Jaja w Bangkoku

Przy okazji premiery "Ostatniego zlecenia" (2008 r.) braci Pang, czyli nowej wersji filmu "Bangkok - Ostatnie zlecenie" (1999 r.) braci Pang, po raz kolejny polecą gromy w kierunku Amerykanów, którzy wolą zrobić nieanglojęzyczny film od nowa, po "amerykańsku", niż ściągnąć go do kin dorabiając angielskie napisy. Możliwych wyjaśnień tego stanu rzeczy jest kilka. Amerykanie nie potrafią czytać napisów, albo nie lubią słuchać obcych języków i patrzeć na obcokrajowców, albo kręcą swoje wersje zagranicznych hitów po to, by po kilku latach cały świat właśnie im zaczął przypisywać autorstwo tychże. Nie oszukujmy się, takie amerykańskie "Bangkok Dangerous", "The Departed", "The Ring" itd., poprzez rozbuchaną promocję, szeroką dystrybucję, gwiazdorskie obsady, a nawet Oscary, dotrą do znacznie większego grona odbiorców niż ich oryginalne, skośnookie wersje. Amerykańskie, fanatyczne rimejkowanie nie jest jednak chorobą dzisiejszych czasów, choć faktycznie to w ostatnich latach obserwujemy irytujące nasilenie tego procederu: "Quarantine", "The Eye", "Shutter", "Ring" - to tylko najświeższe przykłady. A w planach bój się Boga - "Old-Boy" Spielberga z Willem Smithem. Jakby Amerykanie chcieli koniecznie udowodnić, że DA SIĘ zrobić lepiej świetny film, nie dopuszczając do siebie natrętnej myśli i jakże oczywistej prawdy, że się NIE DA. Bo nie udało się zrobić ani lepszej "Ceny strachu" ani "Nikity". Oczywiście zdarzają się przypadki, gdy remake okazuje się filmem dobrym lub wręcz znakomitym - "Siedmiu wspaniałych" czy "Za garść dolarów" (tak, wiem, że nie amerykański) mogą to potwierdzić, ale nigdy nowa wersja nie przeskoczy klasycznego, udanego oryginału.
Nie pomaga nawet zatrudnienie do nakręcenia remake'u, reżysera oryginału. Przejechał się na tym Takashi Shimizu, którego amerykańska wersja "Ju-On" przerażała, ale nie w taki sposób jaki zaplanował sobie reżyser. Nie zraziło go to jednak i nakręcił remake "Ju-on 2". I wyszło jeszcze gorzej. Czym pachnie kręcenie jeszcze raz swojego filmu wiedział doskonale Luc Besson, który odmówił wyreżyserowania amerykańskiej wersji wspomnianej już w niniejszym tekście "Nikity". Jedynie Alfred Hitchcock nie przejechał się na nowej wersji własnego dzieła, tworząc nową, lepszą wersję swojego "Człowieka, który wiedział za dużo". Ale bracia Pang to nie Hitchcock, dlatego też dołączyli właśnie nie tylko do coraz szerszego grona twórców odpowiedzialnych za słabe remake'i, ale i wąskiego grona reżyserów, którzy próbując przeskoczyć samych siebie, przewrócili się i pościerali kolana.

