STRONA GŁÓWNA


Część pierwsza rankingu.





WSTĘP   100-76   75-51   50-41   40-31   30-21   20-11   10-1 SUPLEMENT


100

The Village (2004)
reż. M. Night Shyamalan


"Osada" to najpiękniejszy film o miłości, jaki zdarzyło mi się obejrzeć. Piękno wylewa się z ekranu. Stonowane zdjęcia lasu w odcieniach sepii; żółć i czerwień. Muzyka Jamesa Newtona Howarda. Oczy Ivy. I te niecodzienne słowa o miłości. [patyczak]

Poetycka muzyka, malarskie zdjęcia, koncert aktorski, niebanalne przesłanie... Można tak długo ciągnąć, ale powiem krótko - ten film to arcydzieło. Arcydzieło, w którym końcowy twist to naprawdę najmniej istotny element. [Phlogiston2]

 



99

Rambo (2008)
reż. Sylvester Stallone

Film jest masakrycznie głupi, ale przecież i pozostałe części - oprócz "First Blood" - też mądrością nie grzeszyły. Choć niektóre patenty są wybitnie durne. Tak czy siak jatka jest przednia i choć chwilami Sly zdaje się nieco przesadzać, to jednak szacun dla niego, że w dzisiejszych czasach zdołał nakręcić taką bezpardonową sieczkę. No i film jest też na tyle krótki, że ogląda się to bez bólu, a i Stallone nie epatuje nadmierną przemocą (owszem, gore sporo jest, ale kamera się na nim nie skupia, nie ma zbliżeń, długaśnych ujęć na zwłoki i tego typu rzeczy). Poza tym sporo tu klimatu znanego z poprzednich odsłon (kapitalna scena z łukiem!), a sam film stanowi idealne zamknięcie przygód tego pana (świetna scena końcowa). [Mefisto] 



98

The Passion of the Christ (2004)
reż. Mel Gibson

Uwagę zwraca próba wiernego odtworzenia wydarzeń „tamtych dni” (mówienie w oryginalnych językach epoki). Film jednak poraża swoją brutalnością i naturalizmem. Można postawić pytanie czy aby nie ma w tym wszystkim przesady. Kino bowiem przyzwyczaiło widza do pokazywania historii Jezusa w sposób delikatny, łagodny i subtelny. Weźmy na przykład dzieło Franco Zeffirelli „ Jezus z Nazaretu” (niebieskooki Robert Powell). Brawa jednak za eksperymentowanie i wychodzenie poza ogólnie przyjęte standardy. [Kubeczek]



97

Sideways (2004)
reż. Alexander Payne

Dwóch przyjaciół w kryzysie wieku średniego wyrusza w podróż by uczcić ostatni tydzień kawalerskiej wolności jednego z nich… to prawda, że fabularnie “Bezdroża” nie zaskakują, ale mają w sobie cudowny nastrój, czar krótkich błahych chwil, które raptem okazują się niezwykle cenne i świetnie skontrastowanych bohaterów, których wprost nie sposób nie pokochać. [Haneska]
 



96

Elephant (2003)
reż. Gus van Sant

Pewnego dnia mieli dość: wstali rano, uzbroili się po zęby, poszli do szkoły i otworzyli ogień. Dlaczego? Gry pełne przemocy? Nieodpowiednia muzyka? Brak moralności? Ukryty homoseksualizm? Nazistowskie ugrupowania? Kamera śledzi coraz to kogo innego, w beznamiętnym, dokumentalnym trybie rejestrując szkolny świat bez bohaterów. Sucho, bez komentarza, bez efektów. Szkolne problemy – któż ich nie zna? Jedni radzą sobie z nimi gorzej niż inni. Tam, gdzie pojawia się niewyobrażalna tragedia, szuka się wielkich słów, wielkich przyczyn, socjologicznie doniosłych zjawisk. A jeśli wystarczy drobiazg? Jedno słowo, spojrzenie, nastrój? A jeśli tak naprawdę nie potrzeba powodu? [Deina]

Film Van Santa opowiadając historię o makabrycznym wydźwięku, przytłacza nas nieśpieszną narracją, wysmakowanymi ujęciami i ubogą listą dialogową. Jedna z najgłośniejszych masakr współczesnej Ameryki zostaje przez niego przedstawiona, mogłoby się wydawać, „na zimno”, bez cienia emocji. A jednak, to tylko złudzenia. Van Sant przemyca bowiem w „Słoniu” istną bombę emocjonalną, skrzętnie skrytą gdzieś pomiędzy kolejnymi wierszami-obrazami opowiadanej historii. Jej detonacja następuje według mnie w trakcie trwania pamiętnej sceny, w której to dwójka nastolatków składa na swoich ustach pocałunek, pierwszy w życiu pocałunek. Oboje wiedzą, że ten pierwszy będzie również ostatnim. Chwilę po tym na naszych oczach rozegrają się krwawe igrzyska, w których główną rolę odegrają ci sami chłopcy. A co na to Van Sant? W tym jego siła, że w warstwie formalnej zupełnie nic – konwencja nie ulega zmianie! Niemniej, jeszcze bardziej zaskakuje sposób podejścia do głównych bohaterów. Van Sant nie robi z nich ani niedobitków z Rodziny Mansona, ani bogu ducha winnych owieczek stłamszonych przez system. Jego sąd jest zawieszony, pełen ambiwalencji i niepewności. I właśnie za takie stanowisko wielkie brawa, bo o wiele trudniej zrobić film o „próbie zrozumienia”, niż wyciągnąć ze słowniczka jakiś mądry, socjologiczny zwrot i podpisać sobie pod niego całą resztę. [Fidel]



95

Der Untergang (2004)
reż. Oliver Hirschbiegel

Bez zbędnych frazesów i innych górnolotnych bredni został ukazany koniec III Rzeszy, a właściwie koniec jej wodza. Przedstawiono tu Hitlera klarownie, prawdziwie, bez przerysowania w tę czy w tamtą stronę. Poraz pierwszy można go zobaczyć (fenomenalny Bruno Ganz), jak nie błaznuje i nie wydziwia. To nie jakaś tam karykatura ale prawdziwy człowiek, który żył i wiadomo jak zapisał się w historii. [Kubeczek]

Hirschbiegel zdecydowanie lubi tematy kontrowersyjne. I właśnie taki, skrajnie kontrowersyjny, jest jego „Upadek”. Od strony scenariuszowo-realizacyjnej, czy aktorskiej (jak zawsze świetny Bruno Ganz) film Niemca bezapelacyjnie zasługuje na pochwałę. Wielki znak zapytania pojawia się jednak w momencie, gdy odrywając się od samego filmu spojrzymy na historię, którą przedstawia. Adolf Hitler, nie miejmy złudzeń, w „Upadku” staje się jedynie marionetką w rękach bezimiennych „złych”. Oko kamery chce widzieć go jako osobę honorową, acz szaloną – przywiązaną do świata idei, oderwaną od wojennej rzeczywistości. I tu moim zdaniem film Hirschbiegela staje się niebezpieczny. Jest bowiem nakręconą więcej niż sprawnie, śmiertelnie poważną próbą rehabilitacji niemieckiego dyktatora. I tu z reżyserem zgodzić się nie mogę, bo może i Hitler faktycznie był marionetką, ale nie należy zapominać o tym, że na tyle niezależną, aby stworzyć jedną z najbardziej chorych idei w dziejach ludzkości. Rehabilitacja jest zatem niemożliwa. [Fidel] 



94

Little Children (2006)
reż. Todd Field

Każdy ma w sobie dziecko, nawet jeśli ukryte gdzieś głęboko pod pokładami dorosłego cynizmu. Walczyć z nim czy nie walczyć? Oto jest pytanie! [Beowulf]

Kiedy piszę te słowa to słyszę w głowie ten przeszywający głos lektora, który opowiada cała historię. Nie tylko on składa się na niepowtarzalną atmosferę tego filmu. Dużo seksualności w nie-seksualnej formie. [picek]

Perfekcyjne wyważenie formy i treści, tzn. ogląda się bardzo dobrze (m.in. świetne zdjęcia), a przy okazji skłania do ważnych przemyśleń. Dawno nie widziałem w kinie amerykańskim tak ciekawie sportretowanej wyższej klasy społecznej. Świetny dramat społeczny ze znakomitą Kate Winslet. [nowak]



93

The Incredibles (2004)
reż. Brad Bird

Bardzo żałuję, że "Iniemamocni" przegrali statuetkę za scenariusz z "Zakochanym bez pamięci". Fenomenalna historyjka biorąca na warsztat ikony komiksu i kina szpiegowskiego, bezbłędnie wplatające je w familijną komedię obyczajową. Film zabawny, zrealizowany z ogromnym wyczuciem i polotem do scen akcji. "Shrek" zawojował świat bezceremonialnym wymieszaniem bajki z popkulturowymi nawiązaniami. "Iniemamocni" to dzieło znacznie ambitniejsze i dalece bardziej wysmakowane. [Craven]

Najlepsza produkcja Pixara i kropka. Genialne jest tu wszystko: bohaterowie, fabula, akcja, animacja i w ogole cale wykonanie. Miazdzaca magia animowanego komputerowo filmu. [Alieen]

 



92

History of Violence (2005)
reż. David Cronenberg

Świetnie opowiedziana historia o tym, co przemoc robi z rodziną, o tym ile człowiek gotów jest poświęcić dla zdrowia swoich bliskich. Jest to także opowieść o tym, że przeszłości nigdy nie pozostawimy za sobą. Całość fenomenalnie wyreżyserowana przez Davida Cronenberga, jednak na specjalne uznanie zasługuje obsada, na czele ze świetnym Viggo Mortensenem, przerażającym Edem Harrisem czy też bardzo dobrą Marią Bello. Warto także wspomnieć o scenie seksu, która w mojej opinii jest jedną z najlepszych tej dekady. [Snuffer]

Z pozoru "Historia przemocy" to opowieść o demonach przeszłości. Dawno zostawione za sobą czyny Toma/ Joeya przypominają o sobie w najgorszy z możliwych sposobów. Cronenberg nie szczędzi nam widoku krwi, nawet w zbliżeniach - to jego swoiste odciski palców - wyznacznik stylu. Tym razem jednak w pełni uzasadnione. Przedśmiertne drgawki człowieka, którego kość nosowa zostaje wbija w jego własny mózg mogą szokować, ale tutaj służą ukazaniu kontrastu: między tym, kim był Joey, a kim stał się Tom. Wątpliwy psychologicznie może się jednak wydawać wątek wewnętrznej przemiany. Wyciszone aktorstwo Viggo Mortensena dodatkowo utrudnia zrozumienie tego kroku bohatera, wyobrażenie sobie, kim był przedtem. To zapewne celowy zabieg Cronenberga powodujący, że jeszcze trudniej nam uwierzyć w przeszłość Toma, zwiększający kontrast między nim "dawnym" i "dzisiejszym". [Kelley, fragment recenzji]  



91

Frost / Nixon (2008)
reż. Ron Howard

Jeden z najlepszych filmowych rzemieślników Hollywood, Ron Howard w tym filmie pokazał że posiada reżyserski pazur i wspiął się na absolutny szczyt sztuki filmowej. Jego film to nie tylko historia jednego z najważniejszych wywiadów w historii, ale także fascynujące starcie dwóch osobowości – zmęczonego życiem, ale wciąż niezwykle błyskotliwego i kryjącego swoje emocje byłego prezydenta USA Nixona (powalająca rola Franka Langelli) oraz prawdziwą bestię telewizji, urodzonego showmana pierwszy raz stającego przed tak poważnym wyzwaniem (znakomity Martin Sheen). Dzięki ich aktorstwu sceny wywiadów ogląda się na krawędzi fotelu niczym najlepsze pojedynki bokserskie. Dodatkowo perfekcyjny montaż oraz bardzo dobry drugi plan (m.in. Sam Rockwell i Kevin Bacon). [Pegaz]

Najlepsze kino o tematyce politycznej od wielu lat. Mimo, że jest to jedynie historia serii wywiadów z byłym prezydentem USA, to jednak trzyma w napięciu, jak najlepszy thriller. Interesujący również dla tych, którzy na co dzień nie pasjonują się wielką polityką. [Bogusz Dawidowicz]

Nawet, gdyby film Howarda niemiałby nic ciekawego do zaoferowania, a pojawiłaby się w nim scena, w której Frank Langella kreuje Nixona, który zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie przegrał debatę, to „Frost/Nixon” powinien znaleźć się na tej liście. Wyraz twarzy Langelli jest po prostu szczytem możliwości aktorskich, wyżej podskoczyć się już nie da. [Fidel]



90

Crash (2004)
reż. Paul Haggis

Ameryka u Paula Haggisa to kraj zniszczony. Jest to jeden z niewielu twórców, którzy w wydarzeniach z 11 września i jego następstwach, dopatrują się zagrożenia nie tyle ze strony terrorystów, ile przerażonego społeczeństwa. Bohaterowie "Miasta gniewu" postrzegają innych przez kolor skóry, akcent, status społeczny. Dlatego ślusarz-latynos to na pewno złodziej, zaś sklepikarz perskiego pochodzenia musi być irackim terrorystą. Wszystko jest albo czarne, albo białe. Kolor szary nie istnieje. A jednak, w tym dzikim świecie, który sami sobie tworzymy, Haggis widzi szansę na ratunek. Może nawet na cud. Nie będzie on udziałem wszystkich - niektórzy poddadzą się i ulegną sile stereotypu. Ale znajdą się i tacy, którzy wyjdą mu na przeciw i się przerażą, bo zobaczą samych siebie. Trudno o lepszy ratunek niż samoświadomość. [Crash]

To nieprawda, że "Miasto gniewu" jest filmem o rasizmie. Jest czymś więcej. To film ouprzedzeniach wszelkiego typu. Tych żywionych w stosunku do obcych, do najbliższych, anawet względem samego siebie. Samo funkcjonowanie w świecie czyni z nas element sieciinterakcji, szerszej, niż moglibyśmy przypuszczać, czasami groźniejszej, niż nam się wydaje.Kilka słów wypowiedzianych w dobrej wierze może stać się zalążkiem tragedii. Z trudembudowana wizja własnej osoby, wszystko, co o sobie wiemy, może runąć w gruzy w jednejchwili i okazać się złudzeniem. W kluczowym momencie życia okazuje się, że możemyliczyć tylko na osobę, która wcześniej wydawała się wrogiem. Albo uświadomić sobie, żenasz świat jest tak jałowy, tak przepełniony pozorami i tak sztuczny, że naszym najbliższymprzyjacielem jest gosposia - po prostu dlatego, że widzi nas codziennie i zna od najgorszejstrony. Nie umiemy ze sobą rozmawiać, nie znajdujemy ujścia dla rosnącego w nas gniewu,wyładowujemy go zatem za pomocą przypadkowych konfrontacji, bo tak jest bezpieczniej, bonawet jeśli zdarzy się, że wyrządzimy komuś krzywdę, możemy o tym szybko zapomnieć.Obserwowanie z boku, jak szeroka może być sieć wzajemnych powiązań i jakludzie wpływają na siebie wzajemnie, nic o tym nie wiedząc, jest fascynującymdoświadczeniem. "Miasto gniewu" zostawia po sobie słodko-gorzki posmak: wiele w nimsmutku, ale i zaskakująco dużo nadziei. Ktoś będący najbliżej może głęboko zawieść, ajednocześnie zupełnie obca osoba może niespodziewanie wyciągnąć pomocną dłoń. I chociażnie jest z nami dobrze - z nami, z ludzką rasą, niezależnie od koloru skóry, narodowości czywyznania - to przecież nie jest jeszcze całkiem źle?I wreszcie - gdybyśmy mieli wybierać nie najlepsze filmy, a najlepsze sceny dekady, w moimzestawieniu obowiązkowo znalazłaby się ta, w której Matt Dillon wyciąga Thandie Newton zrozbitego samochodu. Podobnie emocjonalnych momentów jest zresztą w "Mieście gniewu"więcej. I za to go cenię. [Deina]

Opowieść o współczesnej Ameryce, która jest jednym wielki tyglem narodowości, ras i innych mniejszości. Pod płaszczykiem poprawności politycznej skrywa się niewypowiedziana zimna wojna. [Bogusz Dawidowicz]
 



89

The Bourne Ultimatum (2007)
reż. Paul Greengrass

Agresywna, szybka, emocjonująca akcja w reżyserii Greengrassa udowadnia, że części pierwsze rozmaitych trylogii nie muszą być wcale najlepsze. To, co nie udało się Limanowi w Tożsamości, udało się naprawić w Supremacji oraz podkręcić do niespotykanych obrotów w Ultimatum. Warto przede wszystkim dla sekwencji w Tangerze oraz angażującego do ostatniej sekundy finału. [snappik]

Oglądając film Greengrassa czuję się jak mały dzieciak. Wielką przyjemność sprawia patrzenie jak Bourne, samotny bohater, likwiduje kolejnych przeciwników, ucieka przed całym "systemem" i robi wszystkich w konia. [patyczak]

Doskonałe zwieńczenie najlepszej trylogii kina akcji nowego milenium. [Bogusz Dawidowicz]



88

Final Fantasy VII: Advent Children (2005)
reż. Tetsuya Nomura, Takeshi Nozue

Szybki, efektowny i opowiadający ciekawą hostorię. Podziwiam twórców za to, że w zalewie maksymalnie przegiętych i wystylizowanych scen akcji nie uciekło im najważniejsze - poczucie, że tak naprawdę chodzi o Clouda i jego godzenie się ze stratą i z własnymi kompleksami. Oczywiście to wszystko docenią w szczególności osoby zaznajomione z konsolowym oryginałem. Oglądać tylko w wersji Complete. [Ciuniek]

Najszybsza animacja świata, do tego zrobiona tak, że zapiera dech w piersiach. Jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych, jakie słyszałem w życiu. No i kontynuacja ukochanej gry "Final Fantasy VII". [Alieen]

 



87

Shaun of the Dead (2004)
reż. Edgar Wright

Shaun of the Dead to film napisany tak znakomicie, z taką dbałością o szczegóły nawet na trzecim planie, pełen tak dobrze skonstruowanych dialogów, zagrany tak naturalnie i przede wszystkim tak zabawny, że z miejsca stał się moim ulubionym filmem o żywych trupach. Jeśli parodia jest lepsza od dzieła, które parodiuje - i to dzieła zasłużonego i cenionego - to chyba wystarczająco dobrze o niej świadczy. [military]

Najlepsza komedia, jaką widziałem od, hm, sam nie pamiętam kiedy. Już sama czołówka warta jest wszystkich pieniędzy, a potem jest tylko lepiej i lepiej. Świetny pastisz zombie - filmów, ale bez przesadnego inkrustowania scenariusza cytatami. Szczypta satyry społecznej, ale bez zadęcia. Aktorzy wyglądający jak ludzie, a nie jak modele. [Jarod]
 



86

Road to Perdition (2002)
reż. Sam Mendes

Nie jest to być może film, który się mocno przeżywa na płaszczyźnie emocjonalnej, mimo iż dramaturgię zbudowaną ma wręcz wzorcowo. Tutaj dech w piersiach zapiera przede wszystkim jego warstwa estetyczna. Mendes stworzył wespół z z Conradem L. Hallem plastyczno-realizacyjny majstersztyk. Panowie eksploatują poetykę klasyków amerykańskiego kina gangsterskiego, z ich m.in. charakterystyczną cechą prezentowania scen egzekucji w sposób wizualnie wysmakowany. Posuwają się jednak w tym zakresie o krok dalej i kreują te sceny niemalże jako plastyczne arcydzieła, nie odzierając ich przy tym z realizmu i odpowiedniej dramaturgii. Całość dodatkowo zdobi przepiękna muzyka Thomasa Newmana, z wyśmienitym Road to Chicago na czele. [Jakuzzi]
 



85

Das Leben der Anderen (Życie na podsłuchu) (2006)
reż. Florian Henckel von Donnersmarck

Film o niedalekiej przeszłości. Także naszej w pewnym sensie. Do bólu przeciętny funkcjonariusz Stasi podsłuchuje naczelnego enerdowskiego dramaturga, których - choć pisze reżimowe socrealistyczne sztuki - prowadzi rozwiązłe życie osobiste i jest podejrzewany o kontakty z opozycją. Obserwujemy przemianę obu bohaterów, a w tle ciekawy obraz socjalistycznego społeczeństwa okresu schyłkowego: inwigilowanego, zastraszonego, z konieczności dwulicowego. Szkoda, że w Polsce nie nakręcono filmu o podobnej tematyce i na podobnym poziomie. Niestety, filmy pokroju "Różyczki" czy "Popiełuszki", choć dysponują świetnymi historiami, to spłycają je niemiłosiernie, a z bohaterów czynią skrajne typy idealne. O tym, że film jest naprawdę dobry niech świadczy fakt, że jego reżyser Florian Henckel von Donnersmarck dostał od amerykańskich producentów propozycję nakręcenia blockbustera z Deepem i Jolie (The Tourist). A trzeba wiedzieć, że "Życie na podsłuchu" jest pierwszym filmem długometrażowym tego reżysera. To się nazywa szybka kariera![Battonsson]

W rankingu nie mogło zabraknąć filmu, który porusza ważny dla naszego regionu Europy temat. Niemcy po raz kolejny dokonują rozrachunku z własną trudną przeszłością czyniąc to w sposób autentyczny. Florian Henckel von Donnersmarck nie oskarża i nie gloryfikuje systemu komunistycznego unikając szufladkowania do czarno-białych kategorii. Reżyser postawił się w roli beznamiętnego obserwatora w umiejętny sposób podkreślać dobrze znany nam motyw, że nie systemy lecz jednostki są najważniejsze."Życie na podsłuchu" to kolejny interesujący przedstawiciel niemieckiej kinematografii, która w ciągu ostatnich kilkunastu lat święciła wiele festiwalowych triumfów. Po raz kolejny chce się zapytać: dlaczego my takich filmów nie kręcimy? [Bzyku]

Pasjonująca opowieść o systemie totalitarnym, o jego grozie i absurdzie. O tym jak potrafił niszczyć zwykłą jednostkę. Szkoda, że w Polsce nie można zrobić filmu o podobnej tematyce, na takim poziomie. [Bogusz Dawidowicz]



84

Millenium Actress (2001)
reż. Satoshi Kon

Film o kinie, miłości do kina i miłości w ogóle. Brzmi może niezbyt porywająco, ale niezwykle oryginalna forma prowadzenia opowieści sprawia, że wywiad z byłą królową ekranu i gwiazdą japońskiego kina (fikcyjną), z którego wyłania się historia wieloletniej pogoni za ukochanym, zajmuje bardziej niż mogłoby się wydawać. W Polsce można dostać to anime za paręnaście złotych na DVD - nie ma sensu czekać, trzeba zