MIŁOŚĆ W CZASACH POPKULTURY
"Opowieści o zwyczajnym szaleństwie" napisane zostały z myślą o teatrze.
I tamże przeżywały swoją pierwszą młodość. Także w Polsce dramat Petra
Zelenki był wielokrotnie wystawiany, doczekał się nawet swej adaptacji w
teatrze telewizji. Teraz ta czeska tragikomedia odgrzewana jest na
srebrnym ekranie. Powtórny żywot należy jednak w tym wypadku do
wyjątkowo udanych. Bo "Opowieści o zwyczajnym szaleństwie" mimo iż
stawiają współczesnemu człowiekowi dość smutną diagnozę ciągłej
samotności i nieustannego wyobcowania, to dokonują tego z ogromnym
wdziękiem. Ich reżyser i autor Petr Zelenka, choć nie wierzy w
szczęśliwe zakończenia, to jednak przez 107 minut swego filmu skutecznie
zaklina szarą rzeczywistość tytułowym szaleństwem. W efekcie zamiast
zakrapianych filmową duchowością burych, statycznych kadrów, "czeski
Woody Allen" szkicuje świat, który właśnie stanął na głowie - po prostu
zwariował z braku miłości. I mimo że u Zelenki faktycznie "wszyscy chcą
kochać", to w ostatecznym rozrachunku okazuje się że na miłość jest już
za późno. Mimo nieciekawych perspektyw na przyszłość świat
"Opowieści..." nie traci jednak ani na chwilę swego specyficznego
optymizmu, a jego mieszkańcy pozostają do samego końca ujmująco
bezradni. To właśnie owa dziwna wesołość zestawiona z perspektywą nie
mającej końca samotności urzeka tutaj najbardziej. A jeśli ktoś nigdy
nie widział jak umiera się ze śmiechu, to "Opowieści..." mogą być
sugestywną tego stanu ilustracją. Jednym słowem: i straszno i śmieszno,
a do tego po czesku.
|
 |
 |
Centralną postacią filmu Zelenki
jest Petr. Mężczyzna w wieku chrystusowym – lat trzydzieści i trzy.
Oprócz zbliżającej się czterdziestki jego głównym problemem jest
nieszczęśliwa miłość do pięknej Jany. Dziewczyna - owszem - chce się
zaręczyć, ale obiektem westchnień nie jest już Petr. Dlaczegóżby jednak
nie powalczyć o kobietę i nie zmusić jej do powrotu? Najprostsza droga
wiedzie przez stary indiański rytuał. Najpierw obcinamy ukochanej pukiel
włosów, a następnie gotujemy zdobycz w mleku. Stawka jest jak widać
wysoka, spróbować więc nie zaszkodzi...
Powyższa intryga to zaledwie punkt wyjściowy "Opowieści o zwyczajnym
szaleństwie" - obiecujący początek lawiny absurdalnych zdarzeń
związanych nie tylko z Petrem, ale i z jego rodzicami, sąsiadami,
ex-miłością i seksowną ciotką ex- miłości. Zelenka, mnożąc wątki, stara
się naszkicować wszechstronny i wieloaspektowy portret zbiorowości.
Zbiorowości, która jak przez mgłę pamięta jeszcze komunizm, ale tak
naprawdę żyje już w zupełnie innych realiach. I największym problemem
bohaterów Zelenki, a zarazem ich jedynym wspólnym mianownikiem wydaje
się być brak zdolności do nawiązania realnego kontaktu ze sobą nawzajem.
Miłość i uczucia znikają bowiem gdzieś pomiędzy strachem przed
odpowiedzialnością z jednej, a codzienną rutyną z drugiej strony.
Żeby jednak w pełni zaprezentować bogaty styl "Opowieści..." trzeba
zadać sobie trud odpowiedzi na dwa dodatkowe pytania. Pierwsze z nich
dotyczyć będzie zasadniczego tematu filmu Zelenki. I wspomniana już
wcześniej diagnoza chorobliwej samotności współczesnego człowieka jest
tutaj sugestią tyleż poprawną, co nazbyt ogólną. Równie dobrze można by
podciągnąć ją pod jeden z poprzednich scenariuszy Zelenki - znany dobrze
w Polsce film "Samotni". Tymczasem "Opowieści..." lokują swój punkt
ciężkości nieco gdzie indziej. Traktują nie tyle o tęsknocie za
miłością, co o jej przyczynie - o niezdolności do przeprowadzenia
szczerego, nieskrępowanego dialogu. A także o strachu jaki odczuwamy
obawiając się braku zrozumienia z zewnątrz. Ten strach rekompensowany
jest tutaj przez cynizm bądź zwyczajne szufladkowanie najbliższych -
krewnych, znajomych lub kochanków. Bohaterowie żyją więc za fasadą
rodziny i miłości. Niby dobrze wiedzą, że tracą ze sobą kontakt, lecz
mimo to trzymają się kurczowo pozorów szczęścia i złudzeń normalności.
Lęk przed wyśmianiem powoduje także, że zrzucają winę za taki, a nie
inny stan rzeczy na siebie nawzajem. Na przemian obrzucają się błotem.
