Off Plus Camera to jednak wydarzenie filmowe, podczas którego można znaleźć wiele interesujących pozycji. Poniżej siedem obrazów, które mnie najbardziej zainteresowały.
 |
|
Moje największe festiwalowe odkrycie, choć sam film zaskoczył już na tegorocznym Berlinale (nagroda pokojowa oraz nagroda za scenariusz). "The Messenger"
opowiada o żołnierzach, którzy powiadamiają rodziny zmarłych na wojnie kolegów o ich tragedii - na dodatek muszą się spieszyć, żeby nie wyprzedziły ich
bezosobowe internetowe portale. Ci tytułowi posłańcy żyją cały czas w oczekiwaniu na kolejny dzwonek pagera, zastanawiając się, co przyniesie kolejny dzień,
jak wielką krzywdę będą musieli wyrządzić nieznanym sobie ludziom. "The Messenger" to tzw. kop emocjonalny, poruszający dramat anty-wojenny, skupiający się
zarówno na dylematach moralnych, przed którymi stają wojskowi posłańcy, jak i na osobach, które w konflikcie nie uczestniczą, a tracą najwięcej. Kamera ani razu
nie zagląda na pole bitwy, pozostawiając to w gestii wyobraźni widza. "The Messenger" to obraz o ludzkich emocjach, godności, i o obezwładniającej traumie. Ale
to również film o otwieraniu się na drugiego człowieka, o męskiej przyjaźni bez granic oraz poszukiwaniu uczucia, które pozwoli normalnie funkcjonować w społeczeństwie.
Wszystkie postaci, nawet te drugoplanowe, to żywi ludzie, a nie dwuwymiarowe nośniki idei. Założeniem jest zmusić do myślenia - nad bezsensem konfliktów oraz
beznadziejnością istnień, które zostały zniszczone - również w przypadku bliskich zmarłych, którzy muszą nauczyć się żyć dalej. Emocje wynikają tu z wrażliwości
widza, nie z filmowych trików, zmuszających do odczuwania za wszelką cenę. Zadziwiające, że tak dojrzały i przemyślany film jest debiutem (choć Oren Moverman jest
dość doświadczonym scenarzystą, popełnił m.in. "I'm not there" w reżyserii Todda Haynesa).
|
 |
|
Absolutna rewelacja! Dawno nie było tak inteligentnej i rozległej, napakowanej cytatami satyry politycznej, na dodatek totalnie rozbrajającej wysokim poziomem prezentowanego dowcipu.
O ile pamiętam, ostatnim tak dobrym podejściem były "Fakty i Akty" Levinsona. Nie wdając się w zbytnie szczegóły - chodzi o Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone, i o zrównanie z ziemią
mechanizmów politycznych oraz postaw nimi rządzących. Poprzez nienazwany konflikt, do którego część polityków i wojskowych chce się przyłączyć, a część stoi w stanowczej opozycji,
Armando Iannucci (który oparł film na swoim serialu "The Thick of It") szydzi ze wszystkiego, co polityka ma do zaoferowania. Obnaża mechanizmy społeczno-polityczne, kompromituje
biurokratyczną bańkę mydlaną, bezlitośnie uwypukla ignorancję, punktuje systemowe wady i uchybienia. Protagoniści z obu krajów co chwilę kursują ponad oceanem, angażując się w coraz
to nowe gierki polityczne, o których większość z nich nie ma zielonego pojęcia, a ci, którzy wiedzą, jakimi zabawkami przyszło im się bawić, nie nadają się do wyznaczonych im ról. Na
szczęście satyra ta nie została zrobiona jedynie dla samego ośmieszania, lecz by coś udowodnić, bowiem prezentowane mechanizmy są ukazane tak, by najpierw przybliżyć ich funkcjonalność,
a dopiero później inteligentnie je zdekonstruować. Cały film opiera się na dialogach, a jednak ani przez chwile nie nudzi. Jest ostro, bezkompromisowo i - po raz kolejny to zaznaczę -
niesamowicie śmiesznie, mieszając absurdy polityczne z masowymi nawiązaniami popkulturowymi. Film Iannucciego dodatkowo punktuje dystansem, z którym wszystko jest ukazywane, dystansem,
którego głównym nośnikiem jest brytyjski spin-doctor Malcolm Tucker (fenomenalny Peter Capaldi), który z pięknym brytyjskim akcentem ze szkockimi naleciałościami, rozstawia wszystkich
po kątach, bluzgając z szybkością i kreatywnością, której pozazdrościłby mu Joe Pesci z "Chłopców z Ferajny". Postać Tuckera raz i na zawsze udowadnia, że język angielski jest bardziej
elastyczny i kreatywny od naszego rodzimego, w kwestii dosadnego wyrażania swoich frustracji. Polecam zapoznać się z "In the Loop" przy najbliższej okazji - takie filmy zdarzają się co
najwyżej raz na kilka lat.
|
 |
|
Zdobywca tegorocznej Krakowskiej Nagrody Filmowej, to drugi film Sebastiana Silvy, a nie czuć w nim krzty narratorskiego fałszu, nie ma zbędnego ujęcia czy sceny, choć Silva wielokrotnie
opowiada bardziej obrazem niż dialogiem. Film opowiada historię Raquel, służącej, gosposi, pokojówki, pracującej od ponad dwudziestu lat w domu pewnych bogatych
Chilijczykow. Raquel poświęciła dla tej rodziny najlepsze lata swojego życia, wraz ze zdrowiem i marzeniami, ale uważa się za członka familii - z wzajemnością, choć oczywiście
jakiś dystans musi między nimi istnieć. Widząc, że ukochana pomoc domowa, na starość przestaje wyrabiać się z prowadzeniem sporej posiadłości, zatrudniają dodatkową
pomoc. Jednak Raquel swoją nieco totalitarną osobowością doprowadza wszystkie kobiety do załamania nerwowego i rychłego wypowiedzenia służby. To portret kobiety zagubionej i
zgorzkniałej, uwięzionej w pozycji przejściowej pomiędzy swoim losem a statusem klasowym, którego nigdy nie osiągnie, przez co złośliwej, nieskończenie upartej i nie potrafiącej
otworzyć się na drugiego człowieka. Raquel zdaje sobie sprawę z tego, że nic lepszego na nią nie czeka, samotnie zamyka się w zbudowanym pancerzu codziennych obowiązków. A jednak
jednej z nowoprzyjętych pokojówek, Peruwiance Lucy, udaje się wynieść Raquel na obłoki marzeń 'czegoś więcej', tylko dlatego, że zechciała poświęcić swój czas na przedarcie się
przez jej skorupę ochronną. "La nana" to piękny film o mentalnym dojrzewaniu oraz o 'zauważaniu' drugiego człowieka pod narzuconą na niego społeczną przynależnością. Przy okazji
jest to dość cięta (choć ukazana subtelnie) obserwacja, że żyjemy ciągle w społeczeństwach nie tyle hierarchicznych, co w wielu przypadkach niewolniczych, a także ciekawe spojrzenie
na modele rodzinne. Może i założeniem była perspektywa latynoamerykańska (scenariusz wraz z postacią pokojówki oparty został w znacznej części na biografii reżysera), ale efekt
końcowy jest uniwersalny, co sprawia, że ogląda się to tak dobrze. Warto również nadmienić, że "La nana" jest przede wszystkim wyborną komedią, podszytą mieszanką czarnego i
subtelnego humoru, nieodmiennie bawiącą i zmuszającą do refleksji, swoim lekko dramatycznym tonem.
|
 |
|
Rzecz się dzieje w czymś w rodzaju hospicjum, ale nie takiego, znanego z polskich realiów, ale bardziej przypominającego wymarzony dom spokojnej starości. Główny bohater filmu,
Alvin, umiera na raka; jest stary, przehulał życie na pijackich burdach, unieszczęśliwił bliskich, wydaje mu się, że jest przygotowany na to, co go czeka. Dopiero jego nowy współlokator,
trzydziestokilkuletni Kevin, również czekający swych ostatnich godzin, udowodni mu, że warto jest żyć dla każdej chwili. Prosta opowieść, mówiąca, że nigdy nie jest za późno,
nie posiadająca żadnych fabularnych zakrętów, skupiająca się na ludziach i ich personalnych komediodramatach. Przy okazji recenzji "Ostatniej audycji" Altmana, jakiś zagraniczny
recenzent określił obraz jako 'radosny film o umieraniu'. Stwierdzenie to dobrze oddaje klimat "Reach for me", ale film LeVara Burtona poprzez to opowiada o radości życia, której
iskierka zawsze tli się w każdym człowieku. Alvin dojrzewa do opuszczenia swojej skorupy i zaprzestania zwalania winy na innych, a Kevin przeżywa swoje ostatnie chwile w radości i
uniesieniu. Nie jest to pokazane na zasadzie 'od najgorszej sceny do najlepszej', ale sinusoidą emocjonalną, na której znajdują się chwile lepsze i gorsze. Powoduje to, że film nie
przesadza ani w stronę zbytniego prawienia o chwytaniu dnia, ani nie pogrąża się w zadumie nad ostatecznością śmierci. "Reach for me" to filmowa perełka, zrobiona ze szczerością i
emocjonalną uczciwością, która niepostrzeżenie przenika pod pokłady cynizmu codzienności. Piękne, naprawdę piękne kino, które ogląda się z łezką w oku i uśmiechem na ustach. Warto
ten film promować.
|
 |
|
Nie znam za bardzo nowofalowej twórczości Alaina Resnais. Znam natomiast dosyć dobrze ostatnie obrazy, które wyszły spod jego ręki. Widzę więc w "Znamy tę piosenkę" wszystkie te elementy,
za które pokochałem "Prywatne lęki w miejscach publicznych". Przede wszystkim wielowątkową opowieść o ludziach poszukujących ucieczki od własnej samotności, spalających się w tych, czasem
desperackich, poszukiwaniach. Widzę również radosną zabawę konwencją musicalową, którą znam z "Tylko nie w usta". Resnais opowiada w stylu altmanowskim, choć używając innych środków wyrazu -
kreśli swoją opowieść na przykładzie kilku ludzi, których drogi przypadkowo się przecinają. Tworzy humanistyczną rozprawkę na ich temat, jednocześnie zaznaczając umowność opowiadanej historii
(w tym przypadku zatrzymywanie akcji i wstawianie piosenek, które aktorzy jedynie udają, że śpiewają, kiedy tak naprawdę słychać głosy Aznavoura, Matthieu i innych klasyków piosenki francuskiej).
Resnais widzi życie jako teatr, co pozwala mu stwierdzać, że w życiu, jak w teatrze, wszystko jest umowne, ergo - możliwe. Dzięki przyjętej konwencji uwiarygodnia swoje postaci, nie zmuszając
się do ich oceny, zakończenie i ostateczny wydźwięk pozostawiając widzowi. Pod względem warsztatu Resnais jest mistrzem, dlatego może pozwolić sobie na podobne zabawy. Możliwe, że aby te gierki
należycie docenić, należy choć trochę znać jego twórczość, ale nawet bez tego, jego film jest znakomitą rozrywką, pozostawiającą nie tylko refleksję, ale również przysłowiowego banana na twarzy.
|
 |
|
Ten film to swego rodzaju ewenement w polskiej kinematografii. Łączy w sobie zakręcenie
kaufmanowskich skryptów oraz realizację godną największych dokonań Michela Gondry, z lekkim zacięciem wczesnych Boyle'owskich pomysłów wizualnych.
Przy okazji przynosi porównania do "Przypadku Harolda Cricka" Marca Forstera, w którym autorka dyskutowała z kreowaną przez siebie postacią. Nie znam książki Masłowskiej,
co stawia mnie w trudnej pozycji, ale nie oznacza, że nie mogę filmu ocenić i docenić. Filmowa adaptacja spodobała mi się z kilku względów. Przede wszystkim za odwagę zrobienia
takiego filmu na polskim gruncie, na którym ostatnio rzadko bawiono się konwencją i narracją. "Wojna polsko-ruska" jest więc z jednej strony strumieniem świadomości, którego nie
trzeba do końca rozumieć, a z drugiej logicznie złożoną, wielowarstwową narracją zagłębiającą się w polską, zbiorową duszę. Film posiada mocny scenariusz, który łączy pomysły Masłowskiej,
zachowując jej specyficzny język, który dzięki kilku zabiegom ma prawo istnieć w filmowym wymiarze - i o
dziwo się sprawdza. Jedyne, co mogę zarzucić filmowi Żuławskiego jest to, że miejscami czuć parcie na kultowość, jakby sam fakt adaptowania Masłowskiej zmuszał do chęci zrobienia z każdej
sceny, książeczki z cytatami. "Wojnie polsko-ruskiej" ujmuje w moich oczach również jej post-modernistyczna świadomość, która pod koniec sprawia, że film niebezpiecznie porusza się na
granicy bełkotu, na szczęście nigdy jej nie przekraczając. Jednak w ostatecznym rozrachunku jest to film, który każdy powinien zobaczyć, bowiem to coś świeżego w naszym wyeksploatowanym
schematami, filmowym światku, odważna próba wyjścia poza szereg, choć podejrzewam, że królować będą dwie opinie: albo bardzo dobry, albo gniot.
PS. Rolą Silnego Borys Szyc udowadnia, że jest obecnie jednym z najlepszych polskich aktorów.
|
 |
|
Bardzo fajne spojrzenie na definiującą Londyn multikulturowość. Wizualnie piękna, w zasadzie dosyć prosta opowieść o dwójce młodych ludzi, którzy zagubieni w chaosie życia poszukują
odpowiedzi na pytania, które ich definiują: Axl, Hiszpan, poszukuje swojego ojca, który opuścił go, kiedy ten był mały; Vera, Wenezuelka, zastanawia się nad swoim miejscem w Londynie,
odfajkowując kolejne związki i jednonocne przygody. Tytułowe nie pościelone łóżka odnoszą się do wszystkich miejsc, w których bohaterowie się budzą, nierzadko nie pamiętając jak się
tam znaleźli, poznając nowych ludzi, pozostawiając w nich jakiś swój ślad. Czuć tu inspiracje Linklaterem, ale "Unmade Beds" skłania się bardziej w stronę libertyńskich fantazji w
mieście ze snów. Londyn jest tu pocztówkowy, praca wypełniaczem czasu przed kolejną imprezą, a poznawani ludzie zawsze otwarci i skorzy do pomocy, ale to nie przeszkadza, ponieważ
miasto ma jedynie pomagać Axlowi i Verze w opowiadaniu swoich historii. Indywidualna perspektywa jest tu najważniejsza. Jest to pewna Nibylandia, ale stricte nowoczesna, zaludniona
nie kolejnymi Piotrusiami, a ludźmi zagubionymi w świecie, który nie do końca rozumieją. Czasem zbyt otwarcie emo-cjonalna, lecz urocza i przekonująca wizja, o ile potrafi się takie
filmy 'oglądać' bez cynicznego uśmieszku w kąciku ust. Film Dos Santosa ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się do niego wrócić.
|
|