O oryginalnym "Bangkok Dangerous" nie będę nudził, bo mogę śmiało podpisać się pod tym, co napisał w swojej recenzji kolega Fidel. A co bracia Pang oferują nam w nowej, amerykańskiej wersji? A nic. I na tym mógłbym zakończyć moją recenzję. Coś jednak napisać trzeba, nawet o "niczym". Choćby że nudne, że puste jak wydmuszka, że nieatrakcyjne wizualnie, że aktorsko niedorobione. Co się dzieje z Nicolasem "laureatem Oscara" Cage'em? Jego forma już nie zniżkuje, ona pikuje w dół ku wielkiemu BUM! Cage jest tak bardzo pozbawiony ekranowej charyzmy, że postać płatnego mordercy pasuje do niego mniej więcej tak, jak rola przedszkolanki do Roberta Englunda. Niedługo będzie się o Cage'u mówić tak, jak o naszym Małaszyńskim, o którym mówi się, że jest w Polsce tylko dwóch aktorów lepszych od niego - a obydwaj to Mroczkowie. W ogóle Nicolas Cage wrzucony w rzeczywistość Bangkoku, choć niby wie co robi, choć posiadł umiejętność zaobserwowania w tłumie kogoś podejrzanego (trzeba zobaczyć jego odbicie w jakimś przedmiocie! WOW!) pasuje do tego miasta, tego klimatu, jak kwiatek do kożucha. Poza tym bohater Nicolasa C. mówi i słyszy, w przeciwieństwie do swojego pierwowzoru z roku 1999. A dlaczego mówi i słyszy? Wyobraźmy sobie sytuację, w której Nicolasowi Cage'owi odbiera się głos. Można wówczas nie zatrudniać Nicolasa Cage'a, tylko zrobić jego makietę z tektury i przenosić ją na planie z miejsca na miejsce. Myślę, że zdałoby to egzamin. Z panią Czaderską-Hayek zdaje.
Największym zmartwieniem naszego bohatera nie jest to, czy uda mu się wykonać tytułowe ostatnie zlecenie i odejść niezauważonym. Największym problemem jest dla niego to, jak powiesić na ścianie obraz ze słoniem - trąbą w górę czy w dół. Jest tak niezdecydowany, że w końcu decyduje się obraz spalić. Dobrze, że nie zastanawiał się w którym miejscu podłożyć ogień - na początku czy na końcu trąby. Bohater Cage'a ma zresztą więcej problemów ze słoniem, na przykład nie wie gdzie włożyć banana, gdy stoi przed nim zwierzę z otwartą paszczą. Dobrze, że słoń nie stał do niego tyłem. 'Najfajniejszy' w całym filmie jest jednak motyw 'studenta', któremu nie wiedzieć dlaczego i po co, Cage zabójca przekazuje całą swoją zabójczą wiedzę, choć nie znajduje to żadnego rozwinięcia w dalszej części filmu. A jak mu przekazuje tę wiedzę? A śmiesznie. Najpierw są wymachy nożem przy lodówce, później strzelanie do arbuzów, kilka pompek, następnie instrukcja jak dostrzegać podejrzane postaci w tłumie i na koniec filozofia największa: "Nie pociągaj za spust... naciskaj nań" - koniec szkolenia, 'student' stał się perfekcyjną maszyną do zabijania, i to wszystko w kilkanaście sekund, dzięki magii montażu.

