On, Ona, Ono
Czekałem na ten film. Głównym powodem był pomysł wyjściowy, jaki obrała
sobie Szumowska, aby zastanowić się nad problemem aborcji, a właściwie
powolnym "dochodzeniem" do tego problemu, rozważaniem "za" i "przeciw",
rozpatrywaniem problemu życia już "po fakcie", po poczęciu - mówiąc
najkrócej. Otóż postawiła swoją bohaterkę - Ewę - zastanawiającą się nad
usunięciem ciąży, przed faktem, iż płód w pewnej fazie rozwojowej (drugi
miesiąc) słyszy. Jest to tylko pretekst, by przeprowadzić wywód na temat
dialektyki macierzyństwa, plusów i minusów, a także pokazać świat
widziany oczyma kobiety ciężarnej, znacznie odbiegający od stereotypów.
Jej przemianę moralną i duchową w podejściu do życia, do najbardziej
banalnych spraw. Wątkiem równie ciekawym jest fakt, iż ten sam temat
podjęła niedawno zmarła matka reżyserki, słynna polska pisarka, śp.
Dorota Terakowska ("Poczwarka"). "Pożyczyła" od córki główną bohaterkę,
okoliczności, w jakich się znalazła, acz poprowadziła jej historię
inaczej niźli Szumowska. Zarówno film, jak i książka, to ciekawy akcent
w dyskusji na temat aborcji, jaka się ostatnio w Polsce odnowiła przy
okazji próby złagodzenia ustawy antyaborcyjnej. Głos matki i córki,
dwóch kompletnie różnych pokoleń, acz najważniejsze - głosy kobiece,
głosy jednoczące się...?
Ewa (22 lata) pracuje na stacji benzynowej, mieszka w Krakowie z
rodzicami. Zachodzi w ciążę z przygodnie poznanym chłopakiem, którego
nie poznajemy, nawet nie widzimy. Z racji kiepskiej sytuacji materialnej
postanawia usunąć płód. W drodze na zabieg zostaje okradziona. Jednak
zdeterminowana jedzie do kliniki, by dokonać wstępnych badań.
Przypadkowo słyszy rozmowę lekarza, który tłumaczy innej pacjentce, iż
płód w pewnym stadium rozwojowym słyszy. Moment przełomowy, graniczny.
Ewa przechodzi ze strony "nienawiści" do "miłości", "niechcianego" do
"chcianego". Odkrywa, jak wielki skarb nosi w sobie, który będzie mogła
kochać, o którego będzie mogła się troszczyć, z którym będzie mogła
rozmawiać. Pojmuje to dosłownie, gdyż od tego momentu zaczyna wygłaszać
monologi na każdy możliwy temat, kierując je do dziecka, niby zwyczajnie
rozmawiając z nim. Każdy kolejny dzień to nowe oglądanie, a przede
wszystkim słuchanie świata, rzeczy już doskonale znanych, ale
odkrywanych jakby na nowo, z racji "błogosławionego" stanu, w jakim
jest. Rozkwita, dojrzewa...
Początek i koniec filmu zbudowane są w większości ze zbliżeń twarzy
Ewy. Odzwierciedla to konstrukcję emocjonalną filmu, gdzie widać, iż
reżyserka jedynie w tych momentach (przed decyzją i po urodzeniu) skupia
się na Ewie, tworzy wokół niej intymną atmosferę, wchodzi w jej świat, w
jej uczucia. Kadry szczelnie wypełnione jej oczami, policzkami, ustami
zbliżają do niej, pozwalają zauważyć każdy grymas, ból, smutek, ale też
radość, szczęście. Każde skrzywienie, każda rysa, zmarszczka zdają się
więcej mówić niźli słowa. Bardzo przekonywujące, a na pewno zadowalające
szczerością, a przede wszystkim uczciwością. W warstwie kolorystycznej
dominują barwy "brudne", mające czynić świat brzydkim i okrutnym, a na
pewno nieprzyjaznym, "zniechęcającym" - przynajmniej na początku filmu.
O wiele gorzej wygląda środek (który jest najważniejszym, najbardziej
interesującym etapem filmu, mającym pokazywać drogę przejścia od decyzji
do narodzin - przynajmniej tak można by zakładać), gdzie Ewa ma się
rozwijać, gdzie ma się stać matką, a w rzeczywistości nic nie widać,
jest pusto (!) - istna wyrwa, którą wypełniają w dużej części monologi
Ewy, wygłaszane głównie do dziecka, ale także i po części do napotkanych
osób, traktujące o wyglądzie i budowie chmur itp. Ważną niby to rolę
spełniają rozmowy, jakie prowadzi główna bohaterka z nowymi przyjaciółmi
(jeśli można tak powiedzieć) - dziwką i ćpunem. Kontrastowe zestawienie,
mające z jednej strony uwidaczniać przepaść pomiędzy nimi, ale jednak
chyba ważniejszym celem jest pokazanie, iż zarówno im, jak i Ewie,
brakuje jednej wspólnej rzeczy: miłości. Nieważne, kim się jest, co się
robi. Zamierzenie piękne, ale zmarnowane; zmarnowane w dialogach, które
drażnią brakiem konsekwencji, brakiem rozwoju, postępu emocjonalnego,
drażnią wstecznictwem, drażnią naiwnością 12-latki.
