorka porwała mnie wspaniałą mimiką i zaczarowała swoimi pięknymi, niezwykle smutnymi oczami. Koniec prywaty - "Belladonnę" warto obejrzeć z wielu powodów, choćby dla fascynujących zdjęć czy zapadającej w pamięć konkluzji.
"MISTER LONELY"
Już sam pomysł jest wart obejrzenia - otóż na pewnej małej wysepce, gdzieś u wybrzeży Szkocji, żyje sobie komuna aktorów. Ale nie byle jakich aktorów, bo bohaterowie "Mister Lonely" żyją odtwarzanymi przez siebie postaciami dzień i noc, wychodzą ze swoich ról jak najrzadziej jest to możliwe Tak więc Marylin Monroe jest żoną Charliego Chaplina, James Dean karmi kozy, a Abraham Lincoln lubi się przekomarzać z Benedyktem XVI. A to tylko część obsady tej specyficznej grupy. Znajdźcie sobie życie! - ktoś powinien krzyknąć. I właśnie o tym film jest: o poszukiwaniu własnej tożsamości, o ukrywaniu się przed światem, by nie zostać zranionym, by nie zaryzykować szyderstwa czy kpiny, wreszcie o dotkliwym procesie przemiany. "Mister Lonely" to również film o inności, która gdy nie przystaje do norm społeczeństwa, zostaje odrzucona, czasem wręcz wyśmiana. To wszystko i wiele więcej proponuje film Harmony Korine'a. Nie jest to rzecz wybitna, ale z pewnością warta uwagi i skłaniająca do przemyśleń. Ze swojej strony gorąco polecam, bo to mądre, słodko-gorzkie kino o - jakby nie było - współczesnym świecie, kino z wysokiej półki.
"CHILDLESS" ("BEZDZIETNI")
Dramat Charliego Levi punktuje samym pomysłem, jakby powiedzieli 'offcamerowcy' - widać na nim odciski palców twórcy. To przedstawiona w znakomitej części za pomocą monologów do kamery i narracji z offu historia grupy ludzi, którzy nagle zostają brutalnie zmuszeni do przewartościowania swoich egzystencji. Brutalnie, bowiem powodem, dla którego znowu zbierają się w jedno miejsce, jest pogrzeb córki jednego z nich - dziewczyna popełniła samobójstwo, nie miała jeszcze 18 lat. To film nastawiony wyłącznie na słowo mówione, to ono posuwa akcję, ono przedstawia poszczególne cechy bohaterów, ono nasuwa konkluzje. Wraz z kolejnymi, czasem bardzo intymnymi wyznaniami protagonistów, przyzwyczajamy się do nich, zaczynamy rozumieć i szanować, pomimo, a może właśnie poprzez błędy, które popełnili. "Bezdzietni" opowiadają o dojrzewaniu i dorosłości, o podejmowaniu decyzji i pewnej nieprzewidywalności życia. Brzmi jak banał, ale tak nie jest, i to chyba największa zasługa Leviego - scenarzysty i reżysera. Forma monodramów wygłaszanych do kamery sprawia, że film jest niezwykle indywidualnym przeżyciem, które zależy od wsłuchiwania się w dialogi, poziomu koncentracji i akceptacji lekko teatralnej formy. Ale jeśli zechce się przyjąć tę formę i dać filmowi szansę - oferuje on wiele w zamian.
"BOISKO BEZDOMNYCH"
Film Kasi Adamik jest zupełnie nie polski. W tym sensie, że korzysta z ram i mentalności kina amerykańskiego i choć przedstawia polski problem społeczny, to wydźwięk całości jest całkowicie różny od tego, do czego przyzwyczaiło nas rodzime kino ostatniej dekady. To optymistyczne spojrzenie na świat, w którym nawet bezdomni mogą zrobić coś, co się będzie liczyło, choćby reprezentować kraj w mistrzostwach świata bezdomnych w piłce nożnej. Wystarczy odrobina szczęścia oraz - co najważniejsze - chęci. Jeśli się je ma, można walczyć o najwyższe cele, stara się mówić Adamik. I uważam, że warto jej posłuchać, a przynajmniej dać "Boisku bezdomnych" szansę, bowiem to inteligentny i znakomicie opowiedziany komediodramat, który może kogoś nawet zainspiruje.

Więcej w recenzji filmu TUTAJ.