Jest jeszcze motyw z głuchoniemą aptekarką, która jest w dodatku brzydka. Nie potrafię powiedzieć czemu bohater Cage'a się w niej kocha, tak samo jak nie potrafię powiedzieć czemu ona kocha się w nim. Bohater Cage'a tak w ogóle, jest, że tak powiem niezdecydowany, to znaczy, działa trochę nieadekwatnie do sytuacji. Już tłumaczę o co biega. Gdy Cage ściga swój cel na motorze, wygląda tak drętwo, jakby wciąż jechał na tej samej lawecie, na której jeździł po planie "Twierdzy" udając, że kieruje samodzielnie. Zbliżenia bezlitośnie zdradzają, że Cage był tylko figurantem, nie kierowcą. Cały pościg jest powolny, brakuje mu jakiejkolwiek dynamiki i energii. Nudno i bez jaj. Za to gdy Cage jest na romantycznym spacerze z ukochaną brzydką, głuchoniemą Azjatką i za jej plecami zostaje zaatakowany przez dwóch kieszonkowców, zamiast ich obezwładnić ręcznie (przecież to umie!) rozwala ich strzałami z pistoletu z takim rozmachem, nerwem, szybkością i zaangażowaniem, że kawałki kieszonkowców lądują na plecach dziewczyny (sic!). Gdy ochlapana krwią głuchoniema, brzydka Azjatka patrzy z przerażeniem na to co zrobił Nicolas "zabójca" Cage, on w ramach wytłumaczenia... pokazuje jej odzyskany portfel, przybierając wyraz twarzy o nazwie "zraniona sarna". Tak fatalnie dobranej pary filmowych kochanków nie widziałem od czasów... od czasów...
...chyba nigdy nie widziałem.
Film jest wyprany ze wszystkiego, co świadczyło o niezłej jakości oryginału. Nie ma ekstrawagancji w pracy kamery, nie ma zabaw z montażem, z kolorami i dźwiękiem. Nie ma niczego - jak mawiał niedoszły prezydent Białegostoku. Wygląda to tak, jakby bracia Pang kręcąc dla USA remake swojego drapieżnego filmu, zgubili gdzieś własne jaja. Zniknęła gdzieś odważna, finezyjna forma znana z oryginału, a wielką dziurę po niej, starają się bracia Pang zatkać krwawymi scenami. Ale dłoń ucięta przez śrubę motorówki i bardziej krwawa (niż w oryginale) scena "co dwie głowy to nie jedna" w finale, nie robią żadnego wrażenia, bo nie towarzyszą im prawdziwe emocje. Nie lubimy żadnego z bohaterów, więc kim tu się przejmować? Wszystkie postaci są nieciekawe, wręcz papierowe, a jeden z gości jest wykonany z masła! Kule przechodzą przez niego z prędkością światła, dalej przez dno łódki w której leży (i która też chyba wykonana jest z masła), prują wodę pełną prędkością (!) i prawdopodobnie przebijają też dno rzeki i kulę ziemską na wylot - tak właśnie mocno i szybko strzela Cage jak jest wkurzony! Podczas seansu, abyśmy na pewno połapali się w tej banalnej historii, towarzyszy nam z offu głos Cage'a, objaśniający co teraz się dzieje i dlaczego tak się dzieje. Cage przypomina nam też do znudzenia swoje żelazne zasady, które w nieco innej formie słyszeliśmy już w "Transporterze". Nuda panie, oj nuda, i nic się nie dzieje...

Jak na film, który oferuje nic, czyli nie oferuje niczego, aż nadto się rozpisałem. Całość podsumuję w ten sposób: są filmy tak złe, że aż fajne lub tak złe, że aż kultowe - "Ostatnie zlecenie" należy niestety do grupy filmów tak złych, że szkoda słów, a to oznacza grupę bardzo, bardzo złych filmów. Stoi w tej grupie dumnie tuż obok "Ballistic" i "Wild Wild West". Nawet plakat promujący "Ostatnie zlecenie" jest niedorobiony. Palce prawej dłoni Cage ma ułożone tak, jakby trzymał w niej pistolet, którego graficy zapomnieli dorobić, natomiast lewą ręką sięga pod marynarkę, jakby czegoś szukał pod pachą... możliwe, że jaj zgubionych przez braci Pang.


wytwórnia - Blue Star Pictures, 2008
reżyseria - Oxide Pang Chun, Danny Pang
scenariusz - Jason Richman, Oxide Pang Chun, Danny Pang
zdjęcia - Decha Srimantra
muzyka - Brian Tyler
montaż - Mike Jackson, Curran Pang
scenografia - Arin 'Aoi' Pinijvararak, Witoon Suanyai
czas projekcji - 99 minut


Nicolas Cage
Shahkrit Yamnarm
Charlie Yeung
Panward Hemmanee
Nirattisai Kaljaruek
Dom Hetrakul
Tuck Napaskorn
Steve Baldocchi
James With


Joe
Kong
Fon
Aom
Surat
Aran
brat Konga
Michigan
Chicago


Autor recenzji: Rafał Donica - DUX | Klub Miłośników Filmu, 28 listopada 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA