Strona główna KMF

"Owen Meany był cudem"
John Irving





    To, że świat jest do dupy nie jest dla nikogo tajemnicą. Jeżeli ktoś uważa naszą niebieską kulkę za miejsce wiecznej szczęśliwości to chyba nigdy nie wychodził poza swoją doniczkę i wie o reszcie świata tyle co rzeżucha. Z dnia na dzień dobiegają nas informacje o coraz to gorszych rzeczach jakie jeden człowiek jest w stanie uczynić drugiemu. Matki duszą niemowlęta, księża gwałcą ministrantów, wybuchają bomby na środku parkingów, co bardziej przedsiębiorczy ładują kilka samolotów w zatłoczone budynki. Bibliofile narzekają, że zanika wśród ludzi umiejętność i chęć czytania. Moim zdaniem zanika coś więcej, ludzkie współczucie i chęć niesienia pomocy. Nikt nie wymaga żeby od razu zamieniać się w Matkę Teresę z Kalkuty, ale jakąś wrażliwość na ból innych powinniśmy w sobie zachować. Tymczasem z każdą godziną świat zmusza nas do budowania wyższego i grubszego muru wokół siebie. Świat, czy może my sami?...



    Trevor McKinney wpadł na genialny pomysł odrodzenia w ludziach pokładów dobra. Schemat działania jest identyczny jak w znanych nam wszystkim piramidach finansowych, ale nie o pieniądze tu chodzi. Tym razem walutą jest nasze sumienie i zaufanie. Musimy zaufać innym, ale przede wszystkim zaufać samym sobie. Uwierzyć, ze jesteśmy zmienić świat pomagając jednej osobie. Dostrzec sens w swoim działaniu nawet jeśli pozornie wydaje się nam ono mniej ważne od splunięcia. Trevor zaczął swój plan właśnie od człowieka, który nic dla nikogo nie znaczył. Zaufał bezdomnemu narkomanowi, dał mu szansę na rozpoczęcie nowego życia w takim stopniu w jakim może to zrobić jedenastoletni chłopiec.



    Ten film to opowieść o podnoszeniu się z upadku, zarówno materialnego jak i umysłowego. Jerry jest ludzkim odpadem i tak o sobie myśli. Nie oczekuje już niczego dobrego od życia, każdą szansę na przeżycie kolejnego dnia traktuje jako igraszkę losu i korzysta z niej nawet gdy ma ona postać dziecka. Pogrążony w nędzy i nałogu nie szuka drogi ucieczki do lepszego życia. Po prostu nawet nie próbuje dostrzec takiej możliwości. Gdy spotyka Trevora blokada w umyśle Jerry'ego zostaje złamana. Na mocy układu z chłopcem chce zmienić siebie i pomóc innym. Chwilowe załamanie silnej woli, z punktu widzenia Trevora dowodzące porażki, nie spycha Jerry'ego z nowej drogi. Co więcej znajduje on w sobie siłę by wziąć na siebie odpowiedzialność za życie kobiety, którą odwodzi od zamiaru popełnienia samobójstwa. O takim zobowiązaniu Trevor nawet nie myślał, ale jest odwieczne prawo, szczególnie kultywowane w krajach gdzie pozostały jeszcze stare tradycje, według którego stajemy się odpowiedzialni za życie uratowanego człowieka. Jerry, prawdopodobnie nieświadomie, zgodził się przyjąć ten obowiązek. Jestem pewien, że wywiązał się z niego doskonale. Uwierzył we własne możliwości i zaczął żyć w świecie, a nie poza nim. A to oznacza przyjmowanie wszystkich wiążących się z tym faktem praw i obowiązków.



    Machina zaczęła działać chociaż Trevor jeszcze nic o tym nie wiedział. Z jego punktu widzenia zawiódł, nie był wystarczająco silny by zmienić świat. To okrutne, że dzieci muszą myśleć w ten sposób i przeżywać takie rozczarowania. Na tym właśnie polega degeneracja naszej cywilizacji. Na najmłodszych spadają najgorsze obowiązki, odpowiedzialność za błędy rodziców, dla których bardzo często są po prostu pionkami w wojnach domowych. To co przydarzyło się Eugene Simonetowi nie jest odosobnionym przypadkiem, nie trzeba się wiele wysilać żeby przeczytać w gazecie o krwawych skutkach pijackich libacji. Ojciec jako opiekun, powiernik i przewodnik po trudnym okresie dorastania i wchodzenia w dorosłość praktycznie nie istnieje. Coraz częściej jest po prostu osobą, która śpi z matką w łóżku, siedzi przed telewizorem i pije piwo. Coraz częściej wyładowuje swoje frustracje na rodzinie, przemocą odbijając sobie swoje przegrane życie. Coraz częściej po prostu go nie ma...