Bardzo ciekawie jednak zbudowała Szumowska "otoczkę ochronną" wokół Ewy,
obudowując ją różnymi napotkanymi ludźmi, znajomymi, najbliższymi.
Pierwszy krąg stanowią rodzice: dwójka wypalonych z uczuć, totalnie
oziębłych między sobą staruszków, zamkniętych w swoich światach - matka
- telewizja, ojciec - muzyka. Jeszcze z ojcem jakoś potrafi porozmawiać
spokojnie, poradzić się, zrozumieć, pograć razem na pianinie. Drugi krąg
- znajoma prostytutka: niezwykle ciekawe to zestawienie, gdyż to właśnie
ona uczy, opowiada Ewie o miłości w życiu, o zdobywaniu i kształtowaniu
jej. Opowiada o własnych doświadczeniach, o przeżyciach, a jednocześnie
snuje marzenia o wielkiej miłości, o domu, o dzieciach. Kontrast
niezwykle piękny, kiedy mówi to stojąc na poboczu drogi, czekając na
klienta. Wreszcie trzeci krąg - ćpun: tutaj można odnieść wrażenie, iż
Ewa znajdzie w nim chłopaka, ojca dla swojego dziecka. Jednak znajduje
coś cenniejszego - oparcie psychiczne i moralne, mimo wielu kłótni
między nimi, mimo sprzeczek. Wbrew temu, czym się zajmuje, wbrew jego
społecznemu statusowi "wyrzutka", a raczej "odrzutka" (podobnie jak i w
przypadku prostytutki), otrzymuje od niego akceptację i zrozumienie, w
przeciwieństwie do własnej matki i reszty - normalnie sytuowanych, a
jednak "obdartych" i nietolerancyjnych, ludzi.
Jako przedstawiciel płci brzydkiej, jestem chyba najlepszym typem widza
dla tego filmu z racji kompletnego braku wiedzy, doświadczenia, niczym
biała kartka do zapisania, co jednak nie oznacza, że jestem głupi i
naiwny. Ciężko określić, czego się można spodziewać po filmie o takim
temacie, takich sprawach, gdyż raczej niemożliwym jest skonstruowanie
niepodważalnej teorii, z jednej strony na temat aborcji, z drugiej na
temat dojrzewania do roli matki, którą można by zastosować w każdym
przypadku. Absurd! Oczekiwałem po Szumowskiej, w pierwszej kolejności
jako KOBIECIE, a dopiero później jako reżyserze, że jednak przybliży po
trosze portret, sytuację kobiety, jej emocje i odczucia, strachy i lęki,
odciśnie "to" w obrazach, słowach, dźwiękach filmu. Prosto tak
powiedzieć... lecz po to chyba żyją i tworzą artyści, by przybliżać,
opowiadać właśnie o takich sprawach. Czy czuję się oświecony? - ciężko
mi powiedzieć. Po wyjściu z kina czułem się nijako, niczym kobieta w
ciąży po porannych nudnościach, jeśli wolno mi użyć takiego porównania.
Nie byłbym w stanie powiedzieć zdecydowanie TAK lub NIE, zresztą nie o
to tak do końca chodziło w tym filmie...
Ksiądz Józef Tischner na pytanie "Jakie jest zdanie księdza na temat
aborcji?" odpowiedział: "Takie, jak zdanie kobiety, która przychodzi do
spowiedzi". Szumowska właśnie tak się zachowuje - nie chce radzić, nie
chce się wdawać w żadne dyskusje czy polemiki. Pokazuje po prostu, co
Ona by zrobiła, jakby się zachowała w takiej sytuacji. Wskazuje, o czym
pomyśleć, jak to zrobić, zanim podejmie się taką decyzję. Unika jednak
konkretów, unika precyzji, przez co momentami staje się niewyraźna,
jakby mówiła do siebie, tylko do siebie, a nie do widza...
 |
Tytuł:
"Ono"
Rok produkcji: 2004, Polska
Czas trwania: 101 min.
Reżyseria: Małgorzata Szumowska
Scenariusz: Małgorzata Szumowska,
Przemysław Nowakowski
Zdjęcia: Michał Englert
Muzyka: Paweł Mykietyn
Dźwięk: Maria Chilarecka
Scenografia: Marek Zawierucha
Występują:
Małgorzata Bela (jako Ewa)
Teresa Budzisz-Krzyżanowska
(jako matka Ewy)
Marek Walczewski (jako ojciec Ewy)
Marcin Brzozowski (jako Michał)
Barbara Kurzaj (jako prostytutka)
Klub
Miłośników Filmu | 21 II 2005 |
|
| Autor
recenzji:
Łukasz Anioł - DR STRANGELOVE |