Strona główna KMF




Wśród zabawek Andy'ego wielkie poruszenie. Urodziny dzieciaka to jedyna w roku okazja na powiększenie zabawkowej rodziny nowymi prezentami. Podniecenie i obawy nie omijają także szeryfa Chudego, ulubionej zabawki Andy'ego. Niestety, spełniają się najgorsze obawy plastikowego kowboja, którego miejsce zajmuje Buzz Astral, strażnik kosmosu, całkowicie przekonany o swej autentyczności. Podejmowane przez zazdrosnego Chudego próby przekonania go że jest tylko zwykłą zabawką, spełzają na niczym. Wreszcie w przypływie rozpaczy Chudy wyrzuca Buzza Astrala za okno. Wyklęty przez resztę zabawek, szeryf podejmuje próbę ratowania Buzza. Wskutek splotu przypadków obaj trafiają do domu Sida, chłopca, którego pasją jest niszczenie zabawek...

Ponad 350 mln dolarów wpływów, Oscar Specjalny za prekursorskie osiągnięcie na polu animacji, pierwsza w historii Amerykańskiej Akademii Filmowej nominacja za oryginalny scenariusz dla filmu animowanego, oraz przede wszystkim poczesne miejsce wśród najbardziej przełomowych osiągnięć w historii kina - to najważniejsze splendory, które spłynęły na "Toy Story" (1995), stworzony za 30 mln dolarów, pierwszy pełnometrażowy film Pixara w reżyserii Johna Lassetera. Film powstawał cztery lata, a sam finalny rendering zajął ponad 800 godzin jednoczesnej pracy 117 stacji graficznych dwu- i czteroprocesorowych. Miejsce akcji i wybór postaci były naturalną konsekwencją wcześniejszych krótkometrażówek wytwórni. Podobnie jak Steven Spielberg w "E.T.", twórcy z Pixara udowodnili, jaki twórczy potencjał może kryć się w prozaicznym pokoju dla dziecka. To miejsce gdzie świat realny styka się z magią, budowaną przez dziecięcą wyobraźnię. Lecz "Toy Story" w pomysłowy sposób odwraca tę zależność. Fantazja Andy'ego, ożywiająca jego zabawki, przybiera realny kształt dopiero poza jego plecami. Zabawki naprawdę żyją, czują i myślą, lecz ujawniają to tylko wtedy, gdy ich właściciela nie ma w pobliżu.

"Toy Story" rozpoczęło niezwykle modne dziś angażowanie gwiazd do obsady głosowej. Szeryf Chudy przemówił głosem samego Toma Hanksa, już wówczas supergwiazdy po dwóch Oscarach. Znakomity aktor komediowy Tim Allen użyczył swego głosu Buzzowi Astralowi. R. Lee Ermey, demoniczny sierżant Hartman z "Full Metal Jacket" zagrał u Lassetera właściwie to samo, podkładając głos zabawkowemu sierżantowi. W polskiej wersji dubbingowej (znakomitej głosowo, choć translatorsko niezbyt błyskotliwej; były to jeszcze zamierzchłe czasy pre-wierzbiętowe), Toma Hanksa wspaniale zastąpił Robert Czebotar. Aktor ten użyczył swego głosu m.in. także dla komputera pokładowego w "Iniemamocnych" i koguta Rocky'ego w "Uciekających kurczakach".

Jednym ze znaków firmowych Pixara jest zabawa w aluzje i nawiązania do twórczości własnej, jak też fabularne cytowanie klasyki kina. Perypetie Chudego i Buzza, jako dwóch zwalczających się bohaterów, są czytelnym nawiązaniem do m.in. "Piekła na Pacyfiku" Johna Boormana (1968). W tym filmie dwaj legendarni twardziele Toshiro Mifune i Lee Marvin grali skazanych na siebie wrogich żołnierzy, których wojenna zawierucha zesłała na bezludną wyspę i zmusiła do współpracy. Oprócz głównej linii fabuły, scenariusz "Toy Story" jest naładowany w pojedynczych scenach aluzjami do m.in. "Poszukiwaczy zaginionej arki" (kula goniąca Buzza), "Star Treka" (gest Buzza a'la Mr Spock w scenie na stacji benzynowej), kubrickowskiego "Lśnienia" (słowo redrum), "Gwiezdnych wojen" (dźwięk wewnątrz hełmu Buzza, brzmiący jak oddech Dartha Vadera), "Egzorcysty" (obracająca się głowa Chudego), "The Thing" Johna Carpentera (zabawka Sida z głową na pajęczych nogach), "Powrotu do przyszłości" (tchórzliwy dinozaur Rex mówi i zachowuje się jak George McFly), "Króla Lwa" (piosenka "Hakuna Matata" w samochodzie pod koniec filmu), czy "2001: Odysei Kosmicznej" (hasło Buzza "to infinity and beyond", nawiązujące do tytułu ostatniego aktu filmu Kubricka).

Twórcy włożyli do filmu charakterystyczne elementy poprzednich dzieł Pixara, a także nasycili scenariusz aluzjami, czytelnymi przede wszystkim dla nich samych. Na stoliku Andy'ego stoi lampa, która jest znakiem Pixara. Książki na półce noszą znajome nazwy pixarowskich krótkich filmów. W scenie z dostarczycielem pizzy z Pizza Planet, pada nazwa ulicy, przy której w przeszłości istniała siedziba wytwórni. Imię Andy'ego to hołd dla Andreasa Van Dama, profesora uniwersyteckiego, nauczyciela wielu członków Pixara. W napisach końcowych umieszczono pozycję "Production babies". Wbrew pozorom to nie lista bobasów, będących fotograficznym i ruchowym wzorem dla małej siostry Andy'ego, lecz spis dzieci, które urodziły się członkom ekipy podczas realizacji "Toy Story". Odtąd będzie to pozycja obowiązkowa w napisach końcowych każdego następnego filmu kinowego z Pixara.



reżyseria - John Lasseter
reżyseria animacji - Ash Brannon, Peter Docter, Rich Quade, William Reeves
scenariusz - Joss Whedon, Andrew Stanton, Joel Cohen, Alec Sokolow
wg pomysłu - Johna Lassetera, Petera Doctera, Andrew Stantona i Joe Ranfta
projekty postaci - William Cone, Jean Gillmore, Dan Haskett, Steve Johnson, Bud Luckey, Bob Pauley, Andrew Stanton
zdjęcia i światło - Sharon Calahan, Louis Rivera, Galyn Susman
muzyka - Randy Newman
montaż - Robert Gordon, Lee Unkrich
scenografia - Ralph Eggleston
produkcja - Bonnie Arnold, Ralph Guggenheim
producent wykonawczy - Ed Catmull, Steve Jobs
efekty wizualne - Thomas Porter, Mark T. Hanne, Darwyn Peachey
czas projekcji - 81 min.
premiera - 1995. 11. 22




wersja oryginalna

Tom Hanks
Tim Allen
Don Rickles
Jim Varney
Wallace Shawn
John Ratzenberger
Annie Potts
John Morris
Erik von Detten
R. Lee Ermey
Laurie Metcalf

wystąpili



szeryf Chudy
Buzz Astral
Pan Bulwa
Cienki
dinozaur Rex
świnka Hamm
pastereczka Bou
Andy
Sid
sierżant
mama Andy'ego



wersja polska

Robert Czebotar
Tomasz Konieczny
Jan Kulczycki
Krzysztof Krupiński
Tomasz Sapryk
Emilian Kamiński
Edyta Jungowska
Łukasz Wytrębowicz
Grzegorz Drojewski
Jarosław Boberek
Maria Reif

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Maria Piotrowska
dialogi - Elżbieta Łopatniukowa
teksty piosenek - Filip Łobodziński
wykonanie piosenek - Stanisław Sojka, Leszek Sojka



Społeczność mrowiska na sielskiej łące, ciemiężona jest przez hordę koników polnych. Każdy zbiór zimowych zapasów musi być uszczuplany na rzecz daniny dla najeźdźców pod wodzą demonicznego Hoppera. Status quo trwało do dnia, w którym Flik, pełen werwy i zwariowanych pomysłów mrówczy racjonalizator, niechcący spowodował przepadek haraczu dla koników polnych. Rada mrowiska postanawia usunąć niewygodnego członka społeczności, pod pretekstem poszukania przez niego pomocy w szerokim świecie. Tak oto Flik dostaje się do dalekiego owadziego miasta, gdzie wyrzuconą na pysk grupę cyrkowców omylnie bierze za superbohaterów, mogących przegonić koniki polne. Cyrkowcy, myśląc że chodzi o gościnne występy, godzą się na propozycję Flika i przylatują z nim na mrówczą polanę. Tam dość szybko wychodzą na jaw intencje Flika i prawdziwa natura rzekomych pogromców. Tymczasem nieubłaganie zbliża się termin ponownego nalotu koników polnych. Zdruzgotany Flik, na przekór wszystkiemu, postanawia bronić mrowiska...

Druga pełnometrażowa bajka, reżyserowana po raz pierwszy w oficjalnym duecie John Lasseter-Andrew Stanton i drugi dowód mistrzostwa artystów z Pixar Animation Studios. Rozwój technik animacyjnych, plus 15 mln dolarów więcej w budżecie, w stosunku do "Toy Story", pozwoliły na opuszczenie rejonów cywilizacji i zagłębienie się w znacznie trudniejsze do wiarygodnego pokazania środowisko naturalne. "Dawno temu w trawie" zachwyca barwami, światłem i precyzją odzwzorowania przyrody, choć warstwa plastyczna (podobnie jak przypadku "Gdzie jest Nemo") jest celowo wystylizowana na bajkową umowność, bez fotorealistycznych intencji. Po raz drugi strzałem w dziesiątkę jest fabuła. Tym razem wzięto na warsztat schemat z "Siedmiu samurajów" Akira Kurosawy (1953) i ich amerykańskiej wersji Johna Sturgesa "Siedmiu wspaniałych" (1960). Film skrzy się dowcipem. Komediowe sceny z udziałem cyrkowców są praktycznie dosłowną kalką z "Trzech amigos!" Johna Landisa. Prześmieszne perypetie Steve'a Martina, Chevy Chase'a i Martina Shorta, mylnie wziętych za ich ekranowych bohaterów, zostały powtórzone w każdym gagowym szczególe. Podobieństwo potęguje soundtrack Randy'ego Newmana, autora muzyki do obu filmów. Czyżby więc Pixarowcom zabrakło własnej inwencji? Chyba nie. Komedia to taki gatunek filmowy, którego twórcy są niejako z definicji spadkobiercami dzieł minionych, a korzystanie z budowanego od dziesięcioleci almanachu filmowych gagów jest w pełni uprawomocnionym zabiegiem artystycznym.

Pierwszy akt filmu trąci co prawda nieodrodnym disneyowskim infantylizmem, lecz od chwili wyruszenia Flika w wielki świat, możemy się napawać pełnią pixarowskej radości tworzenia. Podobnie jak w "Toy Story", potwierdza się piętrowy odbiór fabuły z której śmieją się zarówno dzieci, jak i dorośli, choć nie zawsze przy tych samych scenach. W wielu momentach można dosłownie wpaść ze śmiechu pod stół, jak komar napojony w barze krwawą bańką Rh+. "Dawno temu w trawie" to dowód na zupełnie nowe potraktowanie klasycznych bajkowych schematów, które wystarczy zaprawić wzorami z "dorosłego" kina, by otrzymać nową jakość. Jakość, która zresztą w dalszym ciągu wygląda jak pozornie typowy produkt Disneya. Dla tej wytwórni kontrakt ze świeżymi umysłami z Pixara, był niczym zbawienna transfuzja krwi.

Gwiazdą oryginalnego opracowania głosowego był sam Kevin Spacey, użyczający swego głosu dla głównego badguya "Dawno temu w trawie", przywódcy koników polnych, Hoppera. Jedna z postaci przemówiła głosem Roddy'ego McDowalla, weterana filmów z serii "Planeta małp", dla którego była to ostatnia rola filmowa. W stosunku do "Toy Story" zdecydowanie poprawiła się jakość polskiego tłumaczenia. Elżbieta Łopatniukowa wspaniale zaadaptowała dialogi do ojczystego języka. W kolejnych latach jej nazwisko zostało niestety dokładnie przysłonięte "shrekowym" mistrzostwem Bartka Wierzbięty, choć praca pani Łopatniukowej zasługuje na takie samo uznanie. Flik i księżniczka Ata zostali zdubbingowani przez Tomasza Bednarka i Magdalenę Wójcik. Lecz mistrzostwem świata był głos Jerzego Cnoty. Ten nieco zapomniany dziś niestety znakomity aktor charakterystyczny, znany przede wszystkim z "Janosika" i filmów Kazimierza Kutza, fenomenalnie zdubbingował nerwową pchłę, właściciela objazdowego cyrku.

Autorzy swoim zwyczajem nie omieszkali umieścić w filmie aluzji do własnej twórczości, choć mieli ku temu okazję właściwie tylko w sekwencji owadziego miasta. Bowiem tylko tam było widać produkty cywilizacji, których nazwy odwoływały się do ich poczucia humoru. Na jednym z opakowań, stanowiących zabudowę owadziego miasta, widać napis DARLA. Tak samo ma na imię producentka filmu, Darla K. Anderson. To imię powróci pod postacią wrednej małolaty-rybobójczyni w "Gdzie jest Nemo". Do zabawnej scenki podlatywania dwóch ciem do lampy, ich głosy podłożyli reżyserzy John Lasseter i Andrew Stanton. W tej scenie widać samochód, doskonale znany uważnym widzom "Toy Story" - to wóz z restauracji Pizza Planet. Natomiast na całość twórcy poszli na napisach końcowych, gdzie po raz pierwszy w historii Pixara wykonano genialny pomysł z tzw. nieudanymi ujęciami. Już sama idea nieudanych ujęć w filmie komputerowym zakrawa na kompletny absurd, lecz dla widzów, dla których film nie kończy się z chwilą rozpoczęcia napisów końcowych, jest to wspaniały prezent. Mamy tam m.in. słynną kwestię Buzza Astrala "na koniec świata i jeszcze dalej!", lecz tym razem w wykonaniu Flika, który tłumaczy się reżyserowi, że nie umiał się powstrzymać przed tym cytatem.