    Ten film to opowieść o strachu przed uczuciami. Eugene Simonet doświadczył straszliwej rzeczy w dzieciństwie i to od ojca, osoby która powinna chronić a nie krzywdzić. Teraz żyje zgodnie z rozkładem, który sam sobie wyznaczył i trzyma się go ze wszystkich sił. Jest w nim miejsce na punktualne rozpoczęcie zajęć, zakupy, porządki domowe. Zawsze towarzyszy mu ulubiona i bardzo dobrze znana muzyka, koszule zawsze są tak samo starannie wyprasowane. Twardo wprowadzona w życie rutyna daje mu poczucie ładu i bezpieczeństwa. Każda rzecz i czynność ma swój czas i miejsce. Z powodu oszpeconej bliznami twarzy ciągle ma wrażenie, że spojrzenia kierowane w jego stronę niosą ze sobą kpinę i pobłażliwość, albo czystą ciekawość, nieczułą i niewrażliwą. Reszta śladów po poparzeniach skrzętnie jest ukrywana pod koszulami z długim rękawem i marynarką. Simonet prawdopodobnie od czasu wypadku nie pozwolił żadnej kobiecie spojrzeć na swoje ciało. Boi się, że uciekną z krzykiem lub co gorsza skrzywią się z obrzydzeniem. Mimo iż jest bardzo inteligentny i umie sobie radzić w życiu czuje się gorszy, kaleki, nie wart zainteresowania innego niż ciekawość potwora jakim się czuje.



    Arlene McKinney również ma za sobą ciężkie dzieciństwo. Jej matka wpadająca w coraz większy alkoholizm doprowadziła córkę niemal do życia na ulicy. Pozwalała również by mężczyźni, z którymi piła i sypiała maltretowali Arlene. Te wydarzenia doprowadziły do zupełnego zerwania więzi pomiędzy nimi. Arlene wyszła za mąż za Ricky'ego, brutala, który wyżywał się na niej podczas ataków pijackiej agresji. Każde niepowodzenie życiowe, każdą chwilę gdy wydaje się jej, że zawiodła jako matka i kobieta Arlene topi w wódce. Pomimo obietnic składanych synowi nie potrafi sobie poradzić z nałogiem. Pragnie by ktoś jej w tym pomógł, by mogła się na nim oprzeć w trudnych chwilach, ale jednocześnie boi się zaangażować. Ricky wraca co jakiś czas do domu składając przyrzeczenia poprawy i ona go przyjmuje. Chce mu wierzyć żeby wreszcie nie być zdaną tylko na siebie. Ale Ricky nie daje jej wiele czasu na odpoczynek i po kilku dniach piekło się powtarza, a mąż znika. A Arlene zostaje sama z kilkoma zamelinowanymi przed Trevorem butelkami.



    Gdy dochodzi do spotkania tych dwojga ludzi widzimy jak trudne jest dać się pokochać. Oboje pragną kochać i być kochanym, ale nauczeni przykrymi doświadczeniami tłumią w sobie te uczucia. Gdy jedno robi krok w przód, drugie cofa się. Gdyby nie Trevor usilnie próbujący doprowadzić do ich spotkania i ujawnienia swoich uczuć i pragnień, prawdopodobnie skończyłoby się na niczym. Każde z nich żałowałoby takiego obrotu sprawy, ale nie mieliby odwagi odsłonić się. Opuszczenie gardy grozi kolejnymi ranami, na to nie mogą sobie pozwolić. Każdy ma jakieś granice wytrzymałości, nie można ryzykować ich przekroczenia. Tak jest lepiej, bez ryzyka, bez poczucia odrzucenia. Po prostu powiedzieć sobie "Stop! To nie dla mnie, nie jestem tego warty". Serce się uspokoi, rozum szybko znajdzie plusy i minusy, przetworzy na kod binarny i pozbawi podstaw do żałowania. Najlepiej jest być samotną wyspą, obserwować innych z daleka, ograniczać interakcję do minimum. Wtedy nic nie boli, nie ma zagrożenia, wszystko toczy się gładko...



    "Niektórzy chyba przywykli do obecnego stanu rzeczy... i trudno im... się zmienić. Poddają się. No, a wtedy wszyscy... Wszyscy tracimy."



"Trevor McKinney był cudem"
Marek 'markos' Grabka







AUTOR TEKSTU:
Marek Grabka - MARKOS
      markos@poczta.fm