STRONA GŁÓWNA


Część piąta rankingu.





WSTĘP   50-41   40-31   30-21   20-11   10-1   SUPLEMENT


10
Kompania braci
Band of Brothers
HBO, 2001

Nigdy wcześniej ani później nie widziałem produkcji tak realistycznej i spektakularnej jednocześnie. Spielberg i Hanks przedstawili wojnę bez patosu, realistycznie, momentami okrutnie i z należytym rozmachem. Maestrii dopełnia kapitalna muzyka i aktorstwo. Brak znanych twarzy w obsadzie zaliczam na plus. [Arahan]

"Kompania braci" to najwybitniejszy film wojenny / historyczny, jaki dane mi było zobaczyć. Ideał został osiągnięty - niczego więcej mi nie potrzeba. Paraliżujący, wgniatający w fotel, szarpiący nerwy - bezdyskusyjne arcydzielo. Nieziemski KLIMAT. Muzykę pisał Michael Kamen, za kształt artystyczny przedsięwzięcia odpowiadał Spielberg i jego DreamWorks Pictures. Połączcie "Black Hawk Down" z "Szeregowcem Ryanem", a przy odrobinie szczęścia otrzymacie namiastkę tego, co dzieje się w serialu. Nie będzie przesady, jeśli powiem, że NIGDY nie widziałem działań wojennych, przedstawionych z takim rozmachem, okrucieństwem i chłodem postronnego obserwatora. Ppod względem technicznym produkcja plasuje się na szczycie - absolutny Parnas kinematografii. [Mental]

Pierwsze, co automatycznie przychodzi do głowy na dźwięk słowa "wojna" to: "niepotrzebna", "brutalna", "bezsensowna"; ale to dopiero ten serial sprawił, że czułem znaczenie tych słów. Chyba najbardziej bolesne były te zupełnie przypadkowe śmierci - a to się ktoś postrzelił, a to kogoś trafił odłamek... W ogóle przypadkowość i bezsensowność śmierci bohaterów jest tu tak kompletnie dołująca, że wszystko nabiera kolorów tak bladych, jak te, które widać na ekranie. Zresztą to nie tylko ta śmierć fizyczna jest straszna, ale także rozpadający się psychicznie żołnierze - niektórzy coraz częściej sięgający po alkohol, inni przeżywający szok na widok ranionych przyjaciół, a jeszcze inni zdradzani bądź po prostu zostawiani przez swoje kobiety znajdujące się tysiące kilometrów od nich. [Crov]

Wielkie arcydzieło wojenne, niezwykła, stylowa realizacja oraz plejada doskonale dobranych (aczkolwiek mało znanych!) aktorów. Aż wstyd tego nie znać lub o tym nie słyszeć. Serial-walec! [Snappik]

Co jest lepszego od wysokobudżetowego filmu wojennego? Wysokobudżetowy miniserial wojenny :) Rzecz zrealizowana z niesłychaną dbałością o szczegóły i równie niespotykanym rozmachem. [Phonik]

Najlepszy film (w odcinkach, ale jednak) o wojnie jako takiej - po prostu. [Mefisto]



9
Dr House
House M.D.
FOX, 2004 - ...

Z założenia "Doktor House" miał być medycznym CSI. Na szczęście twórcy szybko się zorientowali, że nie średnie medyczne łamigłówki przyciągają uwagę widzów, a rozsadzający ekran swoją charyzmą, bezczelny i sarkastyczny Hugh Laurie. Dzięki sarkastycznemu kalece "House" jest czymś więcej niż tylko kolejnym amerykańskim produkcyjniakiem. [Don Vito]

Najlepsza postać w serialach, arogancki, wredny, uszczypliwy, cham, gbur... można długo ciągnąć złe cechy charakteru Grega Housa ale nie można pozbawić go jego geniuszu i błyskotliwości, w końcu cel uświęca środki. Może i serial jest jednostajny, każdy odcinek odgrywany jest w podobny sposób, ale kogo to obchodzi, kiedy House obrzuca śmiertelnie chorych błotem... [Dusqmad]

Trzy pierwsze serie powinny tworzyć zamkniętą całość. Świetne połączenie dramatu szpitalnego z rozwiązywaniem tajemnicy wspólnie z ekscentrycznym, szalonym, chamskim, wrednym i kompletnie antyspołecznym bohaterem. Pierwszorzędny czarny humor i ciekawa encyklopedia egzotycznych chorób, a także przykład tego jak brzydko mogą rozwinąć się te mniej egzotyczne. [Hitch]

Serial jednego aktora (tytułowego dr House'a), cała reszta to tylko dodatek do tej genialnej roli. Nie sposób nie polubić zrzędliwego, leniwego, brutalnie szczerego, nad wyraz inteligentnego doktora leczącego przypadki, z którymi nikt inny nie może sobie poradzić. [piXi]

Genialny w swojej prostocie pomysł: Weźmy Sherlocka Holmesa, zróbmy z niego lekarza i wrzućmy do współczesnego, amerykańskiego szpitala, a zagadki kryminalne zamieńmy na zagadki medyczne. Zaraz za pomysłem biegną kolejne powody nominacji - dialogi, 'sezonowe' wątki główne i 'do rany przyłóż' postać doktora Watsona, eee... to znaczy Wilsona. [Ciuniek]



8
Rodzina Soprano
The Sopranos
HBO, 1999 - 2007

Czy socjopata może być głową rodziny, kochającym ojcem i mężem, a jednocześnie bezlitosnym mordercą? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć David Chase w swojej gangsterskiej operze mydlanej. Ten serial to spełnienie mokrego snu miłośników kina gangsterskiego, czyli "Goodfellas" w odcinkach przez bite sześć sezonów. Realizacyjnie stoi na tak wysokim poziomie, że zaciera różnice między produkcją telewizyjną a kinową. [Phonik]

Serial zrealizowany z precyzją pierwszorzędnego kina gangsterskiego. To świetnie poprowadzona historia, w której znalazło się wszystko: przemoc, zemsta, narkotyki, sex i zdrada. Ale w tym całym mafijnym brudzie jest też miejsce, na szarą codzienność - problemy z dziećmi, kłótnie z żoną i matką. Zaś wszystko spięte czarnym humorem i aktorstwem najwyższej próby. Czego chcieć więcej!? [Haneska]

Niesamowity jest ten serial, ale dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie jakim ludziom kubicujemy i jak bardzo podoba nam się to, co robią. Tym jednak, co decyduje o sile serialu jest jego oryginalne podejście do osoby gangstera. W produkcji HBO głowa rodziny mafijnej to w gruncie rzeczy zwyczajny facet z całkiem przyziemnymi problemami: chodzący do psychiatry i zmagający się z rozpieszczonymi dzieciakami. W niezwykle wyważony sposób łączone są tutaj dwa światy: przestępczy i rodzinny. Dzięki temu nie nudzimy się ani na moment. [Albertino]

Do serialu podchodziłem 2 razy. Najpierw nie zaskoczyło, za drugim razem wciągnęło na amen. O powalającej obsadzie, aktorstwie, psychologii, dialogach i historii raczej rozpisywać się nie trzeba. Praktycznie każdy sezon to telewizja w swojej najlepszej formie: nieustannie szokująca, nieprzewidywalna i świeża. Prawdopodobnie najlepsza rzecz jaka kiedykolwiek zagościła w TV. Kto nie widział, ten nic nie widział. [wojtky]

Tony Soprano. Jakby nie patrzeć, to całkiem sympatyczny gość: mąż, ojciec, morderca. W dodatku kantuje na potęgę, zwłaszcza żonę. Ale to jeszcze nic: obwożąc córkę po uczelniach, wyskakuje na moment "po zegarek", by w międzyczasie udusić jednego gościa linką od skakanki. Nie zrozumcie mnie źle: facet nie jest "czystym złem". On po prostu zabija jak rasowy skurwysyński mafioso. Uwielbiam ten aspekt jego życiorysu - rozdarcia na dwie strony. Scorsese, De Palma - oni unikali prozaicznych sytuacji, nigdy nie ustawiali swoich bohaterów na zwykłym tle, nie wrzucali ich w środek typowej kłótni rodzinnej, nie wzywali do szkół, żeby musieli się tłumaczyć przed dyrektorem, dlaczego ich synowie okradli w nocy kościół. Postacie Scorsese to ikony, symbole gangsterstwa. Analogicznie u De Palmy - wszystko monumentalne, przesadzone: basen w salonie, kurwy na skinienie, limuzyny, zwały koki zlizywane z blatu. Świat nie do ogarnięcia spojrzeniem. "The Sopranos" to zupełnie inny kaliber, inny pułap życia: mafioso budzi się u boku żony, którą nawiasem zdradza z ukraińskimi dziwkami, wyjmuje mleko z lodówki, wieczorem natomiast zjawia się w chacie i robi synowi deser lodowy, posypując całość drażetkami. Nigdy czegoś takiego nie widziałem, tj. takiego podejścia do "bycia gangsterem". Niby kasa ta sama, mnóstwo krwi i trupów, a życie jakby bardziej przyziemne. [Mental]



7
Miasteczko South Park
South Park
Comedy Central, 1997 - ...

Ten serial jest jak George Carlin: jedzie bezlitośnie po wszystkim i niczego nie oszczędza, nawet samego widza, który jednak nie ma nic przeciw, bo nawet jeśli nie wyciągnie z tej lekcji żadnych wniosków, to przynajmniej naśmieje się do rozpuku. Kolekcję pierwszorzędnych i niesamowicie pomysłowych patentów komediowych ma South Park wszakże imponującą. [Jakuzzi]

Przygody czwórki ośmiolatków z małego miasteczka South Park na stałe weszły w panteon opisujący dzisiejszy świat polityczny i rozrywkowy. Serial kontrowersyjny, obrazoburczy, a jednak trafiający w sedno i nie bojący się pokazać tego o czym reszta chciała by jak najszybciej zapomnieć. [piXi]

Pierwszy kontakt z "Miasteczkiem South Park" może być szokiem – tandetna animacja i dziwne głosiki nie zachęcają do pozostania przy telewizorze. Ale to tylko pozory – "South Park" jest najlepszym komentatorem otaczającej nas rzeczywistości, wyszydzjącym absurdy współczesnego świata w sposób inteligentny, zabawny i bezkompromisowy. Dla twórców serialu nie ma tematów tabu, nie ma obiektów, których nie wypada dotykać. Jeśli coś cię irytuje, drażni głupotą, bezsensem, absurdem – mpżesz być pewien że zostało to już znakmicie wyszydzone w "South Parku". Mimo upływu lat serial wciąż utrzymuje wysoki poziom – i trudno się dziwić, wszak nasz świat wciąż dostarcza nam nowych niewiarygodnie absurdalnych motywów, z których twórcy chętnie korzystają – jak choćby nagrodzony Grammy odcinek o World of Warcraft. [Bocian]

Cudowny brak poprawności politycznej, klozetowy humor, wyśmiewanie wszystkich możliwych tabu czy świętości - ale jednocześnie bardzo wnikliwe spojrzenie zarówno na współczesną Amerykę, jak i problemy o zasięgu globalnym. [Jarod]

Jest to jedyny serial, po którego dowolny odcinek, dowolnego sezonu mogę sięgnąć w dowolnej chwili i oglądać z równą przyjemnością jak za pierwszym razem. Nie jest to oczywiście do końca prawdą, bo w pierwszych sezonach twórcy dopiero się rozkręcali, a w ostatnich miewali słabsze odcinki, ale to nieistotne. Istotne jest to, że stanowi on kopalnię genialnych, 30-minutowych fabuł, wytykających, oskarżających, wyszydzających czy też po prostu hołdujących różnym zjawiskom popkulturalno-społeczno-polityczno-religijnym. Jeżeli coś wam zgrzyta w dzisiejszym świecie, można z dość dużą pewnością założyć, że prędzej czy później zostanie zrównane z ziemią przez nieocenionych twórców serialu. [Tyler Durden]

Serial bezkompromisowy (może z wyjątkiem demonstrowania widzom podobizny Mahometa), bezczelny, śmieszny i trafnie komentujący otaczającą nas rzeczywistość. Mimo upływu lat wciąż brak jakichkolwiek oznak zadyszki. [Fidel]

Spektakularnie celna satyra na społeczeństwa Amerykańskie, jak i światowe. Rzecz zdawałoby się absurdalna - klozetowy humor kryjący za sobą ogromną mądrość i bystre przemyślenia. Trey Parker i Matt Stone doskonale wiedzą, gdzie uderzyć i robią to bez litości, a widz jest w pełni rozbawiony oraz wynosi cenne lekcje z seansu. [Hitch]

Serial prezentuje chyba najbardziej rażącą w historii telewizji różnicę pomiędzy mądrymi, przedstawionymi zupełnie bez tabu wnioskami, wspaniale wyśmiewającymi debilizmy tego świata, a humorem z najniższej półki i bez ŻADNYCH zachamowań. Żywy kult. Serial po obejrzeniu którego każdy będzie zadowolony i znajdzie coś dla siebie - tak smarkacz z gimnazjum jak i profesor, bo ja wiem... politologii. [simek]

Ten serial nie zna żadnych świętości - wyśmiewa wszystko i wszystkich, a czyni to w tak absurdalnie trafny sposób, że nie sposób pozostać obojętnym. Zdecydowanie jedno z najlepszych i najważniejszych zjawisk, jakie wydała na świat telewizja. [Mefisto]

Najbardziej niepoprawny serial animowany i jedna z najbardziej obrazoburczych produkcji telewizyjnych w ogóle. Dla Matta Stone'a i Treya Parkera nie ma po prostu tematów tabu, nie ma takiej rzeczy, z której nie można by zedrzeć łacha. Ale serial nie sprowadza się jedynie do żartów "klozetowych", to błyskotliwa satyra na amerykańską rzeczywistość. [Phonik]

Obraźliwy, wulgarny i głupi - tak zwykle oceniają ten serial ci, którzy z nim styczności zupełnie nie mają. A tymczasem ciężko jest mi znaleźć drugi serial, który w tak błyskotliwy sposób podejmuje tyle istotnych tematów społecznych i politycznych. Stone i Parker nie rzadko komentują wydarzenia najnowsze, tym samym stając się inteligentną, zdystansowaną alternatywą dla zwykle bezmyślnych mediów i często równie pozbawionych wyczucia widzów. To komentarz ostry, może i obraźliwy, ale bardzo celny. No i cholernie zabawny. [Karol]

Satyra ostateczna, satyra na wszystko, satyra tak celna, że aż boli. [Ciuniek]



6
Przyjaciele
Friends
NBC, 1994 - 2004

Sitcomów jest od groma i jeszcze trochę, ale nielicznym udaje się nawiązać kontakt z widzem. W większości z nich postaci są puste, beznamiętne. "Friends" to serial wyjątkowy, są tu nie tylko zabawne dialogi i sytuacje, ale też grupa przyjaciół, bardzo prawdziwych i ludzkich. Takich którzy nie są widzowi zupełnie obojętni. [Phonik]

Choć serial ten znam na pamięć, to zawsze potrafi mnie rozbawić. Doskonałe remedium na zły humor i/lub depresję - do oglądania zawsze, wszędzie i z kimkolwiek. No i to jeden z niewielu sitcomów, który nie wywołuje u mnie irytacji sztucznym śmiechem z offu. [Mefisto]

Najzabawniejszy a jednocześnie najbardziej życiowy serial komediowy ever. No i Joy - klasa sama w sobie. [Le Dobermann]

Kiedy skończyłem ostatni sezon "Przyjaciół" poczułem się tak jakbym rozstał się z autentycznymi przyjaciółmi. Chyba największą siłą tego serialu jest to, że bardzo łatwo zżyć się z bohaterami przez co ostatni odcinek pozostawia widza z przykrym poczuciem pustki. Na szczęście można zawsze zacząć od początku bo te 10 sezonów wypełnionych świetnym humorem nigdy nie nudzi. Na podziw zasługuje pomysłowość twórców w wymyślaniu komicznych sytuacji związanych przecież z codziennym życiem i problemami jakie dotykają również przeciętnego widza. [Bocian]

Mój prywatny serial numer jeden, do którego wracam kiedy tylko mogę. W "Przyjaciołach" urzekły mnie dwie rzeczy: wyborny humor i świetnie skonstruowane postaci. Komediowy team wszech czasów. [Danae]

Najlepszy serial komediowy w historii. Każdy odcinek rozśmiesza do łez, a to rzadkie zjawisko. Wielkie brawa dla scenarzystów, którzy utrzymali bardzo wysoki poziom przez wszystkie sezony. Mimo, że emisja Przyjaciół skończyła się kilka lat temu to chętnie do niego wracam. [Snappik]

W zasadzie nie potrafię powiedzieć dlaczego tak bardzo lubię ten serial. Jego elementy można znaleźć w wielu produkcjach, jednak to Przyjaciele są dla mnie produkcją kultową, wręcz legendą. Przesympatyczni bohaterowie, świetny humor, Nowy Jork w tle no i ta czołówka... [Arahan]

Nieodmiennie niezawodny środek na poprawę humoru i nastroju. Ciepły, radosny, zabawny, niegłupi, pomysłowy. Pełnokrwiści, żywi bohaterowie, wyraźnie zarysowani i jedyni w swoim rodzaju. [Deina]

Śmiałem się przez 10 sezonów. 10 sezonów!!! [Picek]



5
Zagubieni
Lost
ABC, 2004 - 2010

Niektórzy mówią, że ten serial się skończył, zapętlił, stracił sens. Jednak jeśli z odcinka na odcinek czekam z zapartym tchem, nie mówiąc już o sezonie, jeśli gubię gdzieś całą noc, bo tak bardzo pragnę się przekonać, co będzie dalej, skoro na własny użytek, zupełnie spontanicznie wymyślam rozmaite teorie i nawet szukam w sieci innych, to grzechem byłoby tu "Zagubionych" nie umieścić. [Deina]

Pomimo lekkiego - delikatnie rzecz ujmując - spadku formy w sezonie ostatnim, ten serial na zawsze pozostanie na jednej z czołowych pozycji. Poziomem mojego uwielbienia dla produkcji telewizyjnych zdołał przebić "Z Archiwum X", który do czasu powstania "Lost" był moim numero uno. Probierzem kultowości będzie dla mnie zawsze poziom schizy, w jaką dany serial potrafi mnie wpędzić. Przejawia się to tym, że zaczynam wierzyć, że i moim losem rządzi nieokreślona predestynacja, a życie moje przeplata się wielokroć z innymi żywotami w jakimś celu. Mówiłem, schiza :) [Bezcelowy Albatros]

Moja najdłuższa serialowa przygoda. Zżyłem się bardzo z jej bohaterami. Serial posiada niesamowity, wyjątkowy klimat i świetne kreacje aktorskie. Każdy finałowy odcinek sezonu wywoływał duże emocje. Serial poraża rozmachem i pomimo gorszych odcinków jako całość zawsze będzie wysoko w moich rankingach. [mroziek]

Fascynuje mnie ten serial. Od pierwszego, genialnego sezonu, aż do samiutkiego końca (którego nie mogę się doczekać). Pokochałem nie tylko tajemniczość i mrok "Zagubionych", ale również postacie i sytuacje, w których się znajdują.[Alieen]

Kultowy serial z milionami fanów. Ekscytująca podróż po tajemnicach niezwykłej wyspy. Świetna konstrukcja serialu sprawiała, że trudno było doczekać się następnego odcinku. Jednak nie tylko tajemnicami serial stoi. Równie ważna jest cały szereg ciekawych, intrygujących postaci. Serial, który zawładną wyobraźnią milionów, taki wyczyn udaje się niewielu. [Azgaroth]

Nie ma tu zbędnych wątków i postaci, każdy coś wnosi do opowiadanej historii. Scenariusz jest bardzo dobrze przemyślany. Ale można to powiedzieć tylko odnośnie pierwszego sezonu, później zdarzały się pewne niedociągnięcia. W pierwszym sezonie bardzo dobrze zmontowano przygody na wyspie z retrospekcjami, dając szansę każdemu z aktorów (z głównej czołówki) wykazania się i większość aktorów z tej szansy skorzystała. Oprócz elementów przygodowych, sensacyjnych i fantastycznych mamy tu też odpowiednią dawkę humoru. Solidne widowisko pełne tajemnic, które przez długi czas pozostają bez rozwiązania, co sprawia, że ogląda się z zainteresowaniem. [Mariusz]

Bardzo finezyjne połączenie przygody, thrillera i fantasy. Przez pięć pierwszych serii śledzi się kolejne rozwiązania fabularne z krawędzi siedziska i zachodzi w głowę, o co tu lotto. Szkoda, że szósty sezon słabuje konkretnie, ale wcześniejszym częściom nie wolno odmówić geniuszu. [Hitch]

Nie będę pisał o ukrytej symbolice i kolejnych odczytaniach serialu Abramsa. Na wierzchu mamy historię pasażerów samolotu, który rozbił się na dziwnej wyspie. Jest czarny dym, jest niedźwiedź polarny, są tajemniczy Inni. Ale najważniejsi w "Zagubionych" są bohaterowie. Jest ich cała masa, każdy wyróżnia się czymś innym, a żeby przeżyć muszą sobie zaufać i wspólnie działać. Łatwo nie będzie. Lubię "Zagubionych" za kinowy rozmach i właśnie za interakcje między bohaterami. Bez nich ta cała mitologia i tajemnice byłyby nic nie warte. [Crash]

Pierwsze 2-3 sezony to majstersztyk stopniowania napięcia i grania na emocjach widza niedopowiedzeniami. Chyba nie było osoby rozpoczynające znajomość z tym serialem, która po jednym odcinku nie wykrzyczała by "JA CHCĘ WIĘCEJ!!!". Szkoda, że dalsza część serialu zdecydowanie obniża loty. [piXi]



4
Prawo ulicy
The Wire
HBO, 2002 - 2008

Gdyby Szekspir tworzył w dzisiejszych czasach, pisałby scenariusze dla HBO, a The Wire byłby jego najdoskonalszą tragedią. Pierwszoplanową osią konfliktu jest w tym serialu śledztwo wszczęte przez kilku gliniarzy przeciwko narkotykowym bossom Baltimore. Jest to typowy konflikt tragiczny, bowiem racje obu stron są tu w zasadzie równorzędne, mimo iż prawo stoi po stronie policji. Wrażenie ewidentnej jałowości i bezsensowności tej konfrontacji jest przygnębiające. Twórcy nie pozostawiają złudzeń - wszelkie antynarkotykowe działania są daremne, bo z góry skazane na klęskę. Rzeczywisty rozmiar konfliktu jest jednak znacznie szerszy, jego strony nie toczą pojedynku tylko między sobą. Ścigający zmuszeni są walczyć również z trawiącą miasto biurokracją, z korupcją i obłudą polityków, z krótkowzrocznością i brakiem wyobraźni przełożonych. Z kolei ścigani, walcząc także z gangsterską konkurencją, muszą jednocześnie utrzymać pozycję we własnych szeregach i po prostu przetrwać. Rezultatem całego konfliktu może być wyłącznie porażka. Poniosą ją wszyscy, prędzej lub póżniej, w takiej czy innej postaci. I będzie ona przy tym najbardziej dotkliwa dla tych, którzy najmocniej próbowali sprzeciwić się temu baltimorskiemu fatum. Krótko mówiąc: najwybitniejszy serial wszechczasów. A takie postacie jak McNulty i Omar Little stoją na czele panteonu najbardziej kapitalnych filmowo-serialowych bohaterów, jakich miałem okazję poznać. [Jakuzzi]

Po obejrzeniu "The Wire" trudno jest się przestawić z powrotem na "zwykłe" seriale - człowiek widzi, jakie to wszystko naciągane i śmieszne. Nie znam nikogo, kto by ten serial obejrzał i zrozumiał, i go krytykował. Kabel to świętość. [Mental]

Kabel wznosi się na wyżyny (czy raczej nad) kina policyjnego jednocześnie trzymając twarz tuż przy brukowanym chodniku Baltimorskiego getta. Jak pewien anonimowy użytkownik internetu napisał, The Wire staje się z czasem przewidywalne, ale nie dlatego że znasz zagrywki reżyserskie, ale dlatego że rozumiesz zasady kierujące życiem i zaczynasz rozumieć te kierujące światkiem Baltimore. Dorzucić należy jeszcze niesamowity scenopisarski kunszt, biegły w knuciu wielowątkowych intryg i otrzymujemy to co otrzymujemy: najlepszy serial na świecie. : ) [Glut]

The Wire to nie tylko doskonały serial policyjny, ale również doskonały portret dużego amerykańskiego miasta. To portret problemów jego mieszkańców, korupcji i styku biznesu z przestępczością. Serial doskonały w każdym calu. [Azgaroth]

Najbardziej ambitne dzieło jakie w swoim życiu widziałem. Hiperrealistyczny portret społeczeństwa rozciągnięty na 5 wspaniałych sezonów. Panteon niezapomnianych postaci i historii. Wielopoziomowość scenariusza powala, bezpośredniość przekazu przeraża i ujmuje. [wojtky]

Doskonała opowieść kryminalna osadzona w brudnym Baltimore. Świat, w którym polityka miesza się z odwieczną walką dobra ze złem sportretowany z porażającym realizmem. Każda ze stron jest reprezentowana przez świetnie nakreślone postacie, a oglądanie mozolnych śledztw autentycznie angażuje. [Hitch]

W "The Wire" przede wszystkim poraża ogrom poruszanych kwestii. Pod lupą mamy tutaj nie tylko grupę dochodzeniową i łamiących prawo, ale także najwyższe szczeble władzy i problemy społeczne gnębiące współczesną Amerykę. Wszystko zaś opowiedziane jest z niezwykłą przenikliwością i dbałością o szczegóły, których "The Wire" mogłoby pozazdrościć wiele "poważniejszych" produkcji kinowych. [Albertino]



3
Sześć stóp pod ziemią
Six Feet Under
HBO, 2001 - 2005

Generalnie po zakończeniu oglądania każdego z seriali HBO czuję się w jakiś sposób mądrzejszy, ale w tym przypadku uczucie to towarzyszło mi wraz z końcem każdego odcinka. Piękny serial, który w śmiały, acz niebanalny sposób wkracza w nasze najbardziej osobiste i intymne rejestry emocjonalne. Kto przekroczy próg domu lekko pokręconej rodziny Fisherów i troche w nim zagości, nie będzie miał ochoty go opuścić. [Jakuzzi]

Jak nic przedtem, czy później, "Sześć stóp pod ziemią" skupiło się na przemijaniu, stracie i cierpieniu. Kiedy w finale pierwszej serii zhisteryzowana kobieta zapytała Nate’a, "Dlaczego ludzie umierają?" ("Why do people have to die?") ten powoli odetchnął i podarował jej doskonałą odpowiedź "Aby życie nabrało wagi" ("To make life important"). Wszystkie filmy i seriale to "tylko" rozrywka. Istnieją po to, aby umilić nam czas, przenieść w inne miejsce, rozbawić, zszokować. Ciężko jednak wyobrazić sobie produkcję, która zmieniłaby sposób patrzenia na świat, poglądy widza. To jednak odczuwam po obejrzeniu tego serialu. Paradoksalnie, "Sześć stóp pod ziemią" nie mówi o wielkich, ale o małych rzeczach. O decyzjach ludzi, ich codziennych i niecodziennych problemach, które napotykając większe mogą stać się niesamowicie kłopotliwe. O śmierci i przede wszystkim o życiu. O czymś, co dotyczy każdego człowieka. Ciche, delikatne, chwilami niewyobrażalnie trudne, depresyjne arcydzieło. [wojtky]

Six Feet Under' mówi i rzeczach najważniejszych, a jednocześnie jest tak blisko twojego życia, twoich własnych przeżyć i doświadczeń, że po prostu nie istnieje możliwość przejścia obojętnie obok problemów bohaterów. Najbardziej wzruszający, najśmieszniejszy, najbardziej inteligentny serial jaki kiedykolwiek zaproponowała telewizja. A przy tym tak niesamowicie zagrany i napisany, że rokoszować można się każdym odcinkiem z osobna. Tego się nie ogląda, to się przeżywa, chłonie, a po zakończeniu na wszystko patrzy się jednak chyba trochę inaczej. Po prostu najlepszy. [Krove]

Mądra, prowokująca opowieść o życiu, cicha i intensywna zarazem. I co szczególnie w niej piękne, uchwycona bez lukru, bez gorsetu, politycznej poprawności, utkana z prozaicznych momentów i dlatego tak niezwykła! [Haneska]

"Najlepszy serial w telewizji", "najwybitniejszy", "najambitniejszy", "geniusz" itd. itd... Ileż to można mówić o tym serialu czy używać epitetów (i wszystko jest to prawdą), ale ja wiem jedno: Six Feet Under wpłynął na to jak patrzę na świat, pomógł mi zrozumieć pewne sprawy, ale także rzucił mi pytania nad którymi do dziś się zastanawiam. Żaden serial nie wywarł na mnie takiego wrażenia, nie zakorzenił się tam głęboko w umyśle i nie chce odejść. Jedyny SFU! [Picek]

Sześć Stóp pod ziemią to serial nietypowy - zarówno pod względem tematyki, jak i sposobu wykonania. Jednak pomimo artystycznej otoczki oraz niekonwencjonalnych pomysłów reżyserskich i scenariuszowych, pozostaje przede wszystkim opowieścią o zwyczajnych ludziach i ich problemach - bez fałszowania rzeczywistości, ale i bez mnożenia kontrowersji na siłę. Finał zaś jest jednym z najbardziej wzruszających momentów, jakie kiedykolwiek miałem okazję zobaczyć. [Jarod]

Dzieło kształtujące charakter, poglądy na najważniejsze życiowe sprawy, na życie jako takie, na śmierć. Najbardziej reprezentacyjny serial najlepszej stacji telewizyjnej we wszechświecie - HBO, kwintesencja ideologii jaką prezentuje w swoich produkcjach. 5 sezonów z rodziną Fisherów wspominam jak pięcioletnią wizytę u nich. Najwspanialsza, najbardziej poruszająca, najbardziej osobista historia jaką w życiu usłyszałem/zobaczyłem. [Simek]

Życie nie jest czarno-białe. Potrafi być przewrotne, śmieszne, dołujące, dające w kość, ale dające też satysfakcję. SFU pokazuje to bez cienia fałszu. [Snappik]

Przez długi czas nie potrafiłem w pełni przekonać się do tego serialu. Owszem - doceniałem znakomicie nakreślone (i genialnie zagrane) postaci, inteligentny dialog i znakomitą reżyserię, jednak czegoś mi w tej serii brakowało. Jednak ostatnia (piąta) seria sprawia, iż "Sześć stóp pod ziemią" stał się w moich oczach tytułem wybitnym. W finałowym sezonie całość zostaje spięta tak znakomitą klamrą, iż nadaje całości prawdziwej siły, wyrazistości i szczerości. W końcu droga, którą przebyli Fisherowie (i po części Chenowith) do takiego a nie innego finału opiera się na problemach i lękach, które znamy z własnego życia. Znakomita, jedyna w swoim rodzaju produkcja, jedna z najlepszych, najbardziej spójnych i prawdziwych serii, jakie kiedykolwiek pokazała telewizja. [Karol]



2
Z Archiwum X
X-Files
Fox, 1993 - 2002

Idealnie wpisany w klimat moich zainteresowań: trochę paranormal, trochę spisku, trochę psychologii, dużo wyobraźni, budzący masę pozytywnych uczuć główni bohaterowie, relacja między nimi, pojawiający się przy każdym kolejnym obejrzeniu materiał do refleksji, przemyśleń, dyskusji. Ulubione odcinki na każdą okazję, budzące czy to rozbawienie, czy to melancholię, czy to same w sobie inspirujące... potężne uniwersum, w którym człowiek czuje się jak w domu. Szkoda tylko, że dwa ostatnie sezony nie dorównują nijak pierwszym siedmiu. [Deina]

"Archiwum X" opowiada o próbie znalezienia recepty na to, jak w świecie pynchonowskiej "ewakuacji" się poruszać, oddychać, kochać, żyć. U Philipa K. Dicka mieliśmy genialne spekulacje na temat konstrukcji rzeczywistości, serial Cartera dostarcza zaś fantastyczny obraz dwojga ludzi uwikłanych w obsesyjną pogoń za nieosiągalną Prawdą. Scully i Mulder (genialna Gillian Anderson, znakomity David Duchovny) hartują swoją przyjaźń jako jedyną pewną rzecz we wszechświecie, na przekór wszystkiemu i wszystkim; ich historia nie znajduje happy endu, bo happy end w tym postmodernistycznym cyrku po prostu nie ma racji bytu. Wszystko jest niepewne i płynne; jedna z najdziwniejszych i najbardziej intensywnych więzi w historii telewizji nigdy nie zostaje dopowiedziana, pełno w relacjach Scully i Muldera czarnych dziur, tajemnic i rozgoryczenia. Jednak wyrwana w środku nocy ze snu i spytana o filmową definicję miłości, bez zastanowienia wymieniłabym właśnie ich nazwiska – bo przecież "I want to believe"! I mniejsza o UFO, konspiracje rządowe, wampiry, upiory, mutacje – choć jest "Archiwum..." prawdziwą kopalnią dla małego antropologa, zbiorem fascynujących fabuł i zabawą konwencjami ("Bad Blood", "The Triangle", "Post-modern Prometeus") – najważniejszy pozostaje tragiczny sprzeciw wobec wyczuwalnej względności świata. Wybitny serial. I szkoda, że aby zrozumieć kinowy epilog, trzeba przebrnąć przez zaprzeczające idei "Archiwum…" dwa ostatnie sezony. Zdarza się i tak. PS. Swoją drogą, ciekawe, czy Scully i Mulder mają na półce komplet Vonneguta... ;) [Artemis]

Ten serial był skazany na sukces - niewyjaśnione zjawiska, zdarzenia paranormalne, teorie spiskowe wprzęgnięte w śledztwo nietypowej komórki FBI - kombinacja genialna, bo dająca pozór wiarygodności i jednocześnie wyposażająca bohaterów w odpowiednie narzędzia do poszukiwania prawdy. Innym świetnym rozwiązaniem było oparcie relacji bohaterów na wiecznym konflikcie pomiędzy ściśle naukowym spojrzeniem Scully a a otwartym na nietypowe rozwiązania Mulderem. "Z archiwum X" znacznie wykroczyło poza serial i stało się zjawiskiem multikulturowym - filmy pełnometrażowe z przeznaczeniem na duży ekran, gry, komiksy, powieści... Jednak reszta to tylko dodatki wykorzystujące doskonałe źródło jakim jest serial. [Bocian]

Za przekonującą analizę niepokojów trapiących człowieka w czasach przełomu. I bezwględnie najlepsza i najpełniejsza psychologicznie para agentów FBI, jaką widział filmowy świat. [Kelley]

Jako dzieciak na dźwięk melodii z intro dostawałem palpitacji i chowałem się pod łóżko. Teraz jako dorosły facet z rozrzewnieniem wspominam dwójkę agentów FBI, chemię między nimi, niesamowite sprawy z którymi mieli styczność oraz klimat hektolitrami wylewający się z ekranu. Jedynym minusem są ostatnie serie, które były zupełnie zbędne. [Arahan]

Chris Carter odkrył serialowego Graala - formułę, która ograniczyć mogła jedynie kreatywność scenarzystów. O klasie X - Files niech świadczy fakt, że do tej pory nikomu nie udało się go poprawnie skopiować i serial nadal pozostaje niedościgniony w swoim gatunku. [Jarod]

Ach, pamiętam te wieczory na "dwójce", kiedy to leciało "Z Archiwum X". Cóż to były za czasy, kiedy pełen napięcia, strachu oglądało się i kibicowało agentom FBI Mulderowi i Scully. Kosmici, tajemne istoty, mistyczne zagadki, wielki rządowy spisek. Czegóż chcieć więcej? Ten serial posiadał wszystko: wyraziste postacie, doskonały klimat, pomysłowy scenariusz no świetną muzykę. Kultowy serial, naprawdę. [Wawrzyniec_85]

Agenci FBI vs kosmici (i nie tylko). Seria znana i lubiana, nie wymagająca rekomendacji. Zresztą, chyba nie ma człowieka (ani kosmity), który nie potrafiłby zagwizdać The X Files Theme, czyli przewodniego motywu muzycznego, otwierającego każdy odcinek serii... Fiu fiu fiu fiu fiu fiuu... [BD-D]

To już nie serial, to zjawisko, które kilka(naście) lat temu opanowało świat. Pamiętam te serialowe podróbki, te "Faktory X" w kioskach, ulubiony przeze mnie dział w czasopiśmie "Secret Service" (nie było jeszcze natenczas tak rozpowszechnionego dostępu do sieci, więc stamtąd brało się najświeższe newsy o serialu, opisy odcinków, które nie były jeszcze w Polsce emitowane, itp.). Co tu dużo pisać, Mulder i Scully na zawsze pozostaną w moim sercu, a spektrum przyczyn tego jest tak szerokie, że wymiękam przy samej próbie stworzenia wartościowego peanu ku czci tego serialu. [Bezcelowy Albatros]



1
Miasteczko Twin Peaks
Twin Peaks
ABC, 1990 - 1991

Trudno powiedzieć jak wyglądałyby dzisiejsze seriale, gdyby nie "Twin Peaks". David Lynch w duecie z Markiem Frostem wprowadzili do telewizji zupełnie nową jakość, na którą składa się nie tylko najbardziej wciągająca intryga w historii seriali telewizyjnych, ale także polana sosem opery mydlanej satyra małomiasteczkowej społeczności czy wzbudzająca grozę opowieść o życiu pozagrobowym. Wizja niezwykle różnorodna, a przy tym spójna i zachwycająca. [Albertino]

Kiedy Laura Palmer zostaje zamordowana (przez kogoś lub... coś), na prowincjonalnej arenie pojawia się dziwaczny agent specjalny FBI Dale Cooper (Kyle MacLachlan). Wraz z nim i jego zakręconym śledztwem zagłębiamy się w świat pozorów, by dotknąć umykającego nam raz za razem zła, czającego się gdzieś na granicy światła i mroku... "Miasteczko Twin Peaks" to przede wszystkim David Lynch w znakomitej formie. Rzecz kultowa, ale nie dla każdego... [BD-D]

Mało kto w świecie filmowym może sobie pozwolić na tworzenie bez oglądania się na gusta masowe. David Lynch bez wątpienia do takich osób należy i głównie dzięki temu Twin Peaks jest dziełem absolutnie wyjątkowym, trudnym do sklasyfikowania, nibywale wręcz oryginalnym co w telewizji nie zdarza się często. Co ciekawe serial podbił serca zarówno widzów wymagających jak i tych, którzy przywykli do łatwych rozwiązań i popularnych klisz. Oprócz głownego wątku, powiedzmy "metafizyczno-kryminalnego" serial cechuje zabawa konwencją, w której Lynch czuje się doskonale. [Bocian]

Klimat, klimat, i jeszcze raz klimat. Tajemniczy, senny, odrealniony, trochę groteskowy, trochę pozostawiający wrażenie ciszy przed burzą. Prawdziwa symfonia ludzkich namiętności, dużo mroku, ale i dużo uśmiechu. Silne, oryginalne, intrygujące typy ludzkie. Wiele pytań bez odpowiedzi. Innymi słowy, wszystko co najlepsze u Lyncha. [Deina]

Nie lubię Lyncha, ale Twin Peaks uwielbiam. Czego uniknął Lynch? Przede wszystkim nachalnego epatowania dziwnościami. Jasne, serial jest dziwny, ale nie za szybko, nie na chama. Miasteczko i jego mieszkańcy, choć niewątpliwie od samego początku skrywający jakiś sekret, dla mnie osobiście stali się bezdyskusyjnie "nie z tej bajki" gdzieś tak w połowie pierwszego sezonu! To samo u Bunuela w "Aniele zagłady". Ręka chodzi sobie po podłodze, ale to dopiero w połowie filmu! Najpierw jest normalnie, dopiero po pewnym czasie ludzie nie mogą wyjść z chałupy i nikt nie jest na tyle bystry, by choćby drzwi otworzyć. Tak jak we śnie - jest coś dziwnego, ale my się temu nie dziwimy. Oto czemu "Twin Peaks" tak mnie wessało: bo to jest profesjonalna robota. Surrealizm poddany kontroli rozumu. Wbrew zasadzie, że im dziwniej, tym fajniej. U Lyncha odwrotnie: im normalniej, tym dziwniej. A gdy już zaczyna być dziwnie w sposób ewidentny, to nie ma sił - trzeba oglądać dalej. [Mental]

W żadnym tworze czy to filmowym, czy telewizyjnym nie spotkałem się chyba z tak genialną intrygą kryminalną, w którą wpisano by tak ważne treści. Pytanie ''Kto zabił Laurę Palmer?" to tak naprawdę pytanie o to ''czym jesteś człowieku? Co siedzi w tobie tak naprawdę głęboko?". 'Twin Peaks' zabija klimatem, surrealizmem, humorem, absurdem. Jest skończony w każdym calu. A agent Cooper to najlepszy bohater w historii kina i telewizji, dla mnie autorytet. Szczytowe osiągnięcie Lyncha i spółki. [Krove]

Nie tylko najdoskonalszy serial w historii kina, ale i absolutny fenomen popkultury. Cholernie dobra kawa i placek wiśniowy pozostają w pamięci na zawsze. [Fidel]

W wyniku połączenia dziwactw Lyncha i formuły telewizyjnej opery mydlanej powstał jeden z najbardziej tajemniczych seriali jakie dane mi było oglądać. Z jednej strony jest to historia pewnego morderstwa, opowiadana troche jak kryminał, a trochę jak thriller z pogranicza marzeń sennych, a z drugiej sceny z życia leniwego miasteczka, które tylko z pozoru jest zamieszkałe przez normalnych ludzi. Jest strasznie i dowcipnie, nie sposób nie pokochać tego serialu. [Phonik]

Gdy pierwszy raz "Twin Peaks" emitowano w polskiej telewizji, byłem jeszcze małym szczylem i moja matka dość szybko zauważyła, że wskazane będzie eksmitowanie mnie co tydzień do drugiego pokoju. Co nie przeszkadzało mi w podglądaniu przez "dziurkę od klucza", co szybko odbiło mi się czkawką, gdy wprowadzono na scenę JEGO. Długie, szare włosy, jeansowa kurtka, demoniczny wzrok i trauma na dobrych kilka lat gotowa. Jeszcze gorzej było, gdy w końcu, kilka lat później, obejrzałem serial w całości. Wtedy dodatkowym źródłem traumy stały się lustra. David Lynch to bardzo, ale to bardzo, zły człowiek. [Tyler Durden]

Swojego czasu nowatorska formuła serialowa spod ręki Davida Lyncha i Marka Frosta - ale nawet dzisiaj, w dobie seriali HBO potrafi ta produkcja zainteresować; fabuła i postacie nie mają się prawa zestarzeć. W drugiej połowie ostatniego sezonu serial wprawdzie obniżył poziom, ale rewelacyjny finał wszystko wynagradza. [Jarod]

Nie oszukujmy się - jest to serial obyczajowy. Tak, jest zagadka. Tak, są dziwne postacie. Tak, jest muzyka Angelo Badalamentiego. I jest to tytułowe miasteczko, gdzie dzieją się najróżniejsze rzeczy. Ale mimo to bohaterowie chodzą do pracy, do szkoły, mieszkają w domach i mają swoje problemy. A że Bob jest jednym z tych problemów... No cóż, jedni mieszkają w Beverly Hills, inni w Twin Peaks. Co lubię w serialu Lyncha? Momenty grozy i szału, które pojawiają się niespodziewanie i przerywają spokój typowy dla kina obyczajowego. [Crash]

Najbardziej niesamowita klimatycznie produkcja jaką kiedykolwiek widziałem i zarazem jedyna rzecz, która wywoływała u mnie nocne koszmary. Aktorstwo, scenariusz, muzyka i zdjęcia - to wszystko jest tu nadzwyczaj dziwne i nietuzinkowe. Czysty Lynch. [Wojtky]

Perfekcjonizm Lyncha w połączeniu z muzyką Badalamentiego stworzył jeden z najklimatyczniejszych seriali w historii telewizji. [Snappik]



WSTĘP   50-41   40-31   30-21   20-11   10-1   SUPLEMENT


Skomentuj wyniki na naszym Forum:
www.forum.film.org.pl/viewtopic.php?t=4167


PLEBISCYTY KMF
STRONA GŁÓWNA

e-mail Plebiscyt przeprowadził: Rafał Oświeciński [desjudi]
Klub Miłośników Filmu, Czerwiec 2010