|
Dość długo czekałem na film Marka Romanka. Oczekiwanie było podsycane licznymi, bardzo pozytywnymi recenzjami oraz faktem, że to pozycja, którą niektórzy określali mianownikiem "niezależna". Czy jest taka czy nie, wiem jedno - oczekiwałem dobrego filmu, niebłachego, poważnego, demaskującego ludzkie przyzwyczajenia, oczekiwania czy wzory panujące w świecie cywilizacji zachodniej.
I mocno się przeliczyłem! Romanek, twórca teledysków, między innymi Nine Inch Nails, zadebiutował mało udanie, co nie znaczy, że źle. Po "Zdjęciu w godzinę" nie tego oczekiwałem, nie takiego, bardzo przeciętnego obrazu igrającego zbyt często ze schematami i kilkoma innymi, znacznie poważniejszymi grzechami kina mogacego zyskać przydomek "pasjonujące".
Mógł reżyser i scenarzysta (w jednej osobie) stworzyć dzieło niepokojące, o którym można wciąż dyskutować, analizując treść zawartą między wersami opowieści. Nie udało się. Film ten to w gruncie rzeczy banał.
Gdy 3 lata temu wszedł na ekrany kin obraz Sama Mendesa "American Beauty" wszyscy padli na kolana z zachwytu, oniemiali odwagą i przeraźliwą, bolącą demaskacją życia mieszczańskiego obowiązującego w Ameryce ostatnich dziesięcioleci. Lester Burnham, jego żona, córka, przyjaciele, znajomi stanowili doskonały, niejednoznaczny portret Amerykańskiego Snu i ludzi ubezwłasnowolnionych swoimi przyzwyczajeniami, społecznymi konwenansami; śpiących i śniących o świecie idealnym, którego są częścią. Wspominam o tym dziele, bo "One Hour Photo" trochę tamten obraz przypomina, ale nie treścią, a raczej sposobem opowiadania o American Dream, o wściekłości, o samotności...
Sy Parish inaczej niż Lester mówi o sobie samym. Od razu zaznaczam, że nie znoszę popadania w dosłowność, nie znoszę pokazywania palcem, traktowania mnie jak pewnego idioty, który czytać pomiędzy wersami nie potrafi. Nie lubię, gdy bohater mówi "jest mi źle". Wolę popatrzeć w jego oczy, gesty, słowa nie mówiące bezpośrednio "że jest mu źle". Jest taka scena w "American Beauty" kiedy Lester przedstawia swoją żonę, Carolyn, podcinającą czerwone róże. Zwraca uwagę widza na czerwone nożyce i rękawiczki, które muszą pasować do róż, oczywiście czerwonych. "To nie przypadek" mówi Lester. Romanek natomiast inaczej opowiada o swoich bohaterach i ich świecie. O Carolyn powiedziałby pewnie, że jest fałszywa, że otoczona jest murem społecznych wzorów tłumiących ją od środka, choć walka z nimi nie ma sensu. Bezpośrednio, jednoznacznie określić stan ducha. "Zdjęcie w godzinę" wciąż i wciąż popada w tego typu zbędną dosłowność. Postać Sy Parisha jest jednowymiarowa. Od początku wiadomo, że to jakiś typ psychopaty. Widzimy go wciąż samotnego, mówiącego o szczęściu widocznym na zdjęciach, a ten portret dopełnia ściana obwieszona setkami zdjęć domowych, które Sy wywołuje dla pewnej rodzinki. Współczesność stworzyła nowy typ wzorów społecznych, nowych ideałów do których każdy bezwzględnie musi się dostosować inaczej wypadnie z gry, zostanie zepchnięty na margines. Samotność Sy'a jest pełna oczekiwania zmieniającego się powoli w cierpienie, swoistą psychozę. Pragnie zagarnąć dla siebie małą cząstkę Amerykańskiego Snu... To najsilniejsza strona tego filmu - obraz pustelnika wykluczonego ze społeczeństwa.
Romanek jednak, w swej krytyce bolesnej rzeczywistości, zapomina o ogólniejszym kontekście, który tutaj budowałby coś z goła autentycznego, drażniącego. Sy Parish jest ofiarą czasów nam współczesnych, choć o tym już Romanek nie wspomina, bo popada w konwencję dreszczowca o sfrustrowanym przdstawicielu klasy średniej (mocno przypomina "Upadek" z Michaelem Douglasem). Poprzez to film nie rzuca na kolana, nie denerwuje, nie trafia w czuły punkt, nie rozpala od wewnątrz. Co z tego, że Robin Williams gra znakomicie, skoro Mark Romanek nie zbudował portretu Ameryki śniącej Amerykańskim Snem?
Inaczej niż w "American Beauty" po seansie nie towarzyszy nam pewnego rodzaju moralny niepokój, który byłby wskazany. Obraz współczesności z jego wzorami konsumpcyjnymi, z kiczem, z nowymi wartościami, nowym typem ludzi jest doskonałym materiałem filmowym i szkoda, że "Zdjęcie w godzinę" tego potencjału krytyki nie posiada. Atrakcyjna muzyka i zdjęcia nie wystarczą do opowiedzenia historii fascynującej swoją agresywnością przekazu.
Zbyt dosłownie, zbyt skromnie, za mało odważnie...
AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI
|
|