"Dawno temu w trawie" to pierwszy komputerowy film pełnometrażowy, oryginalnie zaprezentowany w pełnej panoramie 2,35:1. Wersje telewizyjne i kasetowe mają standardowe, pełnoekranowe proporcje 1,33:1. Nie dokonano tu jednakże stratnej konwersji pan & scan, polegającej na optycznym powiększeniu oryginalnego kadru. Magicy z Pixara wykonali bowiem ponowny rendering praktycznie całego filmu, zmieniając kompozycję każdego kadru tak, by pasował on do prezentacji na standardowych telewizorach. To także pierwsza komputerowa animacja, którą na potrzeby DVD przetransponowano wprost z twardych dysków Pixara. Dla odróżnienia - "Toy Story" przeniesiono na DVD dopiero z celuloidowych kopii. Warto dodać, że w 1999 roku na potrzeby parków rozrywki powstała trójwymiarowa krótkometrażówka "It's tough to be a Bug" Chrisa Baileya, fabularnie powiązana z "Dawno temu w trawie".



reżyseria - John Lasseter, Andrew Stanton
scenariusz - Andrew Stanton, Don McEnery, Bob Shaw
wg pomysłu - Johna Lassetera, Andrew Stantona i Joe Ranfta
zdjęcia - Sharon Calahan
muzyka - Randy Newman
montaż - Lee Unkrich
scenografia - William Cone
produkcja - Darla K. Anderson, Kevin Reher
efekty wizualne - Tom Duff, Larry Gritz, Tien Truong
czas projekcji - 96 min.
premiera - 1998. 11. 14




wersja oryginalna

Dave Foley
Kevin Spacey
Julia Louis-Dreyfus
Hayden Panettiere
Phyllis Diller
Richard Kind
David Hyde Pierce
Joe Ranft
Denis Leary
Jonathan Harris
Madeline Kahn
Bonnie Hunt
John Ratzenberger
Roddy McDowall

wystąpili



Flik
Hopper
księżniczka Ata
Dora
Królowa Mrówek
Morda
Slim
Helmut
Francis
Modlich
Gypsy
Rosie
Pchełka
Grunt



wersja polska

Tomasz Bednarek
Paweł Szczęsny
Magdalena Wójcik
Zofia Jaworowska
Elżbieta Gaertner
Krzysztof Jańczak
Tadeusz Borowski
Tomasz Grochoczyński
Jacek Kawalec
Eugeniusz Robaczewski
Elżbieta Andrzejewska
Karina Szafrańska
Jerzy Cnota
Ryszard Nawrocki

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Joanan Wizmur
dialogi - Elżbieta Łopatniukowa
teksty piosenki - Marek Robaczewski
wykonanie piosenki - Andrzej Dąbrowski



Wśród zabawek Andy'ego ponownie wielkie poruszenie. Tym razem z powodu Chudego, który zaczął się rozłazić w szwach i popadł w niełaskę na zakurzonej półce. Andy nieubłaganie dorasta i coraz łatwiej przychodzi mu rozstać się z ulubioną zabawką. W związku z tym mama Andy'ego postanawia pozbyć się starych, nieużywanych zabawek i urządza wyprzedaż na którą trafia też pingwin Czarny. Chudy próbuje go ratować, lecz dostaje się w zachłanne łapska maniakalnego kolekcjonera Ala, właściciela dużego sklepu zabawkowego. Uwięziony w mieszkaniu Ala, szeryf Chudy odkrywa, że jest brakującym elementem unikatowej kolekcji zabawek z Dzikiego Zachodu, w skład której wchodzą wesoła kowbojka Jesse, jej koń, oraz poszukiwacz złota Śmierdzący Pete. Uświadamiają oni Chudego, że taka już jest kolej rzeczy, a jedynym rozsądnym wyjściem jest dołączyć do kolekcji, którą Al za grube pieniądze ma zamiar sprzedać nabywcy z Japonii. Tymczasem zabawki Andy'ego, pod wodzą Buzza Astrala, śpieszą Chudemu na pomoc...

Pierwszy pixarowski sequel udał się nadspodziewanie dobrze, choć pierwotne plany zakładały zaledwie godzinny filmik, dystrybuowany z pominięciem sal kinowych. Prace nad filmem wypadły jednak na tyle obiecująco, że postanowiono zrobić z "Toy Story 2" pełnometrażowy film kinowy. Twórcy doskonale wykorzystali zasadę tworzenia kolejnych części, jako ponownego spotkania widzów z ich ulubionymi bohaterami. Schemat fabularny pierwszej części pozostał niezmieniony, z tą różnicą, że to teraz Chudy był obiektem ratunku ze strony pozostałych zabawek. Znacznie poszerzono scenerię działań bohaterów, wyprowadzając akcję do dużego miasta. Ewolucja technologii animacji pozwoliła na szersze zaprezentowanie postaci ludzkich (i psa), najtrudniejszych do wiarygodnego pokazania. Znaczącą różnicą wobec części pierwszej, stało się wprowadzenie nuty filozoficznej refleksji nad przemijaniem. Beztroski Chudy musiał się nagle zmierzyć z czymś, co wydawało się nierealne, z wyrastaniem właścicieli ze swoich zabawek. Szczególnie mocno zostało to zaakcentowane w fantastycznie animowanej postaci kowbojki Jesse, skrywającej pod żywiołowością traumatyczne przeżycia. Kryzys tożsamości Buzza z pierwszej części został tu dosłownie powielony, kiedy to Buzz odnajduje w sklepie z zabawkami całą armię Buzzów Astralów, z których jeden jest święcie przekonany, że to właśnie on jest tym prawdziwym.

Nieoczekiwanie poważne potraktowanie tych bardzo dorosłych dylematów szczęśliwie nie przerosło ducha zabawy. "Toy Story 2" to fantastycznie zorkiestrowanej rozrywki ciąg dalszy. Żelazne zasady komediowego sequela jasno traktują, że wszystkiego ma być więcej, mocniej i śmieszniej niż w oryginale. To wszystko dostajemy z nawiązką, lecz bez jakiegokolwiek bezmyślnego kopiowania pierwowzoru. Zapamiętani z części pierwszej bohaterowie w dalszym ciągu są pełnoprawnymi uczestnikami akcji, a ich charakterystyczne zachowania trafiają na podatny grunt wszelkich scenariuszowych sytuacji. I tak Pan Bulwa, który w części pierwszej pragnął żony, tutaj rzeczywiście tworzy udaną parę z Panią Bulwą. Lecz w towarzystwie ponętnych laleczek z kolekcji Barbie, używa całej siły woli, by stawić czoło pokusom ("jestem żonaty, jestem żonaty..."). Buzz Astral z dużą większą ironią podchodzi do swego wizerunku strażnika kosmosu, powtarzając argumenty Chudego z pierwszej części, podczas konfrontacji z inną lalką o jego postaci. Wrednego Sida z pierwszej części, zastąpił o wiele bardziej niebezpieczny Al. Scenarzyści wprowadzili także drugi czarny charakter, pod postacią... Mniejsza o to, nie będę spojlerował :)).

Otwierająca film, niezwykle dynamiczna sekwencja gry komputerowej, z Buzzem walczącym przeciw Imperatorowi Zurgowi, pierwotnie miała rozpoczynać część pierwszą. Sam Zurg stał się okazją do sparodiowania postaci Dartha Vadera z "Gwiezdnych wojen". Twórcy nie oparli się oczywistej pokusie umieszczenia w filmie nieśmiertelnego dialogu z "Imperium kontratakuje", w którym Zurg oznajmia drugiemu Buzzowi, że to on jest jego ojcem. Oczywiście drugi Buzz słysząc to, zjechał w dół na dachu windy z okrzykiem " nieeeeee!!!" Minutę później Zurg spada w głąb szybu niczym Imperator w "Powrocie Jedi". W sklepie zabawkowym przypomniano nie mniej słynne ujęcie z dinozaurem, odbijającym się w bocznym lusterku samochodu z "Parku jurajskiego", oczywiście z Rexem w roli głównej. Na początku filmu mamy kolejne nawiązanie do "Powrotu Jedi", kiedy mechaniczne ramię wychodzi ze ściany skalnej, niczym w scenie przed siedzibą Jabby (przypomnę, że u Lucasa w tej scenie C3PO wygłosił pytanie po polsku "meśka tu Jabba the Hutt?" :)). Także z Gwiezdnej Sagi zaczerpnięto w tej sekwencji mnóstwo efektów dźwiękowych. Kiedy Buzz Astral podąża w kierunku siedziby Zurga, słychać znajome dźwięki z "Tako rzecze Zarathustra" Richarda Straussa, odnoszące się oczywiście do "2001: Odysei Kosmicznej" Kubricka. Inny klasyk SF, "The Thing" Johna Carpentera (a pośrednio także "Predator") został zacytowany w kosmicznym prologu, w którym pojawienie się Buzza Astrala wykonano niemal identycznie, zachowując nawet kierunki lotu. Atak Buzza na armię robotów z planety Zurga, przypomina zabicie nazistów z finału "Poszukiwaczy zaginionej arki". Buzz Astral wspina się po ścianie szybu windy, niczym Tom Cruise w "Mission: Impossible". Z drugiej części "Indiany Jonesa" zacytowano fragment pościgu w kopalni, kiedy Short Round wisiał pomiędzy dwoma równolegle jadącymi wagonikami. W sekwencji lotniskowej ten sam problem ma pies Cienki. Chudy i Jesse uciekają ze startującego samolotu, niczym jak John Matrix (Arnold Schwarzenegger) w "Commando" Marka Lestera (1985).

Obowiązkowymi punktami programu były oczywiście nawiązania do twórczości własnej Pixara. Na pierwszym ujęciu, wśród rozgwieżdżonego kosmosu można dostrzec zarys pixarowskiej lampy. Fani z pewnością rozpoznali w starym konserwatorze zabawek tytułową postać z krótkometrażowego filmiku "Gra Geriego". Kiedy świnka Hamm przerzuca z ogromną prędkością kanały telewizyjne, na pojedynczych klatkach widać m.in. wcześniejsze filmiki Pixara "Luxo Jr", "Tin Toy", "Knick Knack" i "Red's Dream". Kanion, przez który przelatuje Buzz, był dnem potoku z "Dawno temu w trawie". Dołożono tylko wiszące w powietrzu okruchy skalne, które zresztą uzyskano przez błędne obliczenie komputerowej scenografii. Z tego samego filmu pochodzi drzewo ze wspomnień Jesse. W Hali z Zabawkami Ala, na półkach sklepowych widać postaci z "Dawno temu w trawie". Po raz trzeci w filmach Pixara pojawił się samochód z Pizza Planet. Widok ogromnej hali bagażowej na lotnisku, powróci w odrobinę innym kształcie w finale "Potworów i Spółki". Gumowa kaczka, którą Pani Bulwa daje Panu Bulwie na nieudanych ujęciach, powróciła w "Potworach i Spółce", w scenie pierwszej konfrontacji Sullivana i Boo.

Nie zabrakło także nieudanych ujęć, wypełniających napisy końcowe filmu. Twórcy po raz drugi wzięli swoją sztukę w ironiczny cudzysłów, ładując postaci w prześmieszne sytuacje podczas "kręcenia" filmu. Zabawki zapominają tekstu, improwizują przed kamerą, Śmierdzący Pete bajeruje laleczki, obiecując angaż do "Toy Story 3", Chudy świetnie się bawi, domalowując Buzzowi wąsy na hełmie, a lalka Barbie nerwowo wychodzi z siebie, nie mogąc znieść wiecznego uśmiechania się przed kamerą. Tradycyjnie pojawiły się także postaci z poprzedniego filmu Pixara. Flik cieszy się, że trafił na plan "Dawno temu w trawie 2", na co Helmut przypomina mu, że to sequel, lecz wcale nie tego filmu. Po chwili obaj zostają strąceni z gałęzi przez Buzza, przy okazji kręcenia sceny z zabawkami, idącymi Chudemu na pomoc.

Oprócz Toma Hanksa i Tima Allena, w "Toy Story 2" pojawił się także Wayne Knight (niesławny grubas z "Parku jurajskiego"), użyczający głosu dla niemal identycznej fizycznie postaci Ala. W polskiej wersji zastąpił go bardzo podobny Piotr Gąsowski. Coś jest w tej polityce głosowej, że najlepsze rezultaty osiąga się z aktorami, którzy są fizycznie podobni do swoich ekranowych postaci, lub kolegów zza oceanu. Wyjątkiem potwierdzającym tę regułę jest oczywiście Jerzy Stuhr, jako Osiołek z obu części "Shreka", nie do końca podobny do Eddiego Murphy :)). Znakomitego przekładu dialogów ponownie dokonała Elżbieta Łopatniukowa pod wodzą reżyser dubbingu Joanny Wizmur. W porównaniu z pierwszą częścią dokonano zmiany w obsadzie głosu Buzza Astrala. Tomasz Konieczny został zastąpiony Łukaszem Nowickim (synem Jana Nowickiego), lecz ta zamiana właściwie nie jest zauważalna. Edyta Olszówka zastąpiła Edytę Jungowską przy dubbingowaniu pastereczki Bou, lecz tu także nie słychać jakichś znaczących zmian. Niespodzianką był natomiast udział wielkiego aktora Witolda Pyrkosza, który przemówił głosem Śmierdzącego Pete'a. Filip Łobodziński znów potwierdził swoją klasę, tłumacząc tekst smutnej piosenki kowbojki Jesse "Kiedy mnie kochała", cudownie zaśpiewanej przez Katarzynę Pysiak.

Z kronikarskiego obowiązku dodać należy, że w 2000 roku powstał serial animowany "Buzz Lightyear of Star Command". Tam wreszcie Buzz wystąpił jako członek elitarnej organizacji, zrzeszającej obrońców Galaktyki. Tytułowemu bohaterowi głosu użyczył Patrick Warburton. W obsadzie dubbingowej znalazł się również Wayne Knight, właściciel głosu Ala z "Toy Story 2".



reżyseria - John Lasseter, Ash Brannon, Lee Unkrich
reżyseria animacji - Galyn Susman, Glenn McQueen
scenariusz - Andrew Stanton, Rita Hsiao, Doug Chamberlain, Chris Webb
wg pomysłu - Johna Lassetera, Petera Doctera, Asha Brannona i Andrew Stantona
zdjęcia - Sharon Calahan
muzyka - Randy Newman
montaż - Edie Bleiman, David Ian Salter, Lee Unkrich
scenografia - William Cone, Jim Pearson
produkcja - Karen Robert Jackson, Helene Plotkin
producent wykonawczy - Sarah McArthur
efekty wizualne - Jeffrey 'J.J.' Jay, Craig Kolb, Tom Lokovic
czas projekcji - 92 min.
premiera - 1999. 11. 13




wersja oryginalna

Tom Hanks
Tim Allen
Joan Cusack
Wayne Knight
Kelsey Grammer
Don Rickles
Estelle Harris
Jim Varney
Wallace Shawn
John Ratzenberger
Annie Potts
John Morris
Andrew Stanton
R. Lee Ermey
Laurie Metcalf

wystąpili



szeryf Chudy
Buzz Astral
Jessie
Al
Stinky Pete
Pan Bulwa
Pani Bulwa
Cienki
dinozaur Rex
świnka Hamm
pastereczka Bou
Andy
Imperator Zurg
sierżant
mama Andy'ego



wersja polska

Robert Czebotar
Łukasz Nowicki
Izabella Bukowska
Piotr Gąsowski
Witold Pyrkosz
Jan Kulczycki
Krystyna Królówna
Mikołaj Mueller
Tomasz Sapryk
Emilian Kamiński
Edyta Olszówka
Mateusz Sojczyński
Dariusz Odija
Jarosław Boberek
Agnieszka Grankowska

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Joanna Wizmur
dialogi - Elżbieta Łopatniukowa
teksty piosenek - Marek Robaczewski, Filip Łobodziński
wykonanie piosenek - Robert Czebotar, Andrzej Dąbrowski, Katarzyna Pysiak



Do Monstropolis zbliża się wielkimi krokami kryzys energetyczny. Wszystko przez ludzkie dzieci, które faszerowane przemocą, wylewającą się z telewizji, przestraszyć coraz trudniej. Ostatnią linią obrony są Potwory i Spółka, firma zajmująca się kompleksowym straszeniem dzieci na globalną skalę. Ta kluczowa dla funkcjonowania Monstropolis instytucja, produkująca energię z dziecięcego krzyku, ma w swoich szeregach prawdziwego mistrza - Jamesa P. Sullivana. Włochaty przodownik pracy, pupilek swego szefa Moczyknura, wraz ze swym jednookim przyjacielem Mikiem Wazowskim, stanowią najskuteczniejszy duet, specjalizujący się w straszeniu dzieci z równoległego świata ludzi. Ich fach jest jednakowoż obwarowany jednym, surowo egzekwowanym warunkiem - absolutne zero kontaktu organoleptycznego z dzieckiem, lub jakimkolwiek przedmiotem ze świata ludzi, bo podobno samo dotknięcie dziecka to pewna śmierć. Cały straszący biznes kręci się w miarę pomyślnie, aż do momentu, kiedy to do świata potworów niespodziewanie przedostaje się Boo, mała dziewczynka ze świata ludzi, zaciekawiona, co też znajduje się za drzwiami szafy w jej pokoju. Traf chce, że pierwszymi potworami, zmuszonymi do konfrontacji z gaworzącym niebezpieczeństwem, są właśnie Sulley i Mike...

