Człowiek - nie brzmi dumnie???
Pisząc o filmie "Piętno" nie sposób nie zacząć od tego, że już dawno w polskich kinach
nie było obrazu, który zapowiadałby się aż tak ciekawie, żeby nie użyć słowa "apetycznie".
Po pierwsze: w rolach głównych Anthony Hopkins i Nicole Kidman, a więc dwie naprawdę
wielkie osobistości współczesnego kina. Aktorzy nietuzinkowi, posiadający własny styl,
znakomity warsztat aktorski, a przede wszystkim nazwisko gwarantujące pewien poziom
filmu jako całości. Po drugie: za kamerą zasiadł Robert Benton, reżyser zakurzonej już nieco
"Sprawy Kramerów". Wszystkie powyższe czynniki plus wygrzebany przez dystrybutora i umieszczony na plakatach cytat, zaczerpnięty z dziennika USA Today, stwierdzający , iż "Piętno" utrzymane
jest w klimacie "niepokojąco erotycznym", sprawiają, że do kina iść po prostu wypada.
Zabiegi marketingowe okazały się więc co najmniej skuteczne. Jak to jednak z każdą
reklamą bywa, prędzej czy później przychodzi czas na jej weryfikację...
Głównym (aczkolwiek nie najważniejszym) wątkiem scenariusza jest tutaj średnio
intrygujący romans. Bo też nie romans ma w tym filmie intrygować. Widzimy więc starszego,
owdowiałego profesora wykładającego literaturę klasyczną oraz pochodzącą z dobrego
domu, rezolutną dziewczynę. On - wyrzucony z uczelni za rzekomo rasistowskie
przekonania. Ona - zmuszona do ucieczki, osaczona kobieta po przejściach. On - nad wyraz
spokojny. Ona - aż nazbyt ognista. Oboje "naznaczeni". Odrzuceni przez społeczeństwo. I to
właśnie ich jedyna wspólna cecha.
Jeśli ktoś oczekiwałby wspaniałej historii o przyciąganiu się przeciwieństw lub też poematu
traktującego o granicach poświęcenia w imię miłości, to odsyłam na przykład do obrazów
Almodovara. W tym filmie bowiem - istotnie - romansu jest co nie miara, stanowi on jednak
tylko tło. Jest pewnym "środowiskiem życia" bohaterów. "Środowiskiem", gdzie ożywają
nagle zupełnie inne problemy. Kontrowersyjny romans młodej sprzątaczki i starszego
profesora jest jedynie katalizatorem mającym pomóc najpierw Philipowi Rothowi -
autorowi książkowego pierwowzoru, a później Robertowi Bentonowi - reżyserowi filmu, w
wiarygodnym postawieniu pewnej społecznej diagnozy. Rzekomej miłości dwojga bohaterów
w filmie bowiem nie widzimy. Obserwujemy tylko gesty. Obserwujemy wzajemną
fascynację. Obserwujemy wreszcie seks. Mimo to pomiędzy Hopkinsem a Kidman nic "nie
iskrzy". To postacie nieco statyczne, do pewnego momentu wręcz zamknięte w sobie. Nie
jest to więc też, jak się można domyślać, szczególnie dobry materiał na jakieś wybitne
kreacje aktorskie. Hopkins gra jak zwykle, czyli dosyć oszczędnie (co oczywiście jest jego
zaletą). Kidman po raz kolejny zmienia się nie do poznania. I mimo że wypada w swej roli
dość wiarygodnie, tym razem jednak nie opanowuje swoją kreacją całego ekranu, jak to
miało miejsce w kilku poprzednich filmach. Jest to nie tyle wina Kidman, co raczej
scenariusza. Scenariusza stawiającego bardziej na pracę zespołową, niż będącego polem do
popisu dla jednego aktora.
Zupełnie obok fabuły istnieje w tym filmie jeszcze jeden, szczególnie ciekawy wątek.
Ilekroć na ekranie pojawia się radio, telewizor, bądź inne medium, zawsze słyszymy w tle
komentarze dotyczące "afery rozporkowej" z niejakim Billem Clintonem w roli głównej.
Akcja filmu toczy się bowiem w momencie, gdy szczegóły prezydenckich ekscesów dopiero co
przedostały się do mediów. Jasne było już wtedy, że nad szanowanym dotychczas przywódcą USA
ciągnąć się będzie przez długie, długie lata etykietka "prezydenta napaleńca". W ciągu
jednego dnia przestały liczyć się zasługi Clintona na polu polityki. W ciągu jednego dnia
zszargane zostało jego dobre imię. W ciągu jednego dnia przekleństwem prezydenta stała się
tania, zaplamiona sukienka. Słowem - jakkolwiek infantylnie by to nie brzmiało - Bill
Clinton został naznaczony piętnem.
Tak to już chyba jest, że ludzie nie chcą pamiętać "człowieka". Społeczeństwo woli
pamiętać cechę. Wydarzenie. Społeczeństwo kocha gesty, łatwe prawdy, dobrze
przyswajalne fakty. I tak Niemen zawsze będzie tym enigmatycznym wokalistą
śpiewającym o "dziwnym świecie", a nie artystą, wiecznym poszukiwaczem i
eksperymentatorem. Jan Paweł II zostanie w świadomości milionów rodaków bardziej
Polakiem, "dobrym wujkiem", niż szerzycielem trudnych i niewygodnych idei. Przykłady
można mnożyć. I smutnym jest to, że ludzie nie zapamiętają nas za to, jakimi byliśmy, a
raczej za to, jakimi zdawaliśmy się być. Smutne jest, że za kilkadziesiąt lat mówić będzie
już tylko nasze "piętno", a nie MY - w najbardziej realnym i prawdziwym sensie tego słowa.
A wykorzystując już do granic możliwości powyższą teorię - odwołując się do samej
definicji człowieka - można wysnuć ciekawy wniosek, że pewne indywidualne piętno jest obecne w
każdym z nas. Być może gdzieś w najciemniejszym zakamarku ludzkiej duszy kryje się coś,
czym po prostu dzielić się nie chcemy. A jednocześnie coś, co zawiera pewną bolesną
prawdę o nas samych. Piętno człowieka, wrodzona skaza lub rys charakterologiczny - jak kto
woli. Żyjemy z naszym piętnem, pielęgnujemy je i chronimy przed światem. Być może jest
ono bardzo konkretne, a być może sami nie umiemy go zdefiniować. Być może tak jak
profesor Coleman Silk nienawidzimy swojej skazy? Być może od niej uciekamy? Albo
wręcz przeciwnie, niczym filmowa Faunia uparcie do niej wracamy? Być może życie nie
pozwala nam o niej zapomnieć... Być może gdyby nie piętno, nie byłoby w ogóle "naszego
życia"? A co jeżeli po prostu "człowieczeństwo" w sensie najbardziej ogólnym dotknięte jest
taką właśnie skazą? Jeśli od samego początku jesteśmy po prostu złem zainfekowani?
Przed nami walka. Walka człowieka z człowiekiem. Zresztą, jak od pierwszej sceny daje
nam do zrozumienia Robert Benton, jest to walka z góry przegrana. Bo z samym sobą
wygrać się nie da.
I wreszcie, ostatni już problem poruszany przez reżysera. Zresztą ukazany jakby trochę
niezgrabnie. Potraktowany po macoszemu. Benton pyta się widza: czy warto poświęcać się dla idei? Czy warto umierać za
cudze przekonania? Czy trzeba walczyć za coś, w co się nie wierzy? Czy czysto ludzkie
wymysły, takie jak: rasa, narodowość, ojczyzna, rodzina... cokolwiek, czy to wszystko
warte jest poświęceń? Czy nie lepiej rozwijać się wewnętrznie? W samotności... We
własnym egoiźmie... Film nie daje odpowiedzi na te pytania. Za to przybiera dosyć
niebezpieczny, moralizatorski ton. W finale dowiadujemy się bowiem o tym, jak kruche jest
budowanie życia na kłamstwie. A co jeśli przy tym nie kłamiemy? A co jeśli po prostu
zwyczajnie układamy nasze życie bez rodziny, ojczyzny, bez miłości? Czy wiara w te
ideały jest naszym obowiązkiem? Trudne i kontrowersyjne to pytania. Pewnie dlatego twórcy
filmu postanowili się do nich nie zbliżać. A przynajmniej nie za blisko...
Czy "Piętno" to film udany ? Trudno powiedzieć. Na pewno jest on nieco "inny",
nieprzystający swą formą do reguł Hollywood. Uciekający od skandalizowania. Pełen
nieśpiesznej narracji. Skłaniający do refleksji. A przede wszystkim niezmiernie aktualny.
Pokazujący pewną prawdę. Może i nie wprost, ale z drugiej strony nie wszystko da się
powiedzieć wprost...
Ocena: 7/10
 |
PIĘTNO
Tytuł oryginalny: The Human Stain
Rok produkcji: 2003, USA / Niemcy / Francja
Czas trwania: 106 min.
Reżyseria: Robert Benton
Scenariusz: Philip Roth, Nicholas Meyer
Muzyka: Rachel Portman
Zdjęcia: Jean-Yves Escoffier
Montaż: Christopher Tellefsen
Kostiumy: Rita Ryack
Występują:
Anthony Hopkins (jako Coleman Silk)
Nicole Kidman (jako Faunia Farley)
Ed Harris (jako Lester Farley)
Gary Sinise (jako Nathan Zuckerman)
Wentworth Miller (jako młody Coleman Silk)
Jacinda Barrett (jako Steena Paulsson)
Harry J. Lennix (jako pan Silk)
Clark Gregg (jako Nelson Primus)
|
|
Autor recenzji: Jacek Kozłowski - SENK
|