Nie tak dawno, bo w roku 2003, Gus Van Sant pojawił się w Cannes z filmem, który w niecodzienny sposób przedstawiał rzeź mającą miejsce na jednej z amerykańskich uczelni. „Słoń”, opowiadając historię o makabrycznym wydźwięku, przytłaczał nas flegmatyczną narracją, wysmakowanymi ujęciami i ubogą listą dialogową. Ucieczka od dramatyzowania
i wzywania imienia Boga nadaremno, przedstawienie tragedii z pewnego dystansu, w sposób przemyślany i kameralny, a co za tym idzie niezwykle przekonywający, zapewniło Amerykaninowi Złotą Palmę. Oprócz niej, Van Sant otrzymał coś jeszcze – metkę reżysera, który zainteresował się problemami młodzieży i to nie w ten zdewaluowany, belferski sposób. Zamiast wołania o pomstę i szlochu nad biednymi istotami, które duszą się w „szklanych bańkach” produkowanych przez mass media, zdecydował się na próbę wniknięcia w psychikę nastolatka, spróbował go zrozumieć, a może nawet rozgrzeszyć. Cztery lata później reżyser spróbował powtórzyć sukces „Słonia”, przywożąc na Lazurowe Wybrzeże taśmę z „Paranoid Park”, który analogicznie do poprzednika koncentruje się wokół dojrzewającego człowieka i problemów, które stają mu na drodze ku dorosłości.
W przypadku „Paranoid Park” Van Sant nie opowiada własnej historii, ale przetwarza nowelę napisaną przez Blake’a Nelsona, który wydaje się być jego bratnią duszą, człowiekiem zajmującym w stosunku do nastolatków stanowisko analogiczne do reżysera. Jak mówi sam autor, pomysł na „Paranoid Park” nadszedł w nocy, kiedy leżał na łóżku wpatrując się w ciemne niebo za jego okiennicami. Wtedy miał też pomyśleć – „nastolatek, czuje się fatalnie [...] poczucie winy nie daje mu spokoju”. I właśnie to ciemne niebo będzie najlepszym wyznacznikiem klimatu i tematyki filmu. Przez morze czarnych chmur przebija w nim promień nadziei, który zapowiada pogodzenie się z samym sobą, katharsis i wykonanie kolejnego kroku ku dojrzałości emocjonalnej.
Van Sant adaptuje historię, która przytłacza w takim samym stopniu, co prawiący o masowym mordzie „Słoń”. Niemniej tym razem śmierć i poczucie winy staje się bardziej subiektywne aniżeli w przypadku bezsensownego zabijania na wzór bohaterów gier komputerowych. Z postaciami z filmu nagrodzonego w Cannes w pewnym sensie łączy bohatera „Paranoid Park” sprawa motywacji. Determinantą ich stylu życia jest bowiem ucieczka od samotności i alienacji, chęć przynależenia do grupy, która zastąpi dysfunkcyjną rodzinę, zapewni poczucie wspólnoty. W „Słoniu” dramat bohaterów akcentowany był pocałunkiem dwójki młodzieńców (heteroseksualnych) przed śmiercią. Wyruszając na pochód przez szkolne korytarze z całym arsenałem w zanadrzu wiedzieli, że nie będą mieli szansy na odwzajemnione uczucie do kobiety; pocałunek staje się jego substytutem.
W „Paranoid Park” ucieczką przed samotnością i niezrozumieniem są otoczone drucianą siatką tony asfaltu, ukształtowane przez społecznych odszczepieńców na tytułowy „skate park” – tam każdy jest równy i, jak mówi Alex, „każdy ma większe problemy od ciebie”.
Przez moment wydaje się, iż Van Sant idzie tropem Davida Lyncha i tworzy film opowiadający o fudze psychogennej, czyli o zjawisku polegającym na wyparciu traumatycznego przeżycia ze świadomości do podświadomości. Niemniej zachowanie Alexa powoli zaczyna utwierdzać nas w tym, iż o amnezji będącej naturalną obroną organizmu mówić nie można. Postawa nastolatka to raczej dojrzewanie do pogodzenia się z demonami przeszłości, a nie instynktowna ucieczka od nich. Nie jest więc „Paranoid Park” „Zagubioną autostradą” w wydaniu zdobywcy Złotej Palmy 2003’.
Aktorzy - z wyjątkiem Taylor Momsen, która powoli zaczyna wyrastać na kolejną amerykańską gwiazdkę – to w dużym stopniu amatorzy skompletowani dzięki popularnemu portalowi internetowemu MySpace. Może to i dobra droga, by na reprezentantów normalnych nastolatków wybierać ludzi, którzy odgrywają ich role na co dzień. Gabe Nevins (Alex), amator, wypada o niebo lepiej od względnie doświadczonej koleżanki, która, mimo roli epizodycznej, wydaje się nie pasować do mrocznego świata zainspirowanego widokiem ciemnego nieba.
Jeśli chodzi o formę, to jest ona typowa dla Van Santa. Ci, którym nie podobał się „Słoń”, których odrzucała kameralność i ekranowa anemia „Last Days”, po „Paranoid Park” nie mają co sięgać. Wszystko dzieje się powoli i zmierza do wielkiego rozwiązania. Elementy ważne dla rozwoju fabuły przeplatane są z tymi, które są zabiegami typowo estetycznymi. Przykładem mogą być tu wstawki kręcone na gorszej jakościowo taśmie, mające symulować nagrania tworzone przez środowisko skate’ów. Zdjęcia niejednokrotnie ewoluują w wysmakowane obrazy, a gwarantem ich jakości jest osoba Christophera Doyle’a, kojarzonego głównie z Wong Kar-Waiem i Zhangiem Yimou (reżyser „Hero”). Wszystko uzupełnione jest klimatyczną muzyką, która – w moim subiektywnym odczuciu – w wielu momentach traktowana jest jako środek zapobiegawczy dla nudy i drzemki, które to z kolei mogą nadejść w momencie, gdy Van Sant raczy nas kolejnym długim i wyrafinowanym ujęciem.
„Paranoid Park” to psychoanalityczna podróż w głąb duszy młodzieńca, który stoi na granicy dojrzałości. Podróż do świata, w którym rodzina traci swe osobotwórcze znaczenie, a prawdziwej więzi poszukuje się na brudnych ulicach, wśród ludzi, którzy myślą podobnie jak ty. To traktat na temat winy i sumienia, samotności i budującej siły przyjaźni zarazem. Nie jest on jednak dla każdego. By zauważyć jego walory, musimy docenić warsztat Gusa Van Santa, a ten do przystępnych i przyjemnych ostatnimi laty raczej nie należy. Przeciwnikom Amerykanina radzę sięgnąć po powieściowy pierwowzór, bo „Paranoid Park” to naprawdę świetna historia.
Tytuł: Paranoid Park
Rok produkcji i czas trwania: 2007, USA, Francja, 86 minut
Reżyseria: Gus Van Sant
Scenariusz: Gus Van Sant na podstawie noweli Blake'a Nelsona
Zdjęcia: Christopher Boyle
Wystąpili: Gabe Nevins, Taylor Momsen, Daniel Liu, Winfield Jackson,
Lauren McKinney
 | | |
Autor recenzji: Filip Jalowski - FIDEL Klub Miłośników Filmu, 13
czerwca 2008 |
|  |
| | |
|