Brzmi jak niewydarzona parodia horroru? Może i tak, lecz wyprodukowane za rekordowe 115 mln dolarów "Potwory i spółka" (rekordowe dla Pixara, gdyż wypuszczona w tym samym roku "Final Fantasy" kosztowała znacznie więcej), to 89 minut obcowania z najprawdziwszą filmową magią. Już samo założenie fabuły jest genialne w swej prostocie, choć podobno mające swe źródło w studenckim filmie Johna Lassetera. Skoro każdego z nas w wieku bardzo dziecięcym straszyły wyimaginowane potwory, więc dlaczego by nie zrobić filmu o potworach, które ze straszenia stworzyły sprawnie prosperujący przemysł? Koncepcja zaiste przewrotna i na dodatek chyba zupełnie wcześniej filmowo niewykorzystana, a przynajmniej nie w takim kształcie. Autorzy filmu również wyjątkowo gładko zaaplikowali widzowi, nie tak prostą przecież w swej "fantastyczno-naukowej" istocie, ideę świata równoległego, w którym mieszkają potwory. Portale do świata ludzi w postaci drzwi do dziecięcych sypialni, wydają się tutaj być czymś najnaturalniejszym pod słońcem. Pierwszy "Matrix" wyjaśniał, skąd się bierze zjawisko "deja vu". "Potwory i spółka" zdzierają zasłonę tajemnicy z Yeti - to po prostu potwór-renegat, zesłany do świata ludzi, konkretnie w Himalaje. Yeti zajmuje się robieniem lodów kiwi, podkrada mleko jakom i marzy o byciu artystą. Takich smaczków jest w "Monsters Inc." bez liku.

Istotną nowością, jak na konwencję bajki dla (teoretycznie) dzieci, jest umiejscowienie akcji w zakładzie pracy. Tak więc mamy obowiązkowe sceny w szatni i męskiej toalecie, fachowy język, obfitujący w dniówki, premie, raporty i rady nadzorcze, fabryczny romans między robolem i sekretarką, a także iście socjalistyczny pęd głównych straszaków do śrubowania norm i bicia rekordów przodownictwa pracy. Dość niezwykły zestaw, jak na dziecięcą widownię. Oczywiście przodujący straszacy otoczeni są uwielbieniem godnym Mateusza Birkuta, mają swoją galerię sław, bezproblemowy wjazd do ekskluzywnych restauracji i w ogóle wiedzie im się nieźle. Chyba że trafią na dziecko, które wyrosło już ze straszenia, albo nieopatrznie przyniosą na własnej sierści zabójczą skarpetkę berbecia ze świata ludzi. Naonczas z mocy paragrafu 19, do akcji wkraczają Czyściciele, uzbrojeni po czubek głowy funkcjonariusze Agencji Wykrywania Dzieci. Wtedy potwór przechodzi błyskawiczną procedurę odkażającą i - jeżeli posiada futro - żegna się nim w kilka sekund.

Cała ta "dorosła" otoczka jest zorkiestrowana z wyjątkową lekkością i finezją, jak gdyby bajki o biciu rekordów w miejscu pracy były standardem od czasów braci Grimm. Choć trzeba uczciwie przyznać, że akcja nabiera właściwej temperatury dopiero po przybyciu do świata potworów małej dziewczynki ze świata ludzi. To uruchamia lawinę pościgów, pomyłek i całej gamy komediowych sytuacji, zapewniających solidny trening przepony. Dwójka głównych bohaterów to standardowa para amerykańskiego kina, duet oparty na przeciwieństwach, taki Asterix i Obelix inaczej. Mistrz straszacki Sulley (niezła zbitka wyrazowa... :)), to w gruncie rzeczy dobroduszny olbrzym, pod wpływem małej Boo odkrywający w sobie nieznane pokłady wrażliwości. Jego przyjaciel Mike Wazowski to mały, zielony, okrągły i jednooki nerwus, na śmierć zakochany w sekretarce Celulince (też jednoookiej). Reszta postaci w filmie to przykład kreatywności w najlepszym tego słowa znaczeniu. Takiej galerii najdziwaczniejszych indywiduów nie spotkamy chyba nigdzie, poza filmami Pixara oczywiście. Każdy z potworów ma swój indywidualny, odjechany rys, zarówno fizyczny, jak i korespondujący z nim typ zachowań, gestów, mimiki oraz odzywek. Po prostu mistrzostwo świata.

Oczywiście twórcy nie omieszkali wpleść w film aluzji i subtelnych cytatów ze swoich poprzednich filmów i nie tylko. Treningowy model dziecka posiada twarz niezwykle podobną do Andy'ego z "Toy Story". Także z tego filmu pochodzi widoczek rysunkowego nieba, przed którym Randall ćwiczy swoje kameleonowate zdolności. W scenie pożegnania Boo pokazuje Sullivanowi swoje zabawki, wśród których są m.in. piłeczka z "Luxo Jr.", rybka Nemo, oraz kowbojka Jessie z "Toy Story 2". Również ze świata zabawek Andy'ego pochodzą okulary z wąsem, założone pod koniec filmu przez trójokiego Fąflaka. W "Potworach i Spółce" mamy także przezabawne nawiązanie do "Armageddonu" (i pośrednio "The Right Stuff" Philipa Kaufmana, 1983), gdy straszacy w zwolnionym tempie i przy charakterystycznym dęciakowym podkładzie muzycznym, wchodzą do hali operacyjnej. Głos Randalla, czyli Steve Buscemi, w analogicznych scenach z obu filmów szedł po tej samej stronie kadru. Elitarna chińska restauracja o nazwie "Harryhausen's", to z kolei hołd złożony Rayowi Harryhausenowi, legendarnemu twórcy poklatkowo animowanych potworów do horrorów i filmów SF z lat 50. i 60. Jedno z jego dzieł, czyli mordercza ośmiornica z "It came from beneath the Sea" Roberta Gordona (1955), pojawiła się zresztą za barem w restauracji. I podobnie jak oryginał, miała tylko 6 ramion, ponieważ na tylko tyle wystarczył budżet filmu Gordona...

Na napisach końcowych znów wstawiono nieudane ujęcia, gdzie jeszcze raz można zobaczyć najlepsze sceny, lecz tym razem ze wszystkimi nieobecnymi w filmie gagami, wpadkami, złą interpretacją tekstu a nawet komendami ekipy - "Potwory 43-kamera-poszła-akcja!". Najlepsze jest monumentalne wejście straszaków do hali, gdzie w pewnym momencie Sulley w zwolnionym tempie wyrzyna przepięknego orła, powodując za plecami reakcję łańcuchową. Ciekawe, czy bracia Wachowscy wzorowali się na tej scenie w niemal identycznym epizodzie piętrowego karambolu samochodów, podczas pościgu na autostradzie w "Matrix Reloaded"... Tradycyjnie pojawia się tu także postać z poprzedniego filmu Pixara. Tym razem jest nim tchórzliwy i znerwicowany plastikowy dinozaur Rex z "Toy Story 2", w "castingowej" scenie przechodzenia potworów przez jezdnię. Jakby tego było mało, twórcy na zakończenie zaserwowali, wspomniany w filmie, musical Mike'a Wazowskiego "...a teraz wrzuć to tam z powrotem, bo naprawdę". Naprawdę - to potrafią zrobić tylko Amerykanie. Aha - no i za zakończenie napisów końcowych, wzorem obwarowanej przepisami kinematografii zza oceanu, pojawia się adnotacja, informująca, że "żaden potwór nie odniósł uszczerbku podczas realizacji filmu".

"Potwory i Spółka" zachwyca perfekcją wykonania. Pomimo że to bajka komputerowa, w której łagodniej traktuje się ewentualne niedoróbki postaci cyfrowych, niż fotorealistyczne twory 3D w filmie aktorskim, to z całą pewnością żaden malkontent nie będzie miał się gdzie przyczepić. Projekty plastyczne tryskają oryginalnością, wyjątkowo złożona animacja postaci jest klasą dla siebie, zaś naturalność ruchów futra Sulley'ego (ponad milion animowanych, a raczej poddanych symulacji włosków), nie ma sobie równych (ten sam algorytm poruszania się futra zastosowano w "Gdzie jest Nemo" do animacji... ukwiału). W kilku scenach (szczególnie akcje w hali) widać zastosowanie wizualnego stylu Jamesa Camerona, objawiającego się ciągłym ruchem wirtualnej kamery, nawet w ujęciach, w których ruch nie wydawał się niezbędny.

Kilka zdań o polskiej wersji językowej filmu. "Potwory i spółka" to dubbingowe arcydzieło. Reżyser Joanna Wizmur dobrała głosy w sposób podyktowany wersją oryginalną. Całość "słucha się" jakby aktorzy amerykańscy przemówili nagle po polsku. Głos Sulleya w wersji oryginalnej podłożył podobny posturą John Goodman. Po polsku znakomicie zastąpił go Paweł Sanakiewicz. Wojciech Paszkowski doskonale naśladował Billy'ego Crystala w roli Mike'a Wazowskiego (choć pierwotnie wytwórnia chciała Billa Murraya, który okazał się nieuchwytny; sam Crystal miał także przemówić głosem Buzza w "Toy Story"). Wspaniały Aleksander Bednarz (czyli Bień w "Psach") został prezesem Moczyknurem, w oryginale mówionym przez Jamesa Coburna. Celulinka w polskiej wersji to Małgorzata Kożuchowska, w powodzeniem zastępująca Jennifer Tilly. Jednak klasą dla siebie jest Sławomir Pacek, etatowy odtwórca pechowców i nieudaczników w kinie polskim, użyczający głosu wrednemu Randallowi. Oryginalnie mówiący tą postacią Steve Buscemi, powinien - parafrazując samego Randalla - Packowi buty czyścić.

Lecz właściwy dobór głosów i ich perfekcyjne zgranie z obrazem to tylko połowa sukcesu. Reszta to kolejne dzieło Bartka Wierzbięty. Ten młody (rocznik 1974) dialogista, to prawdziwy skarb polskiej postprodukcji. Karierę rozpoczynał w reklamach, dokumentach i serialach dla dzieci (m.in. "Johny Bravo", "Cow and Chicken"), a jego pierwszym filmem kinowym do którego tłumaczył dialogi były "Uciekające kurczaki". Oczywiście cała Polska pokochała go za genialny przekład listy dialogowej do "Shreka". Tej samej klasy pracę wykonał Wierzbięta do "Potworów i Spółki". I podobnie jak przy "Shreku", trudno zaklasyfikować wersję polską jako wierny przekład. To kolejna twórcza interpretacja, doskonale retuszująca mielizny i mało śmieszne kwestie oryginału. Przykład - kiedy Sulley bawi się z Boo w chowanego w toalecie, Wazowski wrzeszczy "co ty? kafel nabłyszczasz?!". W oryginale jednooki potwór krzyczał "what are you doing?!". Mało śmieszne po angielsku - prawda? Takie potraktowanie oryginału przez Bartka Wierzbiętę godne jest najwyższego uznania, podobnie jak wplecione w dialogi polskie akcenty ("przepraszam, którędy na Giewont?", "wsiąść do pociągu byle jakiego"), oraz genialny pomysł na wykorzystanie haseł z poprzedniej epoki, typu "stres wrogiem zdrowia" czy "przerwa - zdobycz socjalna". W jednej scenie Randall mówi tekst Jurka Owsiaka "oj, będzie sie działo!". Nawet gaworzenie Boo doczekało się rozbrajającego "desce niespokojne potalgały sad" z serialu o czterech pancernych. Tutaj naprawdę możemy być dumni z polskiego dubbingu, ponieważ paradoksalnie oferuje on film dużo śmieszniejszy od oryginału.

