Strona główna KMF



W dzisiejszym odcinku "Wygrzebanych spod kamienia" film, który nawet ateistę zmusi do wypowiedzenia kultowego "Oł. Maj. Gad". Lojalnie ostrzegam, że będą SPOJLERY i dużo niecenzuralnego słownictwa, zatem dzieci powinny oddalić się od monitora. Można im w tym czasie np. puścić DVD z "The Last Winter" - jeśli nie zapadną w sen po kwadransie, gwarantuję zwrot pieniędzy. Autorowi niniejszego tekstu aplikowano bowiem zastrzyki z kofeiny, by mógł wytrwać do końca projekcji i napisać wam, jak bardzo zły jest najnowszy film Larry'ego Fessendena.


Zaczyna się niewinnie, bo Ronem Pearlmanem, którego znamy i lubimy m.in. z "Hellboya" i "Miasta zaginionych dzieci". Grany przez niego Ed Pollack przybywa do położonego na Alasce posterunku pracowników firmy zajmującej się budową dróg, którzy to...




Aaaaaaaaaa, jak powiedział ginekolog badając transwestytę. Szkoda czasu na detale. Jest jak w "The Thing": stacja badawcza, śnieg, dokoła pusto. Przybywa Pearlman i polarnicy się cieszą, w piłkę grają, jedzą rybę; słowem - milusio jak u Disney'a, nic tylko komuś w gębę dać. Czekamy więc na potwora, robota czy dzikiego zwierza, który zacznie rozszarpywać ekipę na strzępy. Ale jakoś nic nie przychodzi.


W dziesiątej godzinie filmu wreszcie ktoś ginie, a alaskańskie polarne kruki wyjadają zwłokom oczy. Ciężka sprawa, myślą bohaterowie i niszczą taśmę będącą dowodem na istnienie kosmatej bestii, wartą tak na oko z dziesięć miliardów dolarów. Tym samym rzucają na siebie ewentualne podejrzenia ewentualnej ekipy dochodzeniowej, ale kto by się przejmował dniem jutrzejszym. Tym bardziej, że samolot ratunkowy się rozbija i mamy już kompletnie przesrane, bo pierwsze zwłoki bez wyraźnego powodu zaczynają pojawiać się w dziwnych miejscach, a Ron Pearlman ot tak sobie moczy łóżko. Horror. Na zakończenie akapitu jeszcze wyrazy uznania dla ś.p. pilota. Mało kto bowiem, mając pod sobą setki kilometrów śnieżnej pustyni, podczas kraksy wycelowałby w stację badawczą wielkości mojego dużego pokoju, która widziana z powietrza przypomina muszą kupkę na prześcieradle.




Bohaterów zaczynają nawiedzać (chyba) duchy, bo ten i ów widzi ślady kopytek na śniegu. Tak jakby renifery żyły na Alasce. A przecież wiemy, że to rzecz tak niezwykła i przerażająca jak dowcipy Strasburgera w "Familiadzie". Potem, ni z gruchy, ni z jabłoni, gruba eskimoska zadusza jednego z polarników. Wyobraźcie sobie następującą scenę: Roseanne (ta z serialu) dusi mężczyznę, śmiejąc się jakby ją ktoś po fałdach smyrał. Taki wymiar strachu i ohydy oferuje nam horror Fessendena.


Potem akcja nie zwalnia, bo i nie ma jak, skoro od dobrych czterech dni stoi w miejscu. W końcu okazuje się, że za wszystkim stoją duchy, obudzone zbezczeszczeniem ich szczątków. Jak można bezcześcić szczątki na pustkowiu? Ano wydobywając ropę, bo przecież ropa powstała z pozostałości po pradawnych zwierzętach. A czego dokładniej są to duchy? - zapyta ktoś. Radzę się teraz trzymać foteli - to są duchy stada szablozębnych reniferów. Które z jakiegoś powodu i jakimś cudem wywołują moczenie nocne Pearlmana i katastrofę samolotu. Dlaczego? Bo tak.




Czas sprecyzować, co dokładnie mam przeciwko "The Last Winter", bo w tym momencie może się wydawać, że w gruncie rzeczy to fajowa zabawa w stylu późnego Eda Wooda. Oto pięć kardynalnych grzechów produkcji Fessendena. Po pierwsze: film toczy się wolniej niż procesy w polskich sądach. Można usnąć zanim wydarzy się cokolwiek wartego uwagi. Po drugie: jest nachalnie moralizatorski, jeśli chodzi o ekologię. Po trzecie: fabuła nie ma żadnego sensu, wydarzenia są niepowiązane, nie ma logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego, a bohaterowie zachowują się irracjonalnie, nawet biorąc pod uwagę ich sytuację. Po czwarte: każda co do jednej postać jest pozbawiona wyrazu, pusta, identyczna z pozostałymi. I wreszcie po piąte: w końcówce film nagle zmienia się w obraz katastroficzny. Chyba, bo najwyraźniej zabrakło pieniędzy na dokończenie ujęcia i wszystkiego trzeba się domyślać. A z tego, co widać, bohaterka może znajdować się równie dobrze pośrodku Alaski, jak i w centrum Nowego Jorku.


Jeśli macie możliwość kupienia "The Last Winter" na DVD po okazyjnej cenie i we wspaniałym wydaniu - nie róbcie tego. To strata pieniędzy, czasu i materiału, który wykorzystano do produkcji płyty. Film nie doczekał się dystrybucji kinowej w Polsce - i nikt nie powinien się temu dziwić.


Ocena 1/10


OSTATNIA ZIMA


Rok i kraj produkcji: 2006 / USA / Islandia
Czas trwania: 101 minut

Reżyseria: Larry Fessenden
Scenariusz: Robert Leaver, Larry Fessenden
Muzyka: Jeff Grace
Zdjęcia: Magni Agustsson

Obsada:
Ron Perlman   .....Ed Pollack
Connie Britton   .....Abby Sellers
James LeGros   .....James Hoffman
Zach Gilford   .....Maxwell McKinder
Kevin Corrigan   .....Motor
Pato Hoffman   .....Lee Means


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Michał Puczyński - MILITARY
Klub Miłośników Filmu
01.07.2008