Tak żyją rodzice Petra. Tak układają się również stosunki ich syna z
ex-dziewczyną. Efektem jest farsa związku i farsa miłości, którą
oglądamy na ekranie. I powyższa niemożność rozpoczęcia dialogu zostaje
przez Zelenkę wspaniale zilustrowana . Dużo mamy w "Opowieściach..."
samolotów, dużo paczek i skrzyń, które - pracując w terminalu -
przeładowuje Petr. Członkowie załogi transportujący drewniane pudła
ciągle mijają się na hali. Czasem ich drogi przetną się w jakimś
punkcie, lecz do zderzeń czołowych nigdy tu nie dochodzi. Każdy idzie w
swoją stronę - każdy obciążony jest swoim własnym, odrębnym zadaniem,
które musi bezzwłocznie wykonać. Tak działa terminal i tak działa
współczesne społeczeństwo. Społeczeństwo, które boi się szczerości i
odpowiedzialności, za dużo ma wszak do stracenia.
W kontekście zakończenia historii, Zelenka stara się podkreślić, że
droga ta prowadzi donikąd. Wspaniała finałowa metafora - genialna,
przewrotna i zaskakująca - daje jednak do zrozumienia, że niewiele
możemy zrobić, aby ów impas przerwać. Warto jednak chociażby podjąć
próby zmiany takiego stanu rzeczy. Inaczej, według Zelenki, czeka nas
pustka tak samo absurdalna, jak absurdalny i nierozpoznany będzie koniec
naszej samotnej i pozbawionej sensu podróży.
|
 |
 |
Gdy wiemy już o czym Zelenka mówi,
warto jeszcze zadać pytanie jak mówi? A opowiada on swą historię ze
słowiańskim zapałem, z rozsadzającą ekran energią i najwyższych lotów
humorem. "Opowieści o zwyczajnym szaleństwie" to pierwszorzędna filmowa
groteska na której można płakać ze śmiechu po to tylko, aby za chwilę
stwierdzić, że śmiać się nie ma z czego. Szaleństwo zaklina tu bowiem
samotność. Ożywająca nagle kołdra jest efektem rozpaczliwego wołania o
miłość. O miłość, która w filmach Zelenki traktowana być może jako
swoisty stan pierwotny. Stan, który jako jedyny warunkuje prawdziwe
szczęście. Szaleństwo więc - mimo swego nieodpartego uroku - nie jest
głównym tematem obrazu Zelenki. Jest jedynie środkiem do celu. Sposobem
na to, by poprzez kino ukazać absurd samotności. Jednakże bez tego
szaleństwa - jakkolwiek byłoby tylko dodatkiem - scenariusz
"Opowieści...” straciłby całą tak pociągającą widzów rubaszność i
bezpretensjonalność. Czyli to wszystko, co decyduje o jego sukcesie.
Podsumowując - u Zelenki, jak u Zelenki: barwni aktorzy, świetna muzyka
i dynamiczne zdjęcia. A tym razem także specyficzna lekkość i zwiewność
owocujące wielką przyjemnością oglądania, której trochę brakowało
"Samotnym". "Opowieści o zwyczajnym szaleństwie" mogą stać się więc
filmem kultowym. I, jak to bywa przy produkcjach z podobnymi ambicjami,
wielu z pewnością scenariusz Zelenki pokocha, innych czeska groteska
zupełnie nie przekona, a jeszcze inni uznają, że jest to kino nieco
nadmuchane, które nienaturalnie pręży się i pręży, niewiele proponując w
zamian. Jeden wniosek powinien stać się jednak udziałem wszystkich
widzów. Otóż Czesi jak widać nauczyli się czegoś, czego my przez lata
nie byliśmy się w stanie nauczyć - że to nie kino musi być odważne, ale
jego twórcy. I właśnie ta odwaga reżyserska spowoduje z pewnością, że
nie wszyscy zrozumieją film Zelenki. Za to Ci, których już raz on
urzeknie, zdziwią się pewnie jak bardzo osobisty i trafny jest to
przekaz i jak bardzo indywidualnie potrafi czasem mówić kino.
Ocena:
5\6 - dla zwichrowanych
3\6 - dla reszty
|
OPOWIEŚCI O ZWYCZAJNYM SZALEŃSTWIE
(Republika Czeska, 2005)
reżyseria / scenariusz:
Petr Zelenka
zdjęcia:
Miro Gábor
muzyka:
Karel Holas
montaż:
David Charap
występują:
Ivan Trojan jako Petr
Zuzana Sulajová jako Jana
Miroslav Krobot jako ojciec Petra
Nina Divísková jako matka Petra
Karel Hermánek jako szef Petra
Petra Lustigova jako Sylwia
Jirí Bartoska jako Jirí
Zuzana Bydzovská jako Alicja
czas trwania: 107 minut
dystrybutor: Gutek Film
premiera: 23.09.05 |
|
Klub
Miłośników Filmu | 26 IX 2005 |
|
| Autor recenzji:
Jacek Kozłowski - SENK |