Komputerowe filmy animowane, choćby ze względu na skąpą reprezentację, funkcjonowały z początku tylko jako efektowne novum. Prawdziwy przełom nastąpił w związku ze "Shrekiem", którego niebywały sukces ustawił w pozycji niejako archetypu gatunku. Szczególnie jeśli chodzi o charakterystykę głównych bohaterów. Nie wiem, czy twórcy "Monsters Inc." wymyślili postaci Sulleya i Mike'a, na podstawie duetu Shrek - osiołek. Być może nie, zważywszy na czasochłonny, kilkuletni okres produkcyjny każdego filmu komputerowego. Lecz podobieństwo jest uderzające (tak samo jak w przypadku duetu Sid - Maniek z "Epoki lodowcowej"), co może być chyba jedynym minusem, zapisanym na konto twórców. Bo zarzut, z którym się kilkakrotnie spotkałem, że "Shrek" jest śmieszniejszy od "Monsters Inc.", nie jest chyba najszczęśliwszy. Oba filmy to dzieła z dwóch odmiennych bajek, rządzonych nieco innymi prawidłami. "Shrek" to radosny cios w samo serce klasycznej baśni, gdzie każda archetypowa sytuacja i postać została szyderczo wyśmiana i bezlitośnie wywrócona na lewą stronę. "Potwory i Spółka" to w dalszym ciągu sznyt Walta Disneya, co prawda unowocześniony i bardziej zawadiacki niż rysowani poprzednicy, ale wciąż zachowujący konsekwentny, bezpieczny, familijny styl tej wytwórni.



reżyseria - Peter Docter, David Silverman, Lee Unkrich
reżyseria animacji - Patrick James, Thomas Jordan, Byron Bashforth, David MacCarthy, Keith Stichweh
scenariusz - Andrew Stanton, Dan Gerson
wg pomysłu - Petera Doctera, Jill Culton, Ralpha Egglestona i Jeffa Pidgeona
światło - Scott Clifford
muzyka - Randy Newman
montaż - Jim Stewart
scenografia - Harley Jessup, Bob Pauley
produkcja - Darla K. Anderson
producent wykonawczy - John Lasseter, Andrew Stanton
efekty wizualne - Michael Fong, Michael Kilgore, Jack Paulus, Galyn Susman, Allison Torres
czas projekcji - 92 min.
premiera - 2001. 10. 28




wersja oryginalna

John Goodman
Billy Crystal
Mary Gibbs
Steve Buscemi
James Coburn
Jennifer Tilly
Bob Peterson
John Ratzenberger
Frank Oz
Bonnie Hunt
Samuel Lord Black
Steve Susskind

wystąpili



Sulley
Mike Wazowski
Boo
Randall
Moczyknur
Celulinka
Roz
Yeti
Fąflak
instruktorka
Grześ
brygadzista



wersja polska

Paweł Sanakiewicz
Wojciech Paszkowski
Weronika Zakrzewska
Sławomir Pacek
Aleksander Bednarz
Małgorzata Kożuchowska
Krystyna Rutkowska
Krzysztof Stelmaszyk
Jarosław Boberek
Agnieszka Kunikowska
Marcin Troński
Wojciech Machnicki

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Joanna Wizmur
dialogi - Bartek Wierzbięta
teksty piosenek - Filip Łobodziński
wykonanie piosenek - Paweł Sanakiewicz, Wojciech Paszkowski



Błazenek Marlin samotnie wychowuje swego syna Nemo. Lecz maluch ma coraz bardziej dosyć nadopiekuńczości taty, bojącego się wyściubić nos poza Wielką Rafę Koralową. Pewnego dnia, podczas zajęć szkolnych, Nemo wskutek własnej brawury dostaje się do akwariowej niewoli dentysty z Sydney. Przerażony Marlin rusza w pościg za synem, w czym pomaga mu sklerotyczna rybka Dory. Tymczasem wieści o bohaterskim Marlinie i jego wyczynach, pocztą pantoflową rozchodzą się w oceanie i docierają do zamkniętego w akwarium Nemo...

Był dziecięcy pokój, była łąka i miasto potworów, więc przyszedł czas na morskie głębiny. Spośród wszystkich filmów Pixara, "Gdzie jest Nemo" jest z pewnością najbardziej adresowany do najmłodszej widowni. Złożyła się na to tematyka filmu, zbudowana wokół konfliktu ojca z synem, dziecięcy bohater, bajecznie kolorowe środowisko akcji, oraz ckliwo-melodramatyczne chwile z udziałem Marlina i Nemo, przywodzące na myśl ciepłe, animowane kluchy Disneya. Na szczęście to nie Disney był twórcą filmu, dzięki czemu nietypowy jest już początek, gdzie niczym u Hitchcocka widzimy bardzo dramatyczne zawiązanie fabuły, ze śmiercią Koral, żony (?) Marlina i zeżarciem ich przyszłego potomstwa przez wielką barakudę włącznie. Złośliwi upatrują w prologu filmu największej animowanej (nie pokazanej zresztą) masowej rzezi wszechczasów - w końcu z ok. 400 jajeczek ostaje się tylko jeden Nemo. Scena ta pierwotnie miała być dawkowana we fragmentach, jako retrospekcja Marlina.

Czterech lat potrzebowali pixarowscy artyści by okiełznać nowe dla nich środowisko i umieścić w nim dopieszczoną fabułę, która tradycyjnie powstała jako wypadkowa wielu różnych pomysłów. Ekipa Andrew Stantona może być stawiana za wzór pracy nad scenariuszem, który nie jest świętym manuskryptem swego autora (jak uważają twórcy europejscy), lecz stanowi spójny miks idei, zrodzonych w głowach zarówno scenarzystów, jak i animatorów, czy scenografów. Pierwszym sprawdzianem dla grafików, który decydował o rozpoczęciu pracy nad "Gdzie jest Nemo", było odwzorowanie środowiska wodnego. Udało mi się to tak doskonale, że trzeba było wręcz pogorszyć jakość ich pracy, by odpowiadała ona bajkowej atmosferze całej opowieści. Aby twórcy wiedzieli w jakim środowisku mają się poruszać, John Lasseter wysłał ich na Wielką Rafę Koralową, w celu osobistego przeżycia podwodnej przygody. Projekty postaci wzorowano na dokumentalnych zdjęciach ryb morskich i akwariowych, a także na martwych rybkach, które dokonały żywota w sklepach zoologicznych. Posłużyły one do cyfrowego zeskanowania ich sylwetek. Wśród osiągnięć technicznych, nierozpoznawalnych dla zwykłego oka, z pewnością należy wymienić sposób oświetlania błazenków. Ich ciała są tak wiotkie, że część światła przez nie przenika, co twórcy nazwali "efektem galaretki". Aby jednak postaci były mimo wszystko wyraziste, należało użyć dodatkowych świateł, rysujących ich sylwetki i wszystkie niuanse wspaniale animowanych rybich facjat.

Za wyborem błazenków, jako głównych bohaterów filmu przemawiało to, że te ryby nie opuszczają swego bezpiecznego domu w ukwiale. Z filmowego punktu widzenia był to doskonały wybór, gdyż bohaterem opowieści najlepiej uczynić postać, która jest pozornie najmniej odpowiednia do przeżycia wielkiej przygody. Na tej samej zasadzie skonstruowano chociażby "Rybki z ferajny" (wojnę wielkim rekinom wypowiada malutki gębomyj). Pierwotnie towarzyszem niedoli Marlina miał być samiec. Pewnego dnia Andrew Stanton zobaczył w TV "The Ellen DeGeneres Show" i zachwycił się jej pozornie chaotycznym sposobem prowadzenia programu, idealnie pasującym do sklerozy Dory, potrafiącej w jednej chwili zmienić temat. Nieco zaskakująco rozegrano finał filmu. Zamiast zakończyć opowieść na spotkaniu Marlina, Dory i Nemo, twórcy dodali dramatyczny epizod z rybakami. Miało to na celu niejako przeegzaminowanie postaci pod kątem wszystkiego, co przeżyły w trakcie fabuły. Marlin musiał uznać zaradność Nemo, który z kolei zapamiętał nauki z akwarium. Drugim powodem był artykuł prasowy, który wpadł w ręce Andrew Stantona, traktujący o norweskich rybakach łowiących dorsza. W trakcie wyciągania pełnych sieci, wszystkie ryby popłynęły w przeciwną stronę i przewróciły łódź. Stantona tak mocno zainspirował ten nieoczekiwany przejaw rybiej mocy, że postanowił dopisać tę sekwencję do scenariusza.

Jak każe pixarowska tradycja, aluzji do własnego dziedzictwa znajdziemy tu całe mnóstwo. Poczekalnia w gabinecie dentysty z Sydney została stworzona na wierne podobieństwo poczekalni dentystycznej w Emeryville, gdzie Pixar ma swoją aktualną siedzibę. Kiedy Nemo chaotycznie rozgląda się po gabinecie dentysty, przez chwilę widać na podłodze zabawkę Buzza Astrala. Scena, w której ryby w akwarium mówią po kolei skąd się wzięły (sklepy zoologiczny, tudzież aukcja na e-bayu), to kopia analogicznego epizodu z "Toy Story", kiedy zabawki jedna przez drugą opowiadają Buzzowi, jaka firma je stworzyła. Rozczulający Junior, syn żółwia Luzaka, w oryginale mówił głosem Nicka Birda, syna Brada Birda, późniejszego reżysera "Iniemamocnych". Mały chłopiec, czekający w kolejce do dentysty, czyta komiks o panu Iniemamocnym. Postać wrednej małolaty Darli to wariacja na temat Sida, niszczyciela zabawek z "Toy Story". Zaś samo imię nawiązuje do Darli K. Anderson, producentki z Pixara, kierującej powstawaniem "Dawno temu w trawie", "Potworów i Spółki" oraz "Aut".

Napisy końcowe rozpoczynają się planszą, informującą o dedykacji filmu Glennowi McQueenowi, zmarłemu w 2002 roku w wieku 42 lat animatorowi z Pixara. Wymyślając napisy końcowe, pixarowcy tym razem nie zdecydowali się na prezentację nieudanych ujęć, jak czynili to w trzech poprzednich filmach. Wyszli z założenia, że co za dużo to niezdrowo. Zamiast tego, wykorzystano kilkuletnie przywiązanie animatorów do generowanych przez nich postaci. Na napisach końcowych główni bohaterowie filmu mogli wreszcie robić to, czego fabuła filmu nie przewidywała, a ścisłe ramy czasowe nie pozwalały. Dzięki temu długa lista płac posłużyła za plac zabaw dla wszystkich filmowych rybek i żółwi. Pod koniec zjawia się nurkujący Mike Wazowski z "Potworów i Spółki", w ramach tradycji pojawiania się postaci z poprzedniego filmu Pixara. Zaś na kilka sekund przed końcem... zobaczcie sami... :))

Fabuła "Gdzie jest Nemo" po raz kolejny pozwalała na cytowanie klasyków kina. Od czasu spielbergowskich "Szczęk", standardem jest wstawianie do ścieżki dźwiękowej basowych smyczków, gdy tylko na ekranie pojawia sie rekin. Pixarowcy poszli nieco dalej i swojego rekina nazwali Bruce (w polskiej wersji Żarło), na cześć mechanicznego modelu, używanego przez Spielberga, a ochrzczonego właśnie tym imieniem. Drugi klasyk horroru, "Lśnienie" Kubricka, został zacytowany w dynamicznej scenie pogoni Żarła za Marlinem i Dory we wnętrzu wraku łodzi podwodnej. Forsując metalowy właz, rekin wstawia łeb przez szczelinę i w oryginale krzyczy "Here's Brucey!", jako hołd dla genialnego Jacka Nicholsona, który u Kubricka robił to samo, ale z tekstem "Here's Johnny!". Wreszcie twórcy "Gdzie jest Nemo" zacytowali samego Hitchcocka, a właściwie słynny, smyczkowy motyw muzyczny Bernarda Herrmanna z "Psychozy" w dwóch scenach z małą Darlą. Ducha sir Alfreda widać także w scenie otaczania Marlina, Dory i pelikana Nigela przez głupie mewy, stylizowanego na "Ptaki". Blizny na ciele Idola mogą kojarzyć się z Alem Pacino i jego "Człowiekiem z blizną" Briana De Palmy. Kiedy Idol przedstawia plan ucieczki z akwarium, na krótką chwilę łagodny styl filmu zmienia charakter, na rzecz dynamicznego pokazu wnętrza pompy, bezbłędnie stylizowanego na "Mission: Impossible". Przez chwilę słychać także fragmencik słynnego tematu muzycznego Lalo Schifrina. A laser przeczesujący akwarium, kojarzy się z prologiem "Aliens" Jamesa Camerona.

Joanna Wizmur i Elżbieta Łopatniukowa jak zwykle stanęły na wysokości zadania. Polski dubbing to kolejna perełka "Gdzie jest Nemo". Brawa na stojąco należą się parze Marlin - Dory. Oryginalnie rolę taty błazenka przeczytał Albert Brooks, znany amerykański aktor i reżyser. Po polsku zastąpił go Krzysztof Globisz. Kto pamięta jego wariackie wyczyny w "Superprodukcji" Juliusza Machulskiego, z pewnością dostrzeże tę samą nerwową ekspresję na granicy histerii, jaką krakowski aktor po mistrzowsku włożył w postać Marlina. Doskonale zgrał się on z Joanną Trzepiecińską, która przeuroczo przemówiła głosem zapominalskiej Dory (w oryginale równie znakomita Ellen DeGeneres). Po raz kolejny potwierdza się większa swoboda twórców filmów animowanych, nad konwencjonalnymi. Takich dialogów Globisz i Trzepiecińska nigdy nie mieliby okazji zagrać w filmie aktorskim. Wybitny aktor Willem Dafoe ("Pluton") zagrał Idola, szefa akwariowej braci z tajemniczą przeszłością. W polskiej wersji Idolem przemówił Olaf Lubaszenko. Zrobił to bez zarzutu, lecz w jego głosie zabrakło tej charakterystycznej zimnej chropowatości Willema Dafoe. Bardzo sympatycznie wypadł Mirosław Baka w roli żółwia Luzaka. Jan Frycz nieco zaskoczył niskim tembrem rekina Żarło. Rozśpiewana płaszczka to równie nieoczekiwany występ satyryka Rudiego Schubertha. Za to szefa ławicy łatwo rozpoznać po zawadiackim wokalu Stefana Friedmanna. Dla wielbicieli shrekowej księżniczki Fiony, znajomym będzie głos akwariowej rybki Deb (tej, która wymyśliła sobie siostrę bliźniaczkę), należący do Agnieszki Kunikowskiej. "Gdzie jest Nemo" powinni także obejrzeć fani telenoweli "Złotopolscy", bo ich komendant Gabriel, czyli Paweł Wawrzecki, świetnie zdubbingował pelikana Nigela (w oryginale zdobywca Oscara Geoffrey Rush).

Postaci z "Gdzie jest Nemo" pojawiły się także w "Exploring the Reef" (2003) Rogera Goulda. Nie jest to jednak krótki filmik animowany, do których Pixar zdążył nas przyzwyczaić, lecz siedmiominutowy film popularnonaukowy o oceanie i jego mieszkańcach. Gospodarzem filmiku jest Jean-Michel Cousteau, a pomagają mu Nemo, Marlin i Dory, specjalnie animowani na potrzeby tego dodatku, który można znaleźć w przebogatych bonusach DVD do "Gdzie jest Nemo".



reżyseria - Andrew Stanton, Lee Unkrich
reżyseria animacji - Dylan Brown, Oren Jacob, Frank Aalbers, Chris Bernardi, Fareed Behmaram-Mosavat, Keith Klohn
scenariusz - Andrew Stanton, Bob Peterson, David Reynolds
wg pomysłu - Andrew Stantona
zdjęcia - Sharon Calahan, Jeremy Lasky
muzyka - Thomas Newman
montaż - David Ian Salter, Lee Unkrich
scenografia - Ralph Eggleston
produkcja - Graham Walters
producent wykonawczy - John Lasseter
efekty wizualne - Lisa Forssell, Michael Kilgore, George Nguyen
czas projekcji - 100 min.
premiera - 2003. 05. 30




wersja oryginalna

Albert Brooks
Ellen DeGeneres
Alexander Gould
Willem Dafoe
Andrew Stanton
Barry Humphries
Bill Hunter
Brad Garrett
Bob Peterson
Eric Bana
Joe Ranft
Bruce Spence
LuLu Ebeling
Vicki Lewis
Allison Janney
Geoffrey Rush
Elizabeth Perkins

wystąpili



Marlin
Dory
Nemo
Idol
żółw Luzak
rekin Żarło
dentysta
Rozdym
Ray
szef ławicy
Jacques
Tępy
Darla
Deb
Malina
pelikan Nigel
Koral



wersja polska

Krzysztof Globisz
Joanna Trzepiecińska
Kajetan Lewandowski
Olaf Lubaszenko
Mirosław Baka
Jan Frycz
Jan Kulczycki
Sławomir Orzechowski
Rudi Schuberth
Stefan Friedman
Jarosław Boberek
Andrzej Fedorowicz
Zofia Jaworowska
Agnieszka Kunikowska
Agnieszka Matysiak
Paweł Wawrzecki
Grażyna Wolszczak

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Joanna Wizmur
dialogi - Elżbieta Łopatniukowa



Pytanie - co wyjdzie z połączenia "Prawdziwych kłamstw", filmów z Bondem i "Małych agentów"? Odpowiedź - może w rękach kogoś innego wyszedłby niezborny gniot, nieudolnie powielający pomysły Jamesa Camerona, Roberta Rodrigueza czy Neila Purvisa. Lecz scenarzyści Pixara są klasą dla samych siebie, dlatego też "Iniemamocni" to zachwycające kino akcji, w którym zapożyczenia i aluzje zyskują dodatkowy walor. Założenie fabuły wyjęte jest wprost z komiksowych opowieści o superbohaterach, którzy pewnego dnia popadli w niełaskę i od tej pory są zmuszeni żyć pod przykrywką. Lecz waleczny duch nie śpi, pomimo założenia rodziny przez pana Iniemamocnego. Jego żona Helen (w przeszłości superbohaterka Elastyna) przedzieżgnęła się w kurę domową, a ich dorastające dzieci cierpią w szkole z powodu ukrywania swych nadnaturalnych zdolności, odziedziczonych po tak niezwykłych rodzicach. Lecz licho nie śpi - oto światu zagraża Syndrom, opętany żądzą władzy rudzielec, niegdyś niechciany kompan pana Iniemamocnego...

Porównując "Iniemamocnych" do poprzednich filmów Pixara, wyraźnie widać przesunięcie pułapu odbioru fabuły w kierunku starszego widza. Ducha beztroskiej zabawy zastąpiło bardzo poważne potraktowanie zagrożeń, czyhających na tytułowych bohaterów. Zmiany należy upatrywać w nazwiskach twórców. Główna ekipa, skupiona wokół scenarzysty i reżysera Brada Birda (po raz pierwszy tylko jeden człowiek firmuje obie funkcje), twórcy pełnometrażowych filmów animowanych ("Stalowy gigant"), to zupełnie nowi ludzie na firmamencie pixarowskich gwiazd. Przypływ świeżej krwi widać niemal w każdej scenie, począwszy od prologu, stylizowanego na przekaz telewizyjny, czy efekt "starego kina". Zupełnie jak w dorosłych produkcjach aktorskich. Dochodzimy tutaj do największej niespodzianki, bo oto bohaterami filmu wreszcie uczyniono ludzi. Nie bawiono się tu jednak w fotorealistyczne zawody z rzeczywistością (jak w "Ekspresie polarnym" Zemeckisa). Projekty postaci są komiksowo uproszczone, jak w tradycyjnym filmie rysunkowym; sama głowa pana Iniemamocnego, z charakterystycznym połączeniem nosa i czoła, wygląda jak rzymski hełm i z rzeczywistością ma więcej wspólnego dopiero na poziomie mimiki.

Ciekawie wygląda scenografia filmu, która świadomie nawiązuje do lat 50. a raczej do wyobrażeń przyszłości z tamtych czasów. Wieżowce w centrum, przedmieścia, baza Syndroma - wszystko sprawia wrażenie żywcem wyjętych z wczesnych filmów o Bondzie, tandetnych seriali z Supermanem i Batmanem i przede wszystkim komiksów. Także fantastyczna muzyka Michaela Giacchino jest świadomą wariacją na tematy bondowskie Monty Normana i Johna Barry'ego (który miał pierwotnie napisać muzykę do filmu), partytury Henry Manciniego z "Różowej pantery", oraz "Mission: Impossible" Lalo Schifrina. Z drugiej strony na wskroś współczesne jest tempo narracji. Po raz pierwszy szybkością montażu scen akcji i mobilnością kamery, Pixar może się licytować z Michaelem Bayem. Kolejną nowością jest niemal całkowita rezygnacja z cytowania i ukrytych nawiązań do poprzednich filmów Pixara. To zasługa wspomnianej już "świeżej krwi" ekipy Brada Birda. Jako nowy człowiek na pokładzie, mógł on bez żadnych historycznych obciążeń zrealizować zupełnie nową wizję przy użyciu pixarowskiej technologii (kiedy Bird wpadł na pomysł "Iniemamocnych" na początku lat 90. chciał zrobić ten film tradycyjną animacją). Znakomicie zagrały natomiast nawiązania do innych filmów aktorskich. Samuel L. Jackson, oryginalnie użyczający głosu Mrożonowi, w scenie picia wody przed celującym w niego gliniarzem, otrzymał okazję do zrobienia sobie jaj z niemal analogicznej sceny ze "Szklanej pułapki 3". W tamtym filmie, przypomnijmy, grany przez Jacksona Zeus, wbrew celującemu w niego policjantowi, odbiera w metrze telefon od Simona Grubera. Fenomenalna sekwencja ucieczki Maxa przed żołnierzami Syndroma, to oczywista powtórka pościgu na ścigaczach z "Powrotu Jedi"; wykorzystano tu nawet identyczny efekt dźwiękowy.

Pora na zachwyty na polskim dubbingiem :)). Podobnie jak szefostwo Pixara, rodzimi adaptatorzy także postanowili skorzystać z nowych ludzi. Zamiast wszechobecnej Joanny Wizmur ze Start International Polska, reżyserem dubbingu został Waldemar Modestowicz z Master Filmu (nazwa firmy wybitnie adekwatna). Miejsce wydawałoby się dożywotnio zarezerwowane dla Elżbiety Łopatniukowej albo Bartka Wierzbięty, zajął mało znany wcześniej tłumacz Jan Wecsile (czasem podpisywany jako Kuba Wecsile). Jego praca pozbawiła polską wersję językową nawiązań do rodzimych haseł (może oprócz "błędów i wypaczeń", wygłaszanych przez Violę), ale po przeładowanym "Shreku 2" była to nad wyraz trafiona decyzja. Polski przekład koncertowo skrzy się dowcipem, doskonale wysnutym z mowy potocznej, szczególnie w tekstach Kari, nastoletniej opiekunki małego Jack-Jacka. "Iniemamocni" po polsku (swoją drogą doskonały polski tytuł, nawiązujący do drugiej części perypetii Kargulów i Pawlaków) to uczta dla uszu, z daniem głównym w postaci Piotra Fronczewskiego, wielkiego aktora z głosem za milion dolców. Wcześniej mogliśmy go usłyszeć w roli szablozębnego tygrysa z "Epoki lodowcowej", lecz tutaj pan Piotr jako pan Iniemamocny, był po prostu Iniezastąpiony :)) Oryginalny głos należał do Craiga T. Nelsona ("Poltergeist", "Adwokat diabła"). Bardzo dobrze wypadła Dorota Segda jako Elastyna (Holly Hunter - przedstawiać nie trzeba) i Piotr Adamczyk w roli Syndroma (Jason Lee, aktor-fetysz Kevina Smitha).

Niespodziewanie fantastycznie przemówiła Kora z Maanamu, dubbingująca małą, wyszczekaną projektantkę Ednę - cud, miód i orzeszki. W oryginale Edną mówił sam reżyser Brad Bird, zaś postać tę stworzono na podobieństwo Edith Head, legendarnej hollywoodzkiej projektantki filmowych kostiumów, m.in. do filmów Alfreda Hitchcocka. Piotr Gąsowski zdubbingował superbohatera Mrożona, zaś głos jego żony (którą na ekranie tylko słychać w jednej ze scen), w polskiej wersji należał do Hanny Śleszyńskiej, prywatnie żony Gąsowskiego. Swoje pięć minut miał także Stanisław Tym, choć jego głosu akurat nie sposób rozpoznać w postaci Hupha, małego szefa pana Iniemamocnego. Stroniący ostatnimi laty od ról aktorskich Jerzy Kryszak, po użyczeniu swego znakomitego głosu czarnemu charakterowi ze "Stuarta Malutkiego 2", w "Iniemamocnych" zdubbingował Dickera, człowieka stojącego za urzędowym ukrywaniem prawdziwej tożsamości superbohaterów. Danuta Stenka zaś nie miała okazji do wypowiedzenia na ekranie tytułu swego największego przeboju ("Nigdy w życiu" - to akurat kilkakrotnie powiedziała Elastyna), ale za to przeuroczo naciągała rosyjską wymową w roli Mirage. Sędziwy Wiesław "Jej Ekscelencja" Michnikowski, po raz kolejny zagrał kobietę, a konkretnie podłożył głos pod małą, zapłakaną babcię-petentkę u pana Iniemamocnego. Podsumowując temat - polski dubbing nadal ma się doskonale, wciąż potrafi zaskakiwać, śmieszyć, wzruszać i oby tak dalej!



scenariusz i reżyseria - Brad Bird
reżyseria animacji - Rick Sayre
zdjęcia - Andrew Jimenez, Patrick Jin, Janet Lucroy
muzyka - Michael Giacchino, Tim Simonec
montaż - Stephen Schaffer
scenografia - Lou Romano
produkcja - John Walker
producent wykonawczy - John Lasseter
efekty wizualne - Mach Tony Kobayashi
czas projekcji - 121 minut
premiera - 2004. 10. 27




wersja oryginalna

Craig T. Nelson
Holly Hunter
Jason Lee
Sarah Vowell
Samuel L. Jackson
Brad Bird
Spencer Fox
Wallace Shawn
Bud Luckey
Elizabeth Pena
Jean Sincere

wystąpili



Iniemamocny
Elastyna
Syndrom
Viola
Mrożon
Edna
Max
Huph
Dicker
Mirage
pani Hogenson



wersja polska

Piotr Fronczewski
Dorota Segda
Piotr Adamczyk
Karolina Gruszka
Piotr Gąsowski
Kora
Filip Radkiewicz
Stanisław Tym
Jerzy Kryszak
Danuta Stenka
Wiesław Michnikowski

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Waldemar Modestowicz
dialogi - Jan Wecsile



Zygzak McQueen jest nową gwiazdą wyścigów samochodowych. Polega tylko na sobie, nie ma przyjaciół, potrafi zrazić do siebie nawet osobistego mechanika, ale ślepo wierzy w swój czar, urok i sukces. Lecz podczas wyścigu nie zmienia opon i rzutem na taśmę wygrywa ex-eaquo z dwoma rywalami. Zarządzony zostaje dodatkowy wyścig. Podczas podróży na drugi koniec kraju, jego kumpel tir zasypia i gubi go gdzieś na autostradzie. Zygzak pośród nocy myli kierunki i wpada z hukiem do zapomnianego miasteczka Chłodnica Górska, które popadło w ruinę, odkąd przecinająca je Route 66 straciła na znaczeniu. Zygzak niszczy główną ulice mieściny, za co dostaje wyrok od miejscowych władz - położenie nowego asfaltu. Mimo rozpaczliwych prób ucieczki, mistrz prędkości nie może zwiać z Chłodnicy Górskiej, gdzie powoli, na przekór swemu nieznośnie gwiazdorskiemu charakterowi zdobywa sympatię mieszkańców. Zesłanie na końcu świata, zrazu przekreślające udział w decydującym wyścigu, niespodziewanie staje się dla Zygzaka okazją do znalezienia czegoś, co do tej pory omijał szerokim łukiem, czyli przyjaźni i miłości...

Po obejrzeniu zwiastuna tego filmu, niektórzy z góry nie zostawili suchej nitki na najnowszym filmie Johna Lassetera, upatrując w nim błahą i byle jaką historyjkę, zrobioną tylko po to, by Pixar mógł jak najszybciej wykonać kontrakt z Disneyem i odczepić się od niechcianego partnera w interesach. Firma, która na początku swej drogi potrzebowała potężnego sprzymierzeńca, w ciągu 10 lat tak urosła w siłę, popartą wynikami box-office i jednomyślnymi zachwytami kinomanów na całym świecie, że teraz to oni mogą dyktować warunki produkcji i dystrybucji. Lecz zarówno dla zdeklarowanych pasjonatów pixarowskich arcydzieł, jak i dla szeregowych bywalców sal kinowych, zakulisowe rozgrywki nie mają żadnego znaczenia. Liczy się tylko magia kina, w której tworzeniu mistrzowie z Pixar Animation Studios nie mają sobie równych. Na szczęście nie spełniły się czarne scenariusze, według których Walt Disney Studios wyprodukuje "Toy Story 3" bez udziału Pixara, choć prawnie wszystko było w porządku, gdyż to Disney dzierżył prawa do kolejnych części. 24 stycznia 2006 roku Disney kupił Pixara, lecz nie po to, by zniszczyć konkurenta. Pixar nadal będzie robił to samo, lecz już w ramach Walt Disney Studios. Jedną z pierwszych decyzji Catmulla i Lassetera było zastopowanie prac nad "Toy Story 3", prowadzonych w disneyowskim oddziale animacji. Co wróży jak najlepiej dla przyszłych relacji między niegdysiejszymi rywalami.

Ale nie zwiastunem "Auta" stoją. Ciekawe, czy Pixarowcom skończa się kiedyś pomysły na skuteczne czarowanie widzów swoimi bajkami? W ciągu 20 lat działności tylko krótki film "Boundin'" wyszedł im pod kreską. "Auta" to kolejne triumfalne potwierdzenie jakości studia i powrót w glorii Johna Lassetera na reżyserski stołek. W komputerowych bajkach rozpleniło się ostatnimi czasy przekonanie, że najlepszymi bohaterami będą zwierzątka. Pixar także przyłożył do tego rękę w "Dawno temu w trawie" i "Gdzie jest Nemo". Lecz przy "Autach" Lasseter poszedł - niczym jego bohaterowie - po percepcyjnej bandzie. Pomysł, by ludzkimi przymiotami obdarzyć samochody, był iście karkołomny. Świat filmu wygląda tak, jak gdyby budujący go ludzie nagle wyginęli, a samochodziki przejęły wszystko wokół. Każde żywe stworzenie jest tu samochodem, pociągiem, ciągnikiem, kombajnem czy samolotem. Nawet muchy to maleńkie autka ze skrzydłami. Czy można się przekonać do takich zmotoryzowanych bohaterów, którzy co prawda zachowują się jak ludzie, ale ich przednie szyby robią za oczy, przód maski za usta, a czasami koła i osie - za ręce i nogi? Lasseter pomyślał o każdym odpowiedniku ludzkiego ciała, ale czy miał pojęcie, jak taka radykalna zmiana zostanie odebrana przez widzów? Wszak jeszcze nikt nie poważył się na tak dalece idącą i tak krańcowo konsekwentną stylizację. W "Kto wrobił królika Rogera" było mówiące auto, ale to była postać trzecioplanowa, a karty rozdawali ludzie i narysowane futrzaki. Dodatkowo całość nie dzieje się w wymyślonym Monstropolis, tylko w samym środku amerykańskiej mitologii automobilowej, na słynnej trasie Route 66. Wydaje się, że jedynym wyjściem z sytuacji było pójście na całość, bez zastanawiania się nad pochodzeniem tego samochodowego społeczeństwa, bez tłumaczenia skąd tu auta i dlaczego wszystko co żyje posiada silnik. Tak ma być i koniec. W końcu to bajka.

"Iniemamocni" odbiegali znacznie od tego, co proponował Lasseter z kumplami. Początek "Cars" utrzymany jest właśnie w stylistyce dzieła Brada Birda. Ostry montaż, wirtualna kamera bijąca rekordy prędkości, spektakularny rozmach, rozpasane szerokie plany panoramicznego ekranu (po raz trzeci format 2,35:1), dużo akcji, dźwięku i efekciarskich stylizacji na przekaz TV z zawodów NASCAR. Słowem dzieje się. Lecz takiego dziania się Pixar jeszcze nie proponował. Gdyby nie mówiące auta, kadry w pełni wyglądałyby jak konwencjonalny film. Bajkowa plastyka nie pozostawia co prawda wątpliwości co do renderowanego charakteru obrazu, lecz w ramach konwencji osiągnięto porażający fotorealizm. Głębia obrazu, rozedrgany kadr, lśniące tekstury karoserii, rewelacyjne światło, wszystko to wygląda wręcz niebezpiecznie prawdziwie. Od czasu "Iniemamocnych" firma czterokrotnie zwiększyła prędkość stacji do renderingu, lecz mimo to każda klatka "Cars" generowała się przez 17 godzin. To daje pojęcie o jakości obrazu. A sama opowieść wkrótce zwalnia tempo do ulubionej prędkości Johna Lassetera. Pierwowzorem nazwy głównego bohatera, Lightning McQueena, był Glenn McQueen, zmarły w 2002 roku animator z Pixara, którego pamięci zadedykowano "Gdzie jest Nemo". Nazwisko Lightning (a także jego opony Buzzard Lightyear) to z kolei czytelna aluzja do Buzza Lightyeara (po naszemu Astral) z "Toy Story". McQueen to kolejny pixarowski bohater, ulepiony w ten sposób, by wypełnić część misyjną fabuły (jak mawia Szymon Majewski). Zygzaka nikt nie lubi. Kiedy jego menadżer chce rozdać kumplom mistrza wejściówki na wyścig, Zygzak nie potrafi wymienić ani jednego nazwiska. Lecz nie ma obawy - Pixar nie wali w czapę swojego młodego widza podanymi wprost problemami moralnymi. Zygzak od początku budzi sympatię, a jego walka z samym sobą raczej go radykalnie uszlachetnia, niż buduje od nowa. Poza tym jest poskładana z tylu elementów komediowych, że całość gładko wchodzi widzowi w każdym wieku. Po prostu pixarowska norma, którą mimo tego wciąż ogląda się z otwartą koparą.

Oryginalnie film miał nosić tytuł "Route 66", ale taki tytuł nosił już telewizyjny show z 1960 roku. Fabuła pierwotnie miała traktować o perypetiach samochodu o napędzie elektrycznym, pośród aut jeżdżących na gazie. Ekranowa Chłodnica Górska została napisana na podstawie kilku autentycznych miasteczek na tętniącej niegdyś życiem trasie 66. Pixarowcy w 2001 roku wybrali się na wyprawę tym zdegradowanym znaczeniowo traktem, a ich przewodnikiem był Michael Wallis, jeżdżąca encyklopedia trasy 66. Wg jego postaci Lasseter zbudował w filmie postać szeryfa, a Wallis sam przemówił jego głosem. Współreżyser "Aut" Joe Ranft niestety nie dożył premiery, zmarł w trakcie realizacji, 16 sierpnia 2005 roku. Jego pamięci dedykowany został zrówno ten film, jak i "Gnijąca panna młoda" Tima Burtona, której był współproducentem. Ranft był współautorem scenariuszy filmów Pixara, także podkładał głosy Lornetce w "Toy Story", Helmutowi w "Dawno temu w trawie", Pingwinowi w "Toy Story 2", francuskiej krewetce w "Gdzie jest Nemo" i ciężarówce Peterbilt w "Autach". Z 43 tysięcy projektów plastycznych wyłonił się parking wielkości Teksasu. Uroczy Złomek ma w sobie cechy Chevroleta z lat 50. Sally Carrera to oczywiście Porsche 911 Carrera. Wójt Hudson to model Hudsona Horneta z 1951 roku, szeryf to model policyjnego Mercury'ego, rocznik 1949. Roman to Chevrolet Impala, włoski sprzedawca opon Luigi to, jakżeby inaczej, Fiat 500. Guido został zaprojektowany na podobieństwo BMW Isetty. Piszczące fanki Zygzaka, Mia i Tia, to Mazdy MX-5 Miata, formacje skalne przypominają Cadillaki Ranch, sędziwa Lizzy to Ford T z 1913 roku. Mówiący głosem George'a Carlina (w polskiej wersji Jerzy Kryszak) Ogórek to volkswagen Minibus, a jego numer rejestracyjny odpowiada dacie urodzenia Carlina. Z kolei Pan Król to wyprodukowany w 1970 roku Plymouth Superbird, prowadzony wówczas przez rajdowca Richarda Petty'ego, skonstruowany specjalnie dla niego. Petty osobiście podłożył głos "swojemu" wozowi, a zgodność z oryginałem zachowano nawet przy finałowej przewrotce Króla, odtworzonej dokładnie wg analogicznego wypadku Petty'ego na torze Daytona w 1988 roku. Obcojęzyczny dubbing także zbudowano wokół gwiazd wyścigów. W niemieckiej wersji językowej prezentera TV zdubbingował sam Michael Schumacher, Giancarlo Fisichella użyczył głosu w analogicznej włoskiej wersji, a Fernando Alonso w hiszpańskiej. U nas wszystko odbywało się, zanim nastała kubicomania, więc w polskiej wersji usłyszeliśmy autentycznych prezenterów - Włodzimierza Zientarskiego z synem, a także Martynę Wojciechowską w roli... Grażyny Turbickiej :)).

Jeśli już jesteśmy przy polskim dubbingu, to warto odnotować udział Daniela Olbrychskiego, podkładającego głos wójtowi Hudsonowi (w oryginale stosownie słynny Paul Newman). To bodajże debiut naszego wielkiego aktora przy dubbingu bajki, lecz najwidoczniej mu się to spodobało, czego dowodem udział w dubbingu najnowszej komputerowej bajki w reżyserii Luca Bessona "Artur i Minimki". Piotr Adamczyk, którego wszędzie pełno, zupełnie jak Ewana McGregora w kinie światowym, z wdziękiem pogadał głosem Zygzaka McQueena (u nich Owen Wilson). Dorota Segda, po głosie Elastyny w "Iniemamocnych", ponownie przemówiła w filmie z Pixara, tym razem jako lśniąca Sally Carrera (Bonnie Hunt, w "Jerry Magiure" siostra Renee Zellweger). Witoldowi Pyrkoszowi też najwidoczniej dubbing służy (wcześniej jako Śmierdzący Pete w "Toy Story 2"), bo ten sędziwy już aktor z porywającą energią przemówił głosem zwariowanego Złomka. Tłumacz Jan Wecsile, po fantastycznym tłumaczeniu dialogów do "Iniemamocnych", ponownie stanął na wysokości zadania. Znalazł nawet miejsce na kilka aluzji, czytelnych wyłącznie dla polskiego widza. Kiedy Zygzak staje przed niechcianymi sponsorami i zapada cisza, nagle z tłumu ktoś woła "Kluczbork". Kto widział "Rejs" ten wie o co chodzi. Z równie kultowych "Wniebowziętych" pochodzi entuzjastyczny okrzyk Złomka z końcówki filmu, o tym, że czasami to trzeba sobie polatać. No a już nazywania wójta "wójtem dyrektorem", a redaktora "ojcem redaktorem" nie trzeba rozszyfrowywać. Nietrafiony, pierwotny polski tytuł "Autostory" trafił ostatecznie do filmu, lecz, na szczęście, tylko w postaci tłumaczenia filmu, który auta oglądają w końcówce filmu. O co tu chodzi? Otóż wzorem nieudanych ujęć z poprzednich filmów, Lasseter dopisał śmieszny epilog, wyświetlany na napisach końcowych. Jest tam scena z kina samochodowego, w którym wyświetlane są "samochodowe" wersje poprzednich filmów Pixara. Tak więc auto Chudy drze się na auto Buzza "Jesteś zaaaabaaaawką!" ("Toy Story" przerobione na "Autostory"), auto Wazowski opieprza auto Sulleya, że on to nawet w Himalajach go nie słucha, a auto Flik dziwi się, ze auta-bohaterowie łąki są cyrkowcami ("Dawno temu w trasie"). Niby proste, ale czegoś tak odjechanego (dosłownie, w końcu cały czas chodzi o samochody) nie sposób przewidzieć, szczególnie że film został wypakowany humorem po sam sufit (kapitalna scena z traktorami i złowrogim kombajnem, zachowującym się jak wściekły konik polny z "Dawno temu w trawie"). Kiedy Zygzak i jego tir jadą sobie przez autostradę, przez chwilę widać druty telefoniczne, a na nich przez ułamek sekundy migają ptaszki z krótkometrażowego filmiku "For the Birds". Na ekranie na moment pojawia się nazwa miasta Emeryville, gdzie znajduje sie siedziba Pixara. A Złomek w scenie radości skacze tak wysoko w górę, że w pewnym momencie przelatuje na tle pełnej tarczy Księżyca (wiadomo, że chodzi o "E.T."). "Auta" zaspokoiły oczekiwania fanów, dowiodły pełnej twórczej żywotności Pixara, którego perypetie kontraktowo-własnościowe nie odbiły się w najmniejszym stopniu na jakości i wykonaniu dzieł, którymi zachwyca się od 20 lat cały świat.



reżyseria - John Lasseter, Joe Ranft
scenariusz - John Lasseter, Joe Ranft, Dan Fogelman, Kiel Murray, Phil Lorin, Jorgen Klubien,
oraz Robert L. Baird, Dan Gerson, Bonnie Hunt, Don Lake, Steve Purcell i Dan Scanlon
wg pomysłu - John Lassetera, Joe Ranfta i Jorgena Klubiena
reżyseria animacji - Eben Ostby
projekty plastyczne - Anthony B. Christov, Nathaniel McLaughlin, Gary Schultz, Jay Shuster, Craig Foster, Ellen Moon Lee
muzyka - Randy Newman
montaż - Ken Schretzmann
scenografia - William Cone, Bob Pauley
produkcja - Darla K. Anderson, Thomas Porter
efekty wizualne - Jessica Giampietro McMackin
czas projekcji - 121 minut
premiera - 2006. 03. 14




wersja oryginalna

Owen Wilson
Paul Newman
Bonnie Hunt
Daniel Lawrence Whitney
George Carlin
Paul Dooley
Cheech Marin
Jenifer Lewis
Tony Shalhoub
Michael Wallis
Richard Petty
Michael Keaton
John Ratzenberger
Darrell Waltrip
H.A. 'Humpy' Wheeler
Katherine Helmond
Guido Quaroni
Sarah Clark

wystąpili



Zygzak McQueen
wójt Hudson
Sally Carrera
Złomek
Ogórek
Kamasz
Roman
Lola
Luigi
Szeryf
Pan Król
Marek Marucha
Maniek
Darrel
Tex
Gienia
Guido
Turbicka



wersja polska

Piotr Adamczyk
Daniel Olbrychski
Dorota Segda
Witold Pyrkosz
Jerzy Kryszak
Włodzimierz Bednarski
Damian Damięcki
Stanisława Celińska
Artur Barciś
Krzysztof Kowalewski
Andrzej Blumenfeld
Adam Ferency
Sylwester Maciejewski
Włodzimierz Zientarski
Włodzimierz Press
Ewa Wiśniewska
Danilo de Girolamo
Martyna Wojciechowska

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Waldemar Modestowicz
dialogi - Jan Wecsile



Szczur Remy ma węch absolutny, co wykorzystują jego rodzina i kumple, żrący każdy odpadek ze śmietnika na francuskiej wsi. Remy na dodatek potrafi czytać i fascynuje się książką kucharską paryskiego mistrza Gusteau. Pewnego dnia cały szczurzy pomiot zostaje przepędzony z wiejskiej chaty. Remy gubi rodzinę w kanałach. Po ich opuszczeniu orientuje się, że wylądował w Paryżu i to dokładnie pod restauracją nieżyjącego już Gusteau, który, jako wytwór wyobraźni Remy'ego, podpuszcza szczura do zajęcia się kulinarnym repertuarem nieco podupadającej restauracji. Ale bezpośrednim powodem ingerencji Remy'ego jest obserwacja młodego pomywacza Linguiniego, który niechcący popsuł zupę i chce ją poprawić z jeszcze gorszym skutkiem. Szczur dociera do gara i doprawia zupę po swojemu. Potrawa okazuje się rewelacją. Biedny Linguini, ku wkurzeniu swego wrednego szefa Szpondera, zostaje uznany za doskonałego kucharza. Zanim powtórzy swój wyczyn musi tylko zabić jakiegoś szczura, który bezczelnie pałęta się po kuchni...

Robimy film. Weźmy odstającego od reszty pobratymców bohatera z "Dawno temu w trawie", spuśćmy go w kanale jak we "Wpuszczonym w kanał", odsuńmy od rodziny jak w "Gdzie jest Nemo" i dajmy mu antagonistę w typie pana Hupha z "Iniemamocnych". Tak mogłaby zacząć się recenzja umiarkowanie negatywna, punktująca podobieństwa ze wcześniejszymi komputerowymi bajkami. Ale się nie zacznie, ponieważ "A Bug's Life", "Finding Nemo" i "The Incredibles" to filmy tej samej wytwórni, która z autocytatów uczyniła sztukę, natomiast pomysł "Flushed away" powstał mniej więcej w tym samym czasie, czyli w roku 2000. "Ratatuj" to kolejny film Pixar Animation Studios, przy którym można powtórzyć pytanie "kiedy skończą im się pomysły?" No właśnie. Ósme pełnometrażowe dzieło wyprodukowane przez Johna Lassetera wciąż "działa", czyli jest po prostu znakomitym kawałkiem kina. Pixarowcy od samego początku zachowują się jak armia klonów Stevena Spielberga. Pomysłowość nie zna granic, a zdumiewająca technika wspomaga perfekcyjny scenariusz, który, choć najeżony prostymi, stokroć przemielonymi prawdami o życiu, unika moralizatorstwa jak ognia (no dobra, Spielberg moralizuje, ale dopiero od lat 90.). W coraz krótszych odstępach czasu, z lekkością, niemal spod palca Pixar serwuje kolejne wspaniałe bajki dla widza w każdym wieku.

