UWAGA!
TEKST ZAWIERA SPOILERY FILMU, WIĘC JAK KTOŚ NIE OGLĄDAŁ TO NIECH NIE
CZYTA ;)
|
Wyszedłem z kina z jedną myślą - że jest to największy zawód tego roku.
Shyamalan zakpił sobie z widzów. Jego wielki blef służy nie po to by po
raz kolejny zaskoczyć fanów, nie po to żeby się o jego filmie mówiło,
tylko po to żeby napchać kabzy sobie i producentom oraz co najważniejsze
dać jeść swojemu nabrzmiałemu ego. Cała kampania promocyjna to jedna
wielka ściema, poczynając od trailera, który sugeruje horror, idąc
poprzez nazwiska aktorów wymienionych jako główne postacie w filmie
(Phoenix rzeczywiście może być postacią pierwszoplanową męską, ale Brody
i Hurt to jedynie drugi plan, a o Weaver nie ma co wspominać bo została
użyta jedynie jako przynęta. To samo kilka lat wcześniej zrobiono w "Phantoms"
gdzie na końcu napisów pojawiało się 'with Ben Affleck' a był jedną z
głównych postaci filmu) na samym filmie i jego końcówce kończąc.
Shyamalan jadąc na swojej opinii genialnego reżysera budującego przez
cały swój film napięcie, które nieuchronnie prowadzi do zaskakującego
finału przewracającego wszystko do góry nogami, olał wszystkich swoich
fanów nakręcając zakończenie bzdurne i śmieszne, które możecie wierzyć
lub nie przewidziałem mniej więcej w połowie filmu...
A więc wyszedłem z kina z myślą, że to największy zawód tego roku i że
na Shyamalana do kina więcej nie pójdę, a najwyższą oceną jaką mogę
postawić temu filmowi jest 4/10. Ale w kinie byłem wczoraj i w ciągu
tego czasu mój pogląd na film się trochę zmienił. Po przemyśleniu
niektórych spraw zdałem sobie sprawę jaką krzywdę Shyamalan wyrządził
sobie i filmowi tym wielkim blefem. Bo to nędzne zakończenie po prostu
przesłania cały film, wszystkie jego zalety i genialne rozwiązania. W
zasadzie większość osób idących na ten film spodziewa się horroru,
ewentualnie mocnego thrillera, który doprowadzi ich w mniejszym lub
większym stopniu do nerwowego oglądania się przez ramię po nocach. I
właśnie to może sprawić, że na następny film Shyamalan nie zdoła
ściągnąć takich tłumów jak zwykle, bo ludzie zawiedzeni przez Osadę, nie
dostrzegając drugiego dna filmu, będą po prostu woleli poczekać aż
wyjdzie na VHS/DVD żeby nie tracić kasy i wielkich oczekiwań. Będzie się
musiał MNS bardzo postarać żeby odzyskać zaufanie ludzi do siebie, a co
za tym idzie będzie musiał wrócić do korzeni i postarać się zrobić
kolejny film w stylu "6-tego Zmysłu" czy "Niezniszczalnego" co
doprowadzi do powrotu do tego od czego tak bardzo chciał nakręceniem
Osady uciec...I tak zamyka się powoli pętla na szyi reżysera, bo co by
nie zrobił to i tak będzie źle...
Ale może teraz o samym filmie i o tym co na plus. Przede wszystkim jego
wielowymiarowość. Jest tu piękna historia miłosna (genialna i zarazem
najlepsza imho scena w filmie kiedy Ivy wyciąga rękę w ciemność
oczekując na Luciusa), jest tragedia, jest wreszcie filozoficzna
przypowieść o utopijnym świecie i utraconej niewinności. Wszystko to
ukryte pod płaszczykiem suspensu i horroru. Jest też znak firmowy
Shyamalana czyli zaskakujący punkt zwrotny, a w zasadzie to 3 takie
punkty - zasztyletowanie Luciusa, pokazanie Ivy ubioru potworka przez
ojca oraz końcowe minuty filmu, ale tak naprawdę to ten pierwszy jest
tutaj największym zaskoczeniem, punktem zwrotnym zmieniającym oblicze
świata przedstawionego, wreszcie punktem po którym Shyamalan staje się
robić przewidywalny. Bo przecież po pokazaniu kostiumu stworka (który
swoją drogą wygląda niesamowicie nędznie i momentami śmiesznie, i moim
zdaniem powinien być o wiele lepiej dopracowany, chociaż z drugiej
strony chyba tak miało być) od razu człowiek zaczyna się zastanawiać.
Hmm...jeżeli nie ma potworów w lesie to co starszyzna ukrywa? I zaczyna
się powoli wszystko układać, prowadząc do tego feralnego zakończenia,
które tak bardzo przesłoniło mi cały film. Ale teraz jestem niemal
pewien, że to właśnie tak miało być! Shyamalan tak utkał sieć wydarzeń,
żeby widz się przyzwyczajał do tego co zobaczy na końcu. Poszedł tą
ścieżką, nie żeby zakpić z widzów, ale żeby im powiedzieć 'STOP, nie
oczekujcie ode mnie tylko coraz to bardziej pokombinowanych zakończeń,
ja jestem reżyserem filmowym, który ma coś więcej do powiedzenia niż
tylko straszenie'. Dzięki temu zabiegowi Shyamalan przez pierwszą część
filmu (do pokazania stroju) buduje gęsty, sugestywny klimat tworząc
wspaniałe obrazy okraszone piękną muzyką Howarda, budując powolutku
napięcie i suspens, pokazując relacje między bohaterami, które tylko z
pozoru wyglądają na proste. Właśnie to, że zrezygnował ze straszenia i
końcówki pozwoliło mu pięknie rozbudować postacie, tworząc ludzi z krwi
i kości, ze swoimi problemami i słabostkami, postacie w większości
tragiczne co dopiero wychodzi na końcu...
Poza środkami wyrazu Shyamalan miał do pomocy doborowe towarzystwo,
które wcieliło się w co ważniejsze postacie osady. Zacznijmy od
Phoenix'a, który miał przed sobą nie lada wyzwanie. Ponieważ jego
bohater jest typowym milczkiem musiał posługiwać się mimiką twarzy
(świetnie ukazuje to scena, w której uchachana Judy Greer wyznaje mu, że
się w nim kocha i chce wyjść za niego za mąż, a on na nią patrzy jakby
wypalonym i obojętnym, a zarazem przepraszającym wzrokiem). Uważam, że
udało mu się sprostać temu wyzwaniu. Nie jest to może rola wybitna jak
Commodus, ale jak najbardziej wiarygodna. Następnie William Hurt,
którego zawsze uważałem za bardzo dobrego aktora. Tutaj dostał także nie
lada wyzwanie (wprawdzie dopiero w drugiej części filmu), może nawet
trudniejsze od Phoenix'a. Edward Walker to postać najbardziej tragiczna
- człowiek, który jest głównym pomysłodawcą osady, człowiek który chciał
uciec od trudów i bólu życia we współczesnym świecie na rzecz spokojnej
koegzystencji w zgodzie z naturą, wreszcie człowiek którego dobre
intencje odwracają się przeciwko niemu. Edward Walker to człowiek
rozdarty pomiędzy powinnością wobec przyjaciół z pomocą których
wprowadził swój niesamowity plan w życie, a ratowaniem życia i
niewinności które tak bardzo chciał chronić zakładając osadę. Hurt jest
dobry w swojej roli, aczkolwiek gra nierówno. Są momenty, w których za
bardzo szarżuje, ale są też takie, które świadczą o jego kunszcie
aktorskim (scena przekonywania starszyzny do wypuszczenia Ivy do lasu).
Kolejny jest Adrien Brody - ci którzy uwielbiają "Pianistę" mogą nie
polubić jego nowego wizerunku lekkiego wariata, który jest głównym
sprawcą nieszczęścia. Brody ma dwie twarze w tym filmie - kiedy jest w
miarę normalny, oraz kiedy jest na odwrót (na zmianę cieszy się, płacze
itd.) i to właśnie ta druga strona jego postaci wychodzi mu lepiej i
jest warta zapamiętania. Sigourney Weaver razem z Brendanem Gleeson'em
to niestety postacie dwuwymiarowe i nie dane im było pokazać
jakiegokolwiek aktorstwa. Na sam koniec zostawiłem sobie główną
bohaterkę. Bryce Dallas Howard (córka Ron'a Howard'a) jest
najjaśniejszym punktem tego i tak świetnego filmu. Wykreowała osobę
niewidomą, walczącą o swą miłość, pokonującą strach w imię swoich
wartości. Panna Howard jest naprawdę niewiarygodna i ciężko oderwać od
niej wzrok. Mam nadzieje, że przed nią wielka kariera, bo to co pokazała
w Osadzie to oznaka wielkiego talentu na miarę Natalie Portman w
"Leonie". W sumie chciałem coś jeszcze napisać, ale nie pamiętam co, a
poza tym o tym filmie można by prowadzić dłuuugie dyskusje. Jedno jest
dla mnie pewne - jest to pomimo swoich kilku drobnych wad arcydzieło
M.Night Shyamalan'a, które jest o wiele lepsze od "Znaków" i
"Niezniszczalnego", a co najmniej równie dobre jak "6-ty Zmysł". Narazie
stawiam te dwa filmy na równi, ale coś mi się zdaje, że to się może
zmienić na korzyść Osady. Film zdecydowanie dający do myślenia, film do
którego sprawdza się zdanie "Nic nie jest tym czym się wydaje być".
Osada nie jest nieudanym straszakiem i zmierzchem dobrze zapowiadającego
się reżysera, takie jest jedynie pierwsze wrażenie, to początek jego
nowo obranej drogi tworzenia filmów...
OSADA (The Village)Rok produkcji: 2004, USA; Czas trwania: 107 min.
reżyseria: M. Night Shyamalan | scenariusz: M. Night Shyamalan | zdjęcia: Roger Deakins | muzyka: James Newton Howard | scenografia: Tom Foden
|
 | Występują:
Joaquin Phoenix .............. Lucius Hunt Bryce Howard................... Ivy Walker Sigourney Weaver ............ Alice Hunt Jayne Atkinson................ Pani Walker Adrien Brody.................... Noah Percy William Hurt ................Edward Walker Judy Greer .......................Kitty Walker
czas: 107 minut Premiera światowa: 30.07.2004 Premiera polska: 13.08.2004 Dystrybutor: Forum Film |
 |
| Autor recenzji:
Dariusz Kuźma- Beowulf |