Czy Bruce Willis jest dobrym aktorem? Wielu poddaje to pod wątpliwość.
To na pewno gwiazdor, co do tego wszyscy muszą być zgodni. Wypromowany
przede wszystkim sukcesem "Die Hard" zyskał popularność oraz sympatię
sporej grupy widzów, do której notabene sam się zaliczam. Listę filmów,
w których wystąpił zna z grubsza każdy, kto interesuje się kinem, nie ma
więc sensu specjalnie się w tę kwestię zagłębiać. Jest jednak dość
istotna i także raczej bezsprzeczna sprawa, o jakiej można wspomnieć -
Willis to aktor posiadający stosunkowo kiepski nos, jeśli chodzi o
czytanie scenariuszy i wybór ciekawych, dobrych ról. W jego dorobku
filmowym, oprócz kilku głośnych hitów amerykańskiej kinematografii,
uświadczymy niemałą liczbę artystycznych niewypałów, filmowych gniotów,
tworów niejednokrotnie zrównanych z ziemią przez krytykę. Odchodząc już
jednak od tego pobieżnego analizowania kariery gwiazdy (to materiał na
zupełnie inną pracę), a uprzedzając nieco rozwój wydarzeń niniejszej
recenzji, powiem już teraz, że "Hostage", najnowszy film z udziałem
Bruce'a Willisa, to kolejna pozycja, która potwierdza tezę o kiepskiej
kondycji scenariuszowego węchu aktora.
Oglądając początek filmu w naszych
głowach rodzi się przeczucie, ze z czymś podobnym mieliśmy do czynienia
co najmniej kilkukrotnie. Otóż w prowadzonej przez doświadczonego
negocjatora Jeffa Talleya (Willis) operacji dochodzi do tragedii, giną
ludzie. Jeff porzuca pracę w Los Angeles, przenosi się do małego
miasteczka Bristo Camino, gdzie przyjmuje posadę szefa policji. Zły los
jednak go nie opuszcza. Trójka nastolatków wdziera się bowiem do
posiadłości pewnego bogacza biorąc go oraz jego dwójkę dzieci za
zakładników. Sprawą tą zajmie się oczywiście nikt inny, jak zniesławiony
wypadkiem z przeszłości Talley. I w tym to właśnie momencie widz mógłby
sobie pomyśleć - aha, stek klisz, widziałem takie rzeczy nie raz i mniej
więcej mogę sobie w myślach dopisać, jak to wszystko potoczy się i
skończy. Scenarzysta jednak, prawdopodobnie świadom faktu, że ów widz
mógłby sobie w taki a nie inny sposób pomyśleć, postanowił być od niego
sprytniejszy i wprowadził do fabuły elementy w istotny sposób ją
komplikujące, gmatwające jej przewidywalną i schematyczną (jakby się
wydawało) konstrukcję. I tak oblężona posiadłość okazuje się być
supernowoczesną fortecą, jeden z oblegających stopniowo odkrywa przed
partnerami swą prawdziwą, mroczną i przerażającą osobowość, zaś rodzina
Jeffa Talleya zostaje uprowadzona przez enigmatyczną szajkę, która
samemu Jeffowi nakazuje, by ten przedostał się do okupowanego domostwa i
wydostał stamtąd pewną płytę dvd. Co jak co - myślał pewnie w duchu
scenarzysta - ale widz na powielanie klisz narzekać nie będzie.
Czym innym jest jednak teoretyczny spryt
scenarzysty, a czym innym faktyczny talent reżysera. Florent Emilio Siri
(będę szczery - nazwisko to słyszę po raz pierwszy i mam nadzieję, że
również po raz ostatni) nie potrafił niestety przełożyć tego obfitego w
niespodzianki scenariusza na celuloidową taśmę w taki sposób, aby całość
można było bezproblemowo przełknąć. Reżyser nie dość, że nie sprostał
napakowanej wydarzeniami historii, to jeszcze popisał się takim brakiem
wyczucia i nieumiejętnością budowania odpowiedniej dramaturgii, że w
efekcie otrzymujemy twór o poziomie momentami właściwie żenującym.
Wspomnijmy jeszcze o miernym nakreśleniu postaci i przeciętnym zaledwie
aktorstwie. Talley na przykład co rusz jest dręczony wspomnieniami z
przeszłości - trzeba więc zatrzymać ujęcie na zrozpaczonym Willisie po
czym w dość banalny sposób symbolicznie rozjaśnić kadr; zbir Mars z
kolei przejawia objawy szaleństwa - kamera więc przygląda się
natarczywie jego ubranej w dziwny grymas twarzy, itp., itd. Nie
twierdzę, że każda postać powinna być rysowana w sposób złożony i
subtelny, ale w "Osaczonym" rys charakterologiczny bohaterów jest
tendencyjny i do tego stopnia uproszczony, że chwilami ręka mimowolnie
łapie się za głowę. Aktorzy grają bez specjalnego zaangażowania; nie
jest to może gra fatalna, ale też nie da się specjalnie kogokolwiek
pochwalić. Całość dodatkowo pogrąża kompletnie niedopasowana do obrazu
muzyka, która klimatem bardziej nadawałyby się powiedzmy do
burtonowskiego Batmana niż sensacji o negocjatorze, porywaczach i
zakładnikach. Na obronę powiedzieć mogę tylko, iż film posiada całkiem
niezłe tempo, akcja toczy się wartko i być może nie byłoby miejsca na
nudę gdyby nie to, że cała ta rozrywka przyjemności właściwie nie
sprawia.
|
 |
 |
Cóż więc, podsumowując, otrzymujemy? Ano
dostajemy scenariusz ze sporą liczbą zaskoczeń, z którym jednak nie
poradził sobie reżyser, a historia w efekcie sprawia wrażenie
naciąganej, przekombinowanej. Dostajemy paru bohaterów, z których być
może dałoby się wycisnąć coś interesującego, gdyby nie nieumiejętne ich
pokazanie (zwłaszcza w przypadku wypranego z negocjatorskiej charyzmy,
nieprzekonującego głównego bohatera, któremu nijak nie potrafiłem w jego
zmaganiach kibicować). Dostajemy średnio wciągającą intrygę, kiczowatą
końcówkę i Bruce'a Willisa w raczej słabej kreacji. Dlaczego Willis
zdecydował się wystąpić w tej produkcji, którą bezproblemowo możemy
dodać do jego kolekcji filmów udanych inaczej? Na to pytanie odpowiedź
zna chyba tylko on sam.
OCENA 3.5/10
 |
Reżyseria: Florent Emilio Siri
Scenariusz: Doug Richardson - Na podstawie książki: Robert
Crais
Obsada:
Jeff Talley: Bruce Willis
Pan Smith: Kevin Pollak
Dennis Kelly: Jonathan Tucker
Mars: Ben Foster
Tommy Smith: Jimmy Bennett
Jennifer Smith: Michelle Horn
Sean Mack: Jimmy 'Jax' Pinchak
Kevin Kelly: Marshall Allman
Jane Talley: Serena Scott Thomas |
 |
| Autor recenzji
: Michał Jakubowski - JAKUZZI |
|
Klub Miłośników Filmu |
13.VII.2005
|
|