Początki "Ratatuj" sięgają 2000 roku, kiedy to zdobywca Oscara za pixarowską krótkometrażówkę "Gra Geriego", czeski emigrant Jan Pinkava przyniósł do wytwórni pomysł na film o szczurze w paryskiej restauracji. Koncepcja, ze względu na swą "europejskość", była tak odległa od ówczesnego stylu wytwórni, że postanowiono ją zrealizować dopiero po planowanym wygaśnięciu kontraktu z Walt Disney Studios. Pinkava otrzymał zielone światło na prace preprodukcyjne. Tymczasem w 2004 świat oszalał na punkcie "Iniemamocnych". Przybyły z zewnątrz Brad Bird stał się oczkiem w głowie Steve'a Jobsa, Eda Catmulla i Johna Lassetera, którzy postawili Birda na czele zespołu przygotowującego "Ratatuj". Dotychczasowy scenarzysta i reżyser Jan Pinkava został w 2005 roku zepchnięty na drugi plan. Brad Bird gruntownie przerobił scenariusz, czyniąc m.in. z mistrza Gusteau ducha. Pinkava w napisach końcowych figuruje jako współreżyser (lecz nie na głównych planszach, tylko na czele drugorzędnych napisów przewijanych) i jako współautor pomysłu scenariusza, co dopełniło czary goryczy. Tak zakończyła się jego współpraca z Pixarem. Dziwaczny tytuł "Ratatouille", na pierwszy rzut oka celowo kojarzący się ze szczurem ("rat"), to francuska nazwa potrawy z Nicei, składającej się z gotowanych warzyw, głównie pomidorów, cukinii i papryki (scena, w której wsuwający ratatouille krytyk cofa się do czasów własnego dzieciństwa - bezcenna). Aby nie przerazić amerykańskiego widza, twórcy filmu w celach lingwistyczno-edukacyjnych zdecydowali się umieścić w logo filmu angielską transkrpycję "rat*a*too*ee".

Pixarowcy zawsze starali się unikać solidniejszej werbalnej interakcji światów ludzi i zabawek, potworów czy rybek. Jeśli łamali tę zasadę, to tylko w imię wyższej konieczności, jak w "Toy Story", gdzie mówiący Chudy raz i skutecznie przestraszył Sida, albo w "Potworach i spółce", gdzie wystarczyło gaworzenie Boo i finałowy monolog Wazowskiego. Poza tym żadnych shrekowych dialogów Ciasteczka z Farquaadem. W "Ratatuj" zastosowano zabieg, obecny wcześniej w filmach "Mustang z Dzikiej Doliny" czy "Mój brat niedźwiedź". Zwierzęta rozumieją mowę ludzi, natomiast mowa szczurów jest dla człowieka tylko niezrozumiałym popiskiwaniem. A pokazanie współpracy szczura i człowieka było niezbędne. Siłą rzeczy zdecydowano się na dość karkołomny zabieg w postaci "włosowego sterowania" Linguiniego przez Remy'ego. Nawet wobec bajkowego zawieszenia niewiary i przyjęcia fantastycznych reguł gry, ten patent nie jest zbyt przekonujący. Ale chyba ważniejsze są jego fabularne konsekwencje, powodujące salwy śmiechu wobec przedziwnej choreografii Linguiniego, walczącego ze swym ciałem.

Ta choreografia została przedstawiona na ekranie w zachwycający sposób. Patrząc na brawurową animację ciała Linguiniego, do głowy automatycznie przychodzi myśl, że do takich wygibasów niewątpliwie podparto się techniką przechwytywania ruchu. Tymczasem twórcy, jakby przeczuwając ten tor myślenia, na napisach końcowych wstawili informację "100% Computer Animation, No Motion Capture involved". Iście hitchcockowska filozofia robienia filmów (najpierw ograniczenia, potem robota). Przy takim założeniu formalnym Robert Zemeckis rozpłakałby się jak dziecko; wszak zarówno "Ekspres Polarny" jak i "Beowulf" techniką przechwytywania ruchu i mimiki stoją. Coś jest w przytoczonej wyżej myśli, że Pixarowcy robią swe filmy "spod palca", czyli lekko i bez wysiłku, w tym technicznym wypadku spod palca klikającego w myszkę bez technicznych skrótów typu motion capture. Ta lekkość to jednak wciąż tylko zręczna fasada, kryjąca najwyższą jakość scenopisarstwa i potworną ilość pracy grafików i animatorów, którzy nie mają sobie równych. Także zdjęcia w "Ratatuj" należą do najbardziej spektakularnych osiągnięć artystów z Emeryville. Nigdy wcześniej praca wirtualnej kamery i operowanie małą głębią ostrości nie były tak doskonałe, choć rekordy mobilności kamery wciąż należą do "Iniemamocnych". Ale tu nie o to chodziło. Tutaj widzowi miała ślinka cieknąć na widok zerojedynkowych warzyw i owoców, piękniejszych niż w rzeczywistości.

Przygotowaniem polskiej wersji językowej zajęli się Waldemar Modestowicz (reżyseria) i Jan Wecsile (tekst). To już ich trzecia praca nad filmem z Pixara. Wcześniej opracowali "Iniemamocnych" i "Auta" i trudno się dziwić, że dostąpili zaszczytu pracy nad "Ratatuj". Polski dubbing ani myśli zasypiać na wierzbiętowych laurach, choć pozornie nie ma nic prostszego nad przetłumaczenie tak doskonale napisanych dialogów. Wecsile znów pojechał trochę po współczesności, wstawiając w dialogi mohery i wyborczy tekst "mordo ty moja". Tu tkwi pułapka. Takie nawiązania są atrakcyjne w momencie prezentacji kinowej. Kiedy, po obowiązkowym holdbacku, "Ratatuj" trafi na krążki oraz do telewizji, te hasła automatycznie zyskają wątpliwy muzealny status. Podobnie było na przykład z wymienieniem nazwiska ówczesnego ministra Hausnera w "Rybkach z ferajny". Który normalny widz pamięta jeszcze tego niedoszłego reformatora polskiej gospodarki z lat 2003-2005? Jedynie hasło "gotować każdy może" zyskało dzięki kultowej piosence Jerzego Stuhra "Śpiewać każdy może" ponadczasowy status i nie będzie za kilka lat traktowane jako relikt czasów niedawno minionych.

Zbigniew Zamachowski, wybitny aktor o kreskówkowym głosie (choć nie przebije "kreskówkowością" głosu Jeffa Andersona, czyli Randala ze "Sprzedawców" Kevina Smitha), zyskał dubbingowy status człowieka od wszystkiego, niczym kilka lat temu Michał Żebrowski w polskim kinie aktorskim. Był już Shrekiem, Stuartem Malutkim, Garfieldem i Stichem. W "Ratatuj" przemówił głosem szczura Remy'ego i po raz kolejny zrobił to zawodowo, choć nie miał okazji do shrekowego szarżowania. Cezary Kosiński znakomicie wygrał niepewny, łamiący się intonacyjnie głos Linguiniego. Marian Opania poszarżował sobie przy podkładaniu głosu wrednemu Szponderowi. Dla Jerzego Kryszaka głos szczura Django to była bułka z masłem, w końcu ten aktor po raz dwunasty wystąpił głosowo w filmie kinowym (Kryszak z konwencjonalnego aktorstwa wypisał się już dawno; wyjątek uczynił tylko dla serialu "Dylematu 5", który lepiej traktować jakby go nigdy nie było). Nie zawiodła też Agnieszka Grochowska w roli Colette, choć można się było spodziewać kolejnego angażu dla Agnieszki Kunikowskiej. O reszcie polskiej obsady głosowej po raz kolejny trudno powiedzieć coś nowego ponad superlatywy z poprzednich filmów. Zawodowstwo i tyle.

"Iniemamocni" byli niemal całkowicie wyzuci z cytowania filmów kolegów. W "Ratatuj" Bird już nie mógł się powstrzymać i wstawił kilka autocytatów z "Iniemamocnych" - Bomb Voyage widoczny na chwilę na ulicy i bokserki Lingiuniego z logo Iniemamocnych. Marka motocykla Colette to nazwisko autorki zdjęć Sharon Calahan. A w scenie pościgu Szpondera za Remym, na moście przez chwilę widać znajomy samochód z Pizza Planet.



reżyseria - Brad Bird, Jan Pinkava
produkcja - Brad Lewis, John Lasseter
scenariusz - Brad Bird
wg pomysłu - Brada Birda, Jima Capobianco, Jana Pinkavy, Emily Cook i Kathy Greenberg
zdjęcia - Robert Anderson, Sharon Calahan
reżyseria animacji - David DeVan, Michael Venturini, Mark A. Walsh, Dylan Brown
projekty plastyczne - Luis Grane, Susan Bradley, H.B. 'Buck' Lewis
muzyka - Michael Giacchino
montaż - Darren T. Holmes
scenografia - Harley Jessup
efekty wizualne - Apurva Shah
czas projekcji - 110 minut
premiera - 2007. 06. 22



wersja oryginalna

Patton Oswalt
Ian Holm
Lou Romano
Brian Dennehy
Peter Sohn
Peter O'Toole
Brad Garrett
Janeane Garofalo
Will Arnett
Julius Callahan
James Remar
John Ratzenberger
Jake Steinfeld
Teddy Newton
Tony Fucile
Brad Bird
wystąpili



Remy
Szponder
Linguini
Django
Emile
Anton Ego
Gusteau
Colette
Horst
Lalo
Larousse
Mustafa
Git
Talon
Pompidou
Ambrister Minion


wersja polska

Zbigniew Zamachowski
Marian Opania
Cezary Kosiński
Jerzy Kryszak
Tomasz Karolak
Aleksander Bednarz
Krzysztof Kowalewski
Agnieszka Grochowska
Marcin Troński
Krzysztof Banaszyk
Sylwester Maciejewski
Andrzej Blumenfeld
Mirosław Zbrojewicz
Andrzej Ferenc
Paweł Szczesny
Zbigniew Konopka

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Waldemar Modestowicz
dialogi - Jan Wecsile



Wysypiskowy Automat Likwidująco Lewarujący. E-klasa, w skrócie WALL-E, pracowicie spędza dni. Od 700 lat kompresuje śmieci na opuszczonej przez ludzi Ziemi. Po szychcie wraca do swojego garażu pełnego gadżetów i ogląda z VHS-a musical "Hello Dolly", marząc o końcu samotności. Pewnej nocy przez chwilę widzi zza gęstych chmur rozgwieżdżone niebo, którego obecności do tej pory nie był świadomy. Nastepnego dnia przylatuje stamtąd ogromny statek kosmiczny. Wysiada z niego prawdziwe opływowe cudo, robot patrolowy EVE. Zakochany WALL-E nie odstępuje przybyszki na krok. Po znalezieniu na ruinach cywilizacji małej roślinki, EVE wraca na statek, a WALL-E jako pasażer na gapę dociera z nią do kosmicznej arki Axiom. Tam od 700 lat żyją kolejne pokolenia Ziemian, czekających na powrót na zdewastowaną przez ich przodków planetę. Roślina zamknięta w korpusie EVE ma być znakiem do powrotu. Nie podoba się to sztucznej inteligencji Axiomu, pod której rządami resztki ludzkości gnuśnieją pośród technologicznego raju. WALL-E ląduje w samym środku zamieszania...

Poprzednie "pixary" zachwycały. "WALL-E" też zachwyca, ale przede wszystkim oszałamia. Czarodzieje z Emeryville po raz pierwszy w pełnym metrażu skorzystali z SF. I daj Boże więcej takiej gatunkowej eksploatacji. Nie chodzi wcale o zakochanego robota. To już było. Chodzi o mnogość podejmowanych bądź zasygnalizowanych żelaznych tematów science fiction, upakowanych w 90-minutowym filmie. Mamy tu po kolei zdewastowanie Ziemi i pozostawienie jej automatom, ewolucję maszyn do etapu sztucznej inteligencji, kosmiczną wyprawę ratunkową zakończoną lotem wielopokoleniowym, bunt robotów, bunt superkomputera, supermiasto, utopię i stechnicyzowany raj. Problemów i potencjalnych fabuł wystarczyło by na kilka porządnych dzieł. A to wszystko zatopione jest w cudnych kadrach i prawdziwie magicznych scenkach, jak wówczas, kiedy uczepiony kadłuba statku WALL-E dotyka łapą pierścieni Saturna. Bajka w kostiumie hard SF pozwoliła na takie fantazyjne epizody, a twórcy korzystali z każdej chwili, by skutecznie zamurować widza monumentalnymi widokami pogrążonych w upadku ruin, przestrzeni kosmicznej czy kolorowego miasta przyszłości na pokładzie statku.

Po dwóch filmach Brada Birda, preferującego raczej ludzkich bohaterów, "WALL-E" powrócił ze starą ekipą pod wodzą Andrew Stantona, Pete'a Doctera i Ralpha Egglestona, zakochanych w pozaludzkich wytworach własnej wyobraźni. Choć gatunek inny, wyraźnie czuć tu pozytywnego ducha "Gdzie jest Nemo" tychże twórców, nie tylko z powodu partytury Thomasa Newmana. Mniejsza o podobieństwa fabularne, w końcu w każdym filmie Pixara bohater wyrusza w długą i niebezpieczną podróż. Zadziwia za to odmienność narracyjna. Zamiast góry błyskotliwych dialogów i grania pod dziecięcą publikę, mamy tu werbalną powściągliwość godną "2001: Odysei Kosmicznej" (cytowanej zresztą kilkukrotnie). Przez pierwsze pół godziny z ekranu nie pada ani jeden dialog. Słychać tylko głosy z holograficznych banerów reklamowych i dźwięki z "Hello Dolly". Zabawne i rozczulające epizody z monotonnego życia robota to czyste kino, bez żadnego narratora rodem z "Amelii". Kiedy przylatuje EVE, dialogi ewoluują do postaci syntetyzowanej wymowy imion bohaterów. I tak aż do przeniesienia akcji na kosmiczną arkę, której otłuszczeni Ziemianie nie widzą zza swych komputerowych ekranów. Co się tyczy postaci ludzkich - Andrew Stanton po raz pierwszy w historii pełnometrażowych filmów Pixara dokonał precedensu, w kilku scenach pokazując ludzi jako... ludzi, a nie ich renderowane odpowiedniki.

Ten manewr aż prosi się o interpretacyjne rozwinięcie. Świat w "Autach" wyglądał jakby ludzie nagle zniknęli czy wyginęli, a samochody rozpleniły się w amerykańskiej rzeczywistości, przejmując na swe resory każdy aspekt funkcjonowania świata. Podkreśliła to fotorealistyczna kreacja obrazu, który, gdyby z niego usunąć mówiące auta, wyglądałby jak w pełni konwencjonalny zapis kamerowy. A WALL-E funkcjonuje w świecie, w którym to wygubienie ludzkości już się dokonało. Robot układa swoje sześciany ze śmieci wśród niezwykle realistycznie wykreowanego miasta, w którym po 700 latach nadal działają ekrany holograficzne, z których patrzą na niego... właśnie ludzie, prawdziwi, nie cyfrowi. Na pokładzie Axiomu mamy już co prawda groteskowych, napęczniałych grubasów zrobionych w 3D, ale nawet tam sa dwie sceny, w których kapitan statku ogląda zapis video sprzed stuleci, zagrany z aktorem z krwi i kości. Intertekstualna łamigłówka włożona w bajkę dla dzieci? Czemu nie, w końcu za to też kochamy Pixara.