"MOMMA'S MAN" ("MAMINSYNEK")
Gdyby nie fakt, że film ten wygrał Konkurs główny "Off Camery" i zdobył Krakowską Nagrodę Filmową, przyznaję się szczerze, że bym o nim nie napisał. Powód: nie zrobił na mnie wrażenia, wręcz przeciwnie - zawiódł niewykorzystanym potencjałem. O co chodzi - główny bohater przyjeżdża do rodzinnego domu na weekend, ale zaczyna czuć się tam tak dobrze, że wydłuża swój pobyt o kolejne dni, które wypełnia dosłownie nie robieniem niczego. Jak na początku stara się odnawiać stare znajomości, tak później nie chce mu się już nawet ruszać z łóżka. Popada w słodki marazm dziecięcych lat, kiedy nie trzeba się niczym przejmować i nic robić z przymusu, a który może docenić jedynie człowiek dorosły, zagubiony w chaosie codziennego życia. Pomysł bardzo ciekawy, ale również bardzo niefilmowy, bo rozgrywający się tak naprawdę w głowie protagonisty, w delikatnych zmianach w jego zachowaniu i bezpośrednim środowisku, jakie go otacza. To, moim zdaniem, nie wyszło do końca tak, jak mogło wyjść, ale nie jest to mój główny zarzut w stosunku do filmu Azazela Jacobsa. Otóż reżyser zrobił ten film w oparciu o swoje własne doświadczenia, akcję umieścił w swoim prawdziwym mieszkaniu, a w roli rodziców obsadził... tak, swoich rodziców. To samo z postacią najlepszego niegdyś kumpla. Tak naprawdę jedyną postacią nieprawdziwą w filmie Jacobsa jest on sam, a raczej jego filmowy odpowiednik, ponieważ odtworzenie siebie powierzył aktorowi. Chciał się przez to zdystansować od całości, ale stworzył przez to zbyt duży dysonans pomiędzy realnością a inscenizacją realności, impas przez który jego rodzice, w swoim prawdziwym mieszkaniu, ze swoimi prawdziwymi emocjami do aktora udającego ich syna, nie potrafią wiarygodne wypełnić ekranu, a całość nie przekonuje. Tak jak napisałem na początku, według mnie to zmarnowany potencjał, ale nie mogłem pominąć zwycięzcy konkursu w swoich opisach.

I na koniec rzecz może nie jakoś specjalnie wybitna, ale w każdej mierze intrygująca:
"HONEYMOON" & "ALL THE SHIPS AT SEA" ("MIESIĄC MIODOWY" ORAZ "WSZYSTKIE STATKI NA MORZU")
Dwa pełnometrażowe obrazy napisane i wyreżyserowane przez jednego z najbardziej znanych niezależnych dziennikarzy amerykańskich - Dana Sallitta. Jego filmy, pierwszy nakręcony na taśmie 35mm, drugi na kamerze cyfrowej, opowiadają o naturze rozmowy między dwiema osobami, o strukturze dialogu i niemożności porozumiewania się bez docierania do kompromisów. O ile tematyka jest w filmach Sallitta bardzo ważna i wymowna, to głównym założeniem jest tak naprawdę sam dialog pomiędzy dwójką ludzi, najprostszy środek komunikacji, który potrafi przysporzyć najwięcej kłopotów. W pierwszym przypadku rozchodzi się o niekompatybilność seksualną: nowożeńcy wyjeżdżają na swój miesiąc miodowy do lekko odizolowanego domku i zaczyna się tragedia - nie potrafią wyczuć potrzeb seksualnych partnera, coraz gorzej jest im się porozumieć, a każde kolejne niepowodzenie buduje coraz większą frustrację, która automatycznie coraz bardziej utrudnia dialog. Drugi tytuł opisuje starcie się dwóch ideologii: katolickiej kontra sekciarskiej, w stylu wiary scjentologicznej. Rozmawiają dwie siostry. Starsza chce zrozumieć co spowodowało u młodszej wstąpienie do sekty, a młodsza wyjaśnia starszej ideologię swojego życia; obie nie potrafią wyjść poza ramy swojej wiary, by zrozumieć tę drugą. To filmy zrobione bardzo skromnymi środkami, zagrane bardzo teatralnie, przeciążone wręcz dialogami, ale właśnie dlatego warte zobaczenia, bowiem to coś innego, coś, czego próżno szukać we współczesnym kinie. Nawet jeśli nie są one dziełami bardzo udanymi, warto się z filmami Sallitta zapoznać. Bardziej niezależne kino już chyba być nie może.
STRONA GŁOWNA KMF | STRONA FESTIWALU | NAPISZ DO AUTORA