Strona główna KMF


Film "Pearl Harbor" to jakby nie patrzeć, wielkie wydarzenie i niewątpliwie jako pierwszy film Michaela Baya przejdzie do prawdziwej historii kina!


Dzielni Amerykanie
Love Story (?)
...Efekty specjalne!

   P
oprzednik obrazu Michaela Baya; "Tora! Tora! Tora!" - film opowiadający z dokumentalną dokładnością o wydarzeniach z 7 lipca 1941, do dziś robi wielkie wrażenie niesamowitymi scenami nalotu Japończyków na port w Pearl Harbor. Podczas kręcenia "Tora! Tora! Tora!" nie było jeszcze efektów komputerowych, a wszystko zostało zrealizowane przy wykorzystaniu prawdziwych maszyn, tudzież makiet (słynna scena lądowania B-17 z uszkodzonym podwoziem). W filmie nie było wyrazistych bohaterów, a całość akcji skupiała się jedynie na wiernym (i biernym) przedstawieniu tamtych wydarzeń. Widz nie miał szansy na głębsze odczucia; nie było postaci, z której przeżyciami mógłby się identyfikować. Ten błąd postanowił naprawić Michael Bay wespół z Jerrym Bruckheimerem (twórcy takich megahitów jak "Twierdza" czy "Armageddon"), a we wszystkim pomógł im Randall Wallace pisząc scenariusz przeszło trzygodzinnego filmu, oraz Hans Zimmer - twórca (jak przystało) pompatycznej muzyki. Rafe McCawley (Ben Affleck - "Armageddon", "W pogoni za Amy") od dzieciństwa przyjaźni się z Danny'm Walkerem (Josh Hartnett) - połączyła ich wspólna fascynacja; latanie. Po latach, obaj są już doświadczonymi pilotami gotowymi do walki z wrogiem. Rafe zakochuje się w pielęgniarce Evelyn (Kate Beckinsale) i w niedługim czasie postanawia zostawić zarówno ją, jak i Danny'ego i udać się do Europy, gdzie będzie chciał wykorzystać swoje umiejętności i sprawdzić się w walce z wrogiem. Tymczasem oddział Danny'ego i grupa pielęgniarek (z Evelyn na czele oczywiście) zostają przeniesieni do Portu Pearl Harbor. Gdy do Evelyn dociera wiadomość o tym, że Rafe został zestrzelony... wpada w ramiona Danny'ego. Po kilku miesiącach Rafe jednak wraca (wyłowił go z morza francuski kuter) i... zaczyna się nalot Japończyków na Pearl Harbor. I właśnie tu rozpoczyna się to, na co czeka się przez półtorej godziny seansu. Dziesiątki japońskich maszyn w majestatycznych ujęciach zbliża się do celu. Nieistotne jest, że większość ujęć zrealizowano na komputerach (wszak Bay miał do dyspozycji tylko jeden oryginalny egzemplarz ZERO, oraz kilka jego replik). W ciągu kilku sekund Pearl Harbor zamienia się w piekło na ziemi. Japończycy zrzucają torpedy, bomby i strzelają do marynarzy, pilotów i pielęgniarek pociskami smugowymi (ludzie giną w jeszcze bardziej realistyczny i widowiskowy sposób niż w "Szeregowcu Ryanie") Ekran aż kipi od eksplozji, ognia i paniki jaką wywołały japońskie bombowce i myśliwce wśród niczego się nie spodziewających załóg dokujących w porcie okrętów. Szczególnie zapada w pamięć scena, gdzie kamera podąża za bombą, która nieubłaganie zbliża się do pokładu "Arizony"... Wreszcie zaczyna się powietrzna walka między P-40 Tomahawk (maszyny Amerykanów) a japońskimi (głównie) ZERO. Wszystkie sceny batalistyczne ogląda się z zapartym tchem; czegoś takiego jeszcze na ekranie nie widzieliśmy. Widz czuje się jakby był wewnątrz wydarzeń; przerażony, zaskoczony i siłą rzeczy wgnieciony w kinowy fotel (z wrażenia!). Całość zrealizowano przy pomocy szybkiego i ostrego montażu, do jakiego przyzwyczaił nas Bay; nie zabrakło też słynnej "drżącej kamery" - szczególnie podczas walki Rafe'a z Messerschmittami.





  



   Aby móc ochłonąć po opisach strony jak najbardziej technicznej filmu, oraz sprowadzić widza na ziemię, należy wymienić kilka wad/minusów nowego obrazu Michaela Baya. Przede wszystkim po macoszemu potraktowano stronę japońską; sceny i dialogi z ich udziałem wyglądają jak napisane "na kolanie" i z konieczności. W "Tora! Tora! Tora!" dialogi były bardziej rozbudowane i nie ograniczały się do prostackiego: "Niedługo zaatakujemy Pearl Harbor", "Dodamy do torped drewniane pływaki", czy "Wyślemy fałszywe komunikaty, to zmyli Amerykanów". Nie wiem czemu, ale czuć tu wielką skrótowość i dosłowność. Na minus filmu przemawia też (jak to zwykle ma miejsce w produkcjach Bruckheimera) wszechobecny idealizm (standardowo powiewająca amerykańska flaga wypełniająca cały ekran) oraz teksty w stylu; "Nie ma to jak duch ochotnika", "Gdy patrzę na naszych chłopców wiem, że wygramy tę wojnę", opcjonalnie "Może przegramy tę bitwę, ale wygramy wojnę". Fakt faktem, że to film zrobiony przez Amerykanów, a im ciężko powstrzymać się przed wynoszeniem własnego narodu na piedestał i, choć dostali w Pearl Harbor "w skórę", film został tak skonstruowany, że dzielny naród amerykański i tak wychodzi na większych bohaterów, zdolnych do poświęceń (ale to Japończycy znali prawdziwe znaczenie słowa: "poświęcenie" - wystarczy wspomnieć pilotów samobójców znanych jako Kamikadze "Boski wiatr", którzy uderzali własnymi maszynami we wrogie okręty, by w ostatnich chwilach życia, wyrządzić wrogowi jeszcze więcej szkód). Co do wątku romantycznego, został on naprawdę nieźle "zakręcony" i chwilami potrafi wzruszać, i choć zanadto przypomina swoją zawiłością motywy znane z telenowel, to trzeba przyznać, że nie sprawia wrażenia wplecionego do filmu "na siłę". Dla mnie osobiście najbardziej wzruszającym fragmentem filmu była scena, gdy Danny zabiera Evelyn na podniebną randkę o zachodzie słońca... piękny motyw. Ogólnie mówiąc, "Pearl Harbor" to kawał świetnego kina; wielka historia miłosna (choć nie wzrusza tak, jak Jack i Rose z "Titanica"), trochę historii (oczywiście potraktowanej tylko jako szkielet filmu, lecz bez większych przekłamań) i na pierwszym miejscu niesamowite, nowatorskie i niespotykane dotąd efekty wizualno/ dżwiękowe. Właśnie dla dwóch ostatnich powodów (efekty specjalne i dźwięk) NALEŻY "Pearl Harbor" obejrzeć w kinie, i to w kinie z bardzo dobrym nagłośnieniem (nigdzie indziej nie usłyszymy tak pięknego odgłosu silników przelatujących myśliwców). Tak więc, zarówno wielbiciele jak i przeciwnicy kina uprawianego przez spółkę Bay/Bruckheimer powinni wybrać się do kina; przede wszystkim jednak (co słyszy się niestety w większości opinii) właśnie dla scen batalistycznych. "Pearl Harbor" to bez wątpienia najlepszy film Michaela Baya (marzeniem reżysera było ponoć właśnie "przebicie" widowiskowością własnego "Armageddonu"). Aktorzy spisali się dobrze, grając zwykłych ludzi uwikłanych w krwawe i dramatyczne wydarzenia; ludzi, z którymi można się identyfikować, a co za tym idzie... lepiej przeżywać film.



 




   UWAGA SPOJLER!!!
   (czyli świadome zdradzenie zakończenia filmu!)
Oglądając film, w mojej głowie wytworzył się pewien koncept idealnego zakończenia. Byłem wręcz pewien, że podczas powietrznej walki z Japończykami, Rafe w jakiś sposób poświęci swoje życie ratując Danny'ego (mogło to być na przykład celowe uderzenie w japoński myśliwiec, który chciał zestrzelić Danny'ego lub coś w ten deseń). Później, powinniśmy zobaczyć scenę, w której Danny i Evelyn mają synka, któremu dają na imię Rafe właśnie. Byłoby w tym coś romantycznego; Rafe, nieszczęśliwie zakochany, poświęcający mimo to życie dla ratowania przyjaciela. Stało się jednak inaczej; na siłę wpleciono wątek nalotu Amerykanów na Japonię i śmierć Danny'ego, który ginie ratując życie Rafe'a.... Nie wiem jakie były odczucia innych widzów, ale według mnie, to właśnie Rafe (wzorem Jack'a z "Titanica") powinien był umrzeć, dzięki czemu zakończenie byłoby na pewno bardziej wzruszające i... ciekawsze!
   KONIEC SPOJLERA!!!


Zobacz także RECENZJĘ "Pearl Harbor", której autorem jest DESJUDI





Tytuł: "Pearl Harbor"
Produkcja: USA 2001
Reżyseria: Michael Bay
Producent: Jerry Bruckheimer
Michael Bay
oraz Janet Lewin
Scenariusz: Randall Wallace
Muzyka: Hans Zimmer
Zdjęcia: John Schwartzman
Występują: Ben Affleck
Josh Hartnett
Kate Beckinsale
Alec Baldwin
Dan Aykroyd
Jon Voight
Tom Sizemore
Cuba Gooding Jr.
Czas trwania: 180 minut






SZYBKA OCENA +/-
- Efekty specjalne
- Dźwięk
- Za długi... zdecydowanie za długi


OCENY I KOMENTARZE KLUBOWICZÓW:

DUX 8/10 - (Wątek melodramatyczny całkiem całkiem, jednak ja czekałem tylko i wyłącznie na sceny batalistyczne, które w końcu nadeszły. I co? SZOK! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem (mówię szczerze!). Dosłownie wszystko bylo chwilami tak realne jak w "Szeregowcu Ryanie" o ile nie realniejsze. Największe wrażenie zrobiły na mnie ujęcia, w których ludzie uciekali, a Japończycy kosili ich jak na strzelnicy (kule uderzające o ziemię, tumany kurzu i ludzie dziurawieni jak kaczki). Do tego należy dodać REWELACYJNE efekty specjalne, czyli wszelakie podniebne pojedynki, samoloty, trafiane torpedami i bombami statki (Super scena zatopienia "ARIZONY"!!!) Ale co mnie urzeklo najbardziej, to DŹWIĘK!!!!!!!!!!! Szczególnie w przypadku ujęć z przelatującymi bądź nadlatującymi samolotami - po prostu szczęka opada!!! Nie zabrakło oczywiście słynnych zdjęć z DRGAJĄCEJ KAMERY - aż czuć klimat produkcji Bruckheimera)
OFIRKA 8/10 - (Nie zawiodłam się. Nie dłużyło mi się ani przez minutkę, sceny lotów, całkiem konkretne poczucie humoru, realizm destrukcji, szok... W pamięci pozostala mi poduszka do igieł w kształcie wypiętego Hitlera. Rzeczywiscie żałosna była scena powstania prezydenta... Ale wspaniale sie bawiłam i jestem zadowolona.)
LOCUTUS 8,5/10 - (Najważniejszym punktem filmu jest, oczywiście, atak na Pearl Harbor. Został on przedstawiony obłędnie! Kapitalne efekty, wybuchy, dynamika etc. skladają się na jeden z najbardziej widowiskowych (przynajmniej dla mnie) momentów w historii kina. Najbardziej zabija oczywiście moment spuszczania bomby, w którym kamera podąża za nią nawet gdy ta przebija kolejne pokłady statku... coś niesamowitego! film dobry, a w momencie nalotu rewelacyjny! Aż strach pomyśleć jakby wyglądał, gdyby planowanego 205-milionowego budżetu nie zmniejszono do "jedynych" stu czterdziestu paru milionów...)
GLOVA 8/10 - (Byłem wczoraj na "Pearl Harbor". Szedłem jakoś tak z mieszanymi uczuciami, a tu proszę - jeden z lepszych filmów tego roku! Faktem jest, że sceny walk kopią po jajach i jest to ewidentny majstersztyk w dziejach kina. Zdziwiła mnie zgodność z wydarzeniami z historii. Najbardziej opadła mi szczęka, kiedy dowiedziałem się, że naprawdę dwóch pilotów na kacu i w tych śmiesznych koszulinach zestrzeliło 7 japonskich myśliwców, a na koniec dostali za to odznaczenia! Szczerze mówiąc podczas oglądania myślałem, że to jakis przekręt, a tu proszę; najczystsza prawda. Wersja DVD bedzie IMHO najlepszym wydaniem na ten nośnik. Mam nadzieję, że będzie DTS i pewnego dnia wysadzę sasiadów w powietrze :))
DESJUDI 5/10 - (Kicz Kicz Kicz! Patos i groteska i jezcze raz kicz... wszystko cudownie idealne, postacie nieskazitelnie piękne... pełne toto miłości dla ojczyzny... ale scena ataku na Pearl Harbor robi przeolbrzymie wrażenie!!!! Od czasów "Szeregowca Ryana" nie widziałem scen które by w fotel wciskały... siedziałem na fotelu kinowym i mi szczena w dół opadła podczas ataku na okręt wojenny "Arizona"!!! To trzeba zobaczyć koniecznie w kinie!!! Ktoś kiedyś napisał na Forum, że oglądał film na DIVx... ale teraz jeszcze mocniej pytam się "po co?", skoro oglądanie na małym ekranie takiej sceny traci na wartości co najmniej 90%!!! W ogóle film jest pocztówkowy, bardzo nagięty i kiczowaty... ale ten atak na Pearl Harbor... wciska w fotel, naprawdę... Więc marsz do kina, ale wyłącznie po to, by zobaczyć owe sceny - resztę wyrzucić na zbity pysk bo jest żałosne...)
SOLO 6/10 - (Film mi się spodobał. Przede wszystkim - sceny batalistyczne. Czegoś tak wspaniałego, wybuchowego, dynamicznego i pięknego nie widziałem od czasu bitwy o Endor w "Return Of The Jedi". Szczęka wali w podłogę i toczy się gdzieś tam pod fotelami. Do tej chwili mam przed oczami japońskie myśliwce ZERO prujące pomiędzy płonącymi i wybuchającymi amerykańskimi okrętami, waląc do wszystkiego co się rusza pociskami smugowymi, a kamera pędzi za nimi. Miód dla oczu! Film niestety nie ustrzegł się sporej dawki patetycznych scen, gadania o ojczyznie itp, machania flagą amerykańską itd. Bardzo to razi, a naprawdę, bez tego byłoby o niebo lepiej (szczególnie zapadła mi w pamięć scena, kiedy prezydent pokazuje, że jak się bardzo chce, to można - to naprawdę było żałosne). Do tego sprawa wątku romansowego - to wszystko jest w sumie mocno przesłodzone (zwłaszcza pod koniec filmu), a sam finał i ostatnie ujęcie to po prostu lukier z bitą śmietaną - każdego może zemdlić. Gdyby poziom całego filmu dorównał scenom batalistycznym, po raz pierwszy od wielu, wielu lat dałbym ocenę 10/10. Już teraz nie mogę się doczekać na wydanie DVD, które dla samych scen walk kupię na pewno.)





Poniżej jako ciekawostkę, publikuję zdjęcia z "Tora! Tora! Tora!" gdzie najważniejszymi scenami było "kasowanie" przez Japończyków, (stojących na pasach startowym) amerykańskich samolotów. KLASYKA!

 
 
 
 

Zdjęcia w niniejszej recenzji pochodzą z:
- trailera telewizyjnego "Pearl Harbor" (zrzutki)
- miesięcznika "CINEMA" (scany)
- serwisu "STOPKLATKA"
- filmu "Tora! Tora! Tora!" (zrzutki)


AUTOR RECENZJI:
Rafał Donica - DUX
      dux@film.org.pl