Sam WALL-E to kolejna postać, która ma zagwarantowane miejsce w historii kina, choć robotów ci u nas dostatek. WALL-E wygląda i zachowuje się jak połączenie E.T. z Johnnym 5 z "Krótkiego spięcia" i jego sequela. Podobny kształt sylwetki jak u E.T. (płaska głowa na długiej szyi, pękaty tułów), gąsienice i oczy-kamery jak u Johnny'ego. Do tego zachowania ściągnięte z Luxo Jr, słynnej skaczącej lampy z czołówki Pixara, plus zestaw dźwięków jak u R2-D2, co nie dziwi, wszak kreacją niezwykłych robocich dźwięków zajał się mistrz Ben Burtt, nadworny autor efektów dźwiękowych u Lucasa i Spielberga, także montażysta obrazu nowych części Gwiezdnej Sagi. Przy "WALL-E" Burtt zadebiutował jako członek obsady, wszak wszelkie odgłosy robota śmieciowego to jego zasługa. Z kolei EVE wygląda jak R2-D2 kilka generacji dalej. I raczej trudno posądzać twórców o przypadkowe podobieństwa. "WALL-E" z powodzeniem posiłkuje się cytatami z kina SF oraz historii rozwoju technologii i gadżeciarstwa (stare dźwięki z Maca, użycie iPoda, technika VHS, kostka Rubika, gra Pong). Zresztą sam Stanton żartował, że zrobił "R2-D2: The Movie".

Tradycyjnie garść ciekawostek. Podobno Andrew Stanton wpadł na pomysł "WALL-E" jeszcze w pierwszej połowie lat 90. Idea była prosta - "co by było gdyby ludzkość wyniosła się z Ziemi i zapomniała wyłączyć jednego robota?". Oryginalne rozwinięcie skrótu WALL-E to "Waste Allocation Load Lifter-Earth-class" Dla EVE - "Extraterrestial Vegetation Evaluator". Kiedy WALL-E opuszcza atmosferę ziemską, do głowy przyczepia mu się Sputnik 1, pierwszy sztuczny satelita. Fotorealizm był oczkiem w głowie Andrew Stantona, który zatrudnił wybitnych konsultantów. Jednym z nich był Roger Deakins, nadworny operator braci Coen, który służył światłą radą w kwestii jak najdalej posuniętego realizmu podczas oświetlenia wirtualnego planu. Z kolei legenda efektów Dennis Muren na miniaturach doradzał jak najnaturalniej prowadzić wirtualną kamerę i jak cyfrowo odtworzyć wszelkie optyczne niuanse obiektywów anamorficznych. "WALL-E" to najdroższa produkcja studia, film kosztował 180 mln dolarów. W oryginalnej wersji dialogowej głos komputera pokładowego należał do Sigourney Weaver. John Ratzenberger, jak zwykle u Pixara, podłożył głos jednej z postaci ludzkich (co było już autoironicznie wytknięte w napisach końcowych "Aut" w scenie oglądania samochodowych wersji wszystkich poprzednich filmów Pixara). "WALL-E" to pierwszy film tandemu Disney/Pixar, rozpoczynający sie bez czołówki Disneya. Film jest dedykowany animatorowi "Ratatuj" Justinowi Wrightowi, który zmarł na atak serca w wieku zaledwie 27 lat.

"WALL-E" to dzieło wyjątkowe, zarówno dla Pixara, jak i gatunku SF. Mając do dyspozycji tytułowego bohatera, który z twarzy ma tylko oczy, a porozumiewa się komputerowymi dźwiękami i za jego pomocą opowiedzieć pasjonującą, zabawną i wzruszającą kosmiczną love story, wygłosić bez słów pochwałę uczuć, błyskotliwie i nienachalnie zagrać na filmowych cytatach, zawierzyć narracyjnie obrazowi, przy okazji przestrzegając przed cywilizacyjną, konsumpcyjną, ekologiczną i żywieniową zapaścią - to zadanie właściwie niewykonalne. Ale nie dla Pixara. Prawodawcy cyfrowej animacji znów potwierdzili, kto jest najlepszy w te klocki.



reżyseria - Andrew Stanton
produkcja - Jim Morris, John Lasseter
scenariusz - Andrew Stanton i Jim Reardon
wg pomysłu - Andrew Stantona i Pete'a Doctera
zdjęcia - Jeremy Lasky, Danielle Feinberg, Martin Rosenberg
reżyseria animacji - Angus MacLane, Alan Barillaro, Steven Clay Hunter
muzyka - Thomas Newman
montaż - Stephen Schaffer
scenografia - Ralph Eggleston
dźwięk - Ben Burtt
efekty wizualne - Christopher James Hall, Nigel Hardwidge
czas projekcji - 98 minut
premiera - 2008. 06. 27



wersja oryginalna

Ben Burtt
Elissa Knight
Jeff Garlin
Sigourney Weaver
Kathy Najimy
John Ratzenberger
Fred Willard
wystąpili



Wall-E
Eve
Kapitan
Komputer
Marysia
Janusz
Shelby Forthright


wersja polska

Waldemar Barwiński
Agnieszka Judycka
Cezary Żak
Danuta Stenka
Anna Dymna
Andrzej Blumenfeld
Miłogost Reczek

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Waldemar Modestowicz
dialogi - Jan Wecsile



Na początek zaznaczę, że widziałem wersję 2D, czyli "płaską", dlatego celowo będę omijał wszelkie wizualne smaczki, dostępne wyłącznie po założeniu okularów do projekcji 3D. Chciałem zacząć ten tekst od zdania w rodzaju "magicy z Pixara znów zadziwiają" albo retorycznego pytania "kiedy skończą im się pomysły?". Ale tak zaczyna się niemal każdy prasowy i netowy pean na cześć artystów z Emeryville. Z każdym filmem pixarowcy dają widzom magię, a recenzentom zabierają kolejną cenną garść przymiotników oraz pociąg do pisania tekstów niepochlebnych, które, jak wiadomo, pisze się miodniej, a i czyta znacznie lepiej. Analogia z tym, że czarny charakter jest ciekawszy od pozytywnego herosa, jest całkiem na miejscu. A tu mamy połowę października 2009 i znów trzeba się powtarzać. Bo "Odlot" to rzeczywiście magia, zaskoczenie, wzruszenie, inteligencja i techniczna maestria. Kolorowa armia Johna Lassetera po raz 10. pokazała, że to co dla innych jest sufitem, dla nich jest podłogą.

Rzeczona podłoga tym razem wznosi się jeszcze wyżej. A z nią cały dom staruszka Carla Fredricksena. Poznajemy go jako grubego dzieciaka, zafascynowanego postacią i dokonaniami podróżnika Charlesa Muntza. Młody Carl marzy o Rajskich Wodospadach ukrytych gdzieś w Ameryce Południowej. Pewnego dnia poznaje równie zakręconą Elę. Przyjaźń po latach przeradza się w miłość i małżeństwo. Marzenia o wspólnej podróży do Rajskich Wodospadów przegrywają jednak z prozą życia i bieżącymi wydatkami. Bezdzietnie dożywają starości. Wreszcie Fredricksen zostaje sam ze swym domem pełnym wspomnień o zmarłej żonie. Tymczasem wokół domku cywilizacja zaciska się coraz mocniej. W obliczu spędzenia resztki życia w domu spokojnej starości, Carl robi to, co czynił przez całe życie - pompuje helem 20 tysięcy baloników i unosi się wraz z całym domem w powietrze. W chmurach nagle słyszy pukanie do drzwi. To młody skaut Russell, który jeszcze na ziemi męczył Carla o jakiś dobry uczynek, żeby wpiąć sobie nową sprawność na mundurek. Obaj dolatują na nieznane pustkowie, gdzie poznają gadającego psa, nieznanego nauce ogromnego nielota i watahę psów pod wodzą starego Charlesa Muntza...

To chyba pierwsza komputerowa bajka, do obejrzenia której powinno się zachęcić szacownych słuchaczy uniwersytetów III wieku, bo wreszcie zobaczą na ekranach głównego bohatera mniej więcej w ich wieku. Pixar zawsze zaskakiwał. Najpierw były mówiące zabawki, potem mrówki, potwory, rybki, herosi, samochody, szczury i roboty. Słowem wszystko, czym można do syta nakarmić dziecięcą wyobraźnię bez powtarzania patentów swoich disneyowskich poprzedników. Lecz od kilku filmów wstecz, ich zaskakujące wybory postaci już w zwiastunach wywoływały raczej ostrożny optymizm, bo niewielu wyobrażało sobie np film o samochodach równie dobry jak morska epopeja Marlina. Wytwórnia i tak zawsze wychodziła z tego w glorii chwały, ale żeby uczynić bohaterem samotnego i zgorzkniałego staruszka, wyglądającego jak połączenie Spencera Tracy z Walterem Matthau? W bajce, której głównym odbiorcą jest armia wyposażonej w colę i popcorn dzieciarni? Dzieci co prawda kochają swoich dziadków i swoje babcie, ale czy problemy wieku słusznego będą dla nich wystarczająco atrakcyjne? I znów Pixar, jako jedyny, udowodnił że można i tak. A dla równowagi dodał staruszkowi kilku obsadowych pewniaków w osobach dzieciaka, psów i fantastycznego ptaka.

Zadziwia pomysłowość i konsekwencja, z jaką pixarowcy potrafią ożenić całkiem poważne problemy egzystencjalne i cywilizacyjne z wartką, dowcipną akcją i atrakcyjnymi bohaterami. "Wall-E" był kosmicznym romansem pod którego lekką powierzchnią aż kipiało od poważnych znaków zapytania. "Odlot" posuwa się jeszcze dalej, a wątek miłosny bardziej ciąży, niż pomaga. W pierwszych kilkunastu minutach projekcji szczęście głównego bohatera jest co chwila zmącane, a to niemożnością posiadania dzieci, a to codziennymi troskami i rezygnacją z wielkiej przygody, zastępowanej z konieczności skromnym, acz wypełnionym spokojem i miłością życiem. Po śmierci żony nasz staruszek to prawie pusta skorupa, w której tli się jeszcze chęć na wielką wyprawę z biletem w jedną stronę. Te retrospekcyjne migawki opowiedziano nad wyraz subtelnie i bez dialogów, ubierając każdy problem w jedną, czytelną scenkę. Mistrzostwo świata. Problemy starości rozwiązano z taktem i dowcipem. Przy okazji okazało się, w ile gagów można ubrać tak mało śmieszne atrybuty starości, jak laska czy sztuczna szczęka, nie wspominając o łupaniu w krzyżu w najmniej oczekiwanych momentach. No i przede wszystkim mamy przemianę głównego bohatera, którego na początku interesowało tylko zobaczenie na własne oczy wymarzonej w dzieciństwie krainy. Przyrzeczenie dane zmarłej żonie stało się jego obsesją, zza której długo nie widział i nie doceniał wszystkiego, co działo się nawet w tak niezwykłych okolicznościach lotu własnym domem w nieznane. W tych aspektach "Odlot" nieco przypomina animowaną produkcję Zemeckisa i Spielberga "Straszny dom", gdzie mieliśmy nakreślonego co prawda znacznie grubszą kreską strasznego staruszka, który jednak zamknął się w sobie w podobnych okolicznościach.

"Odlot" napisali i wyreżyserowali starzy pixarowscy wyjadacze. Pete Docter był współreżyserem "Potworów i spółki" oraz współautorem pomysłów scenariuszy "Toy Story", "Toy Story 2" i "Wall-E". Dla Boba Petersona był to reżyserski debiut, wcześniej był współautorem scenariusza "Gdzie jest Nemo" oraz użyczał głosu wielu postaciom z dzieł Pixara. Nastrój filmu zdradza zresztą "klimatyczne" powinowactwo z ich wcześniejszymi filmami. Nie uświadczymy tu szarżowania w stylu Brada Birda z "Iniemamocnych". Docter i Peterson z aptekarską dokładnością odmierzyli wszechobecną refleksję nad przemijaniem z akcją i humorem, niezawodnie napędzającymi akcję. Scenariuszowe rozwiązania na pierwszy rzut oka mogą się nawet wydać dość zaskakujące. Zaczyn akcji filmu, czyli uniesienie domu na balonach, tak reklamowane przed premierą, zostało potraktowane bez przesadnych fanfarów i celebracji. Ot, dom zaczyna sobie lecieć. Można poczuć lekką dezorientację i poczucie niedostatecznego podkreślenia tego znaczącego momentu, bo gdyby film robił Jerry Bruckheimer, ta scena urosłaby do rangi większej niż lądowanie na Księżycu. A tak naprawdę ważniejsze rzeczy dzieją się znacznie później i to one były oczkiem w głowie świadomych tego zabiegu reżyserów, którzy zresztą opatrzyli film najkrótszym możliwym tytułem "Up". Niech żyje prostota i bezpretensjonalność.

Polski dubbing ciągle działa jak Pixar - najwyższa jakość i niespodzianki. Po raz pierwszy w rolach dwóch staruszków możemy usłyszeć dwójkę wybitnych aktorów, Wojciecha Siemiona (Carl) i Ignacego Gogolewskiego (Charles, w oryginale równie znamienity Christopher Plummer, a w wersji francuskiej słynny piosenkarz Charles Aznavour). Dla równowagi w roli młodej Eli, przyszłej żony Carla, zadebiutowała Emilka Stachurska, młodsza córka Maksa Skalskiego z serialu "Niania". Na drugim planie same aktorskie i dubbingowe znakomitości: Cezary Pazura, Marian Opania i Jerzy Kryszak. Na fotelu reżysera dubbingu zasiadł tym razem Wojciech Paszkowski, prawdziwy głosowy tytan, wcześniej m.in. jako Mike Wazowski z "Potworów i spółki". To właśnie Paszkowski wciągnął do głosowej obsady Cezarego Pazurę (obaj zagrali w sitcomie "Faceci do wzięcia").



reżyseria - Pete Docter, Bob Peterson
scenariusz - Pete Docter, Bob Peterson
wg pomysłu - Pete'a Doctera, Boba Petersona i Thomasa McCarthy'ego
produkcja - Jonas Rivera, John Lasseter, Andrew Stanton
zdjęcia - Patrick Lin, Jean-Claude Kalache, Silvia Palara
reżyseria animacji - Shawn Krause, Dave Mullins
muzyka - Michael Giacchino
montaż - Kevin Nolting
scenografia - Ricky Nierva, Ralph Eggleston
dźwięk - Tom Myers, Michael Semanick, Michael Silvers
efekty wizualne - Gary Bruins, Gordon D.B. Cameron
czas projekcji - 96 minut
premiera - 2009. 05. 13 (Cannes Film Festival)



wersja oryginalna

Edward Asner
Christopher Plummer
Jordan Nagai
Bob Peterson
Bob Peterson
Delroy Lindo
Jerome Ranft
Elie Docter
wystąpili



Carl Fredricksen
Charles Muntz
Russell
pies As
Alfa
Beta
Gamma
Ela


wersja polska

Wojciech Siemion
Ignacy Gogolewski
Kacper Cybiński
Cezary Pazura
Wojciech Paszkowski
Jerzy Kryszak
Marian Opania
Emilka Stachurska

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Wojciech Paszkowski
dialogi - Jan Wecsile