PLAC STRĘCZYCIELA
Polska krytyka filmowa zauroczyła się "Placem Zbawiciela" Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze. "Dług dla kobiet" - jak nazywają film jego twórcy - doczekał się już rozlicznych interpretacji, z których można by powoli zacząć składać antologię. Prasa znalazła w "Placu Zbawiciela" wszystko, co tylko dało się w nim znaleźć i skonstruowała rozliczne przewodniki po filmie Krauzego. W gazetach można było znaleźć interpretację ewangeliczną (sprzężoną z wielopoziomowym tytułem), interpretacją teologiczną ("Skąd zło?" - pyta Krauze do spółki ze św. Augustynem. "Z nas samych pochodzi!" - odpowiada trzeźwo Tadeusz Sobolewski na łamach Wyborczej), a w końcu interpretację genderową (o domowej martyrologii polskich kobiet). Wszystkie one znajdowały swoje pokrycie na ekranie, były dobrze przemyślane i jeszcze lepiej napisane. Aż chciało się wyciąć z gazet te lekcje dobrego wychowania i przykleić je nad łóżkiem, by - jak radzi w recenzji Paweł Felis - przeglądać się w nich jak w lustrze. Ten zbiorowy zachwyt dziennikarzy powinien jednak wywołać konfuzję. Choćby i taką bezinteresowną, szukającą odpowiedzi na pytanie: jak niski musi być dziś poziom polskiego kina, jeśli "Plac Zbawiciela" uważa się za szczyt jego możliwości?
Żeby jednak gra była czysta, a zasady jasne, już na wstępie dodać powinienem, że film Krauzego to dobrze nakręcony, pełnokrwisty dramat. "Dobrze nakręcony" nie znaczy jednak "dobry". Autor "Długu" kolejny raz potwierdza, że jest w stanie poprowadzić emocje widza dokąd tylko chce. Scenariusz - fantastycznie napisany i jeszcze lepiej zagrany - błyskawicznie zanurza nas w czterech ścianach filmowego dramatu i nie pozwala oderwać od nich wzroku. Historia pochodzącej z prowincji, marzącej o lepszym życiu w Warszawie studentki, która niechcący zachodzi w ciążę i marnuje swe szanse na szczęście, jest jednak opowiadana zbyt jednostronnie. Gdyby z konstrukcji "Placu Zbawiciela" zdjąć wszystko, co składa się tu na poezję ekranu okazałoby się nagle, że Krzysztof Krauze jest w tym układzie reżyserem-sadystą, a baty dostają się po równo - raz głównej bohaterce Beacie, raz Bogu ducha winnemu widzowi. "Plac Zbawiciela" to nic innego, jak seria coraz bardziej i bardziej spektakularnych upadków Beaty w potyczkach z życiem, rodziną, dziećmi, studiami, czy pracą. Krauze filmuje zaś tę walkę, systematycznie i z rozmysłem kopiąc leżącego. Ani na chwilę nie drgnie tu ręka scenarzysty, ani na chwilę nie zmieni się perspektywa - od pierwszej do ostatniej minuty wszyscy wokoło dręczyć będą Beatę. Beata zaś - najmniej zainteresowana własnym szczęściem - nie spróbuje nawet wstać. Jak gąbka wodę chłonąć będzie kolejne porażki. Znienawidzi ją teściowa, oplują własne dzieci, pokopie mąż, w efekcie zaś Beata sama sobą pogardzi - a stąd już tylko krok do stoczenia się równi pochyłej. "Plac Zbawiciela" nie jest więc artystyczny - jest masochistyczny. Krzysztof Krauze nie jest zaś - jak postuluje wielu - najciekawszym polskim reżyserem - jest jedynie wspaniałym rzemieślnikiem. W błędnym kole filmowej przemocy, w tym jak sprawnie Krauze zaciska pętle na szyi Beaty, w tym wreszcie jak przyjemnie nienawidzi się oprawców z kinowego fotela, tkwi konstrukcyjne podobieństwo "Placu Zbawiciela" do "Pasji" Mela Gibsona. Krew i jelita zamieniły się tu miejscami z bardziej finezyjną przemocą psychiczną. Bilans wychodzi jednak na zero - spirala agresji nakręca się w obu filmach bardzo szybko, etatowy cierpiętnik przyjmuje kolejne ciosy, kamera zaś bezlitośnie wszystko filmuje, myląc zbliżenie z wielką sztuką. Na końcu zaś - na kilka minut przed finałem, twórcy naprędce aranżują zbawienie. Zbawienie blade, nieprzekonujące i nieprzystające do skali tragedii.
Skąd więc zbiorowy zachwyt nad "Placem Zbawiciela"? Na pewno bierze się on z rzadko spotykanego w polskim kinie profesjonalizmu - i to zarówno na poziomie aktorstwa, realizacji, scenariusza, reżyserii, jak i promocji. Warto jednak zastanowić się, czy za sukcesem filmu Krauzego nie stoi przypadkiem ta sama narodowa frustracja, która kryje się za wyborczym zwycięstwem idei IV Rzeczpospolitej. Może "Plac Zbawiciela" idzie z prądem nowej polskiej mody - mody na przerzucanie odpowiedzialności za własne niepowodzenia na bliżej nieokreślonych "innych" - wstrętną rzeczywistość, bezlitosny kapitalizm, wreszcie na tajemniczy układ ciemnych interesów. "Plac Zbawiciela" opowiada więc w gruncie rzeczy o absolutnej bierności wobec świata, o życiu wypranym z resztek marzeń i ambicji. A Krzysztof Krauze i Joanna Kos-Krauze modę na marazm chętnie usprawiedliwiają i ochoczo premiują cierpiętnictwo. Błąd duetu reżyserów polega na tym, że gdzieś po drodze umyka im sens snutej opowieści. Cierpienie jest cenne, gdy idzie za nim akt miłości. Cierpiętnictwo zaś, to nic innego jak cierpienie dla samego cierpienia. I to właśnie ono wypełnia szare kadry "Placu Zbawiciela". Szczegół ten umknął zarówno twórcom, jak i krytyce. Za chwilę okaże się, co na to widzowie...
Ocena: 4/6
 |
PLAC ZBAWICIELA
Rok produkcji: 2006
Kraj: Polska
Czas trwania: 105 minut
Reżyseria: Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze
Scenariusz: Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze
Zdjęcia: Wojciech Staroń
Muzyka: Paweł Szymański
Obsada:
| Jowita Budnik | .....Beata |
| Arkadiusz Janiczek | .....Bartek |
| Ewa Wencel | .....Teresa |
| Dawid Gudejko | .....Dawid |
| Natan Gudejko | .....Adrian |
| Beata Fudalej | .....Edyta |
|
 |
 |
Autor recenzji: Jacek Kozłowski - SENK |
Klub Miłośników Filmu 09.09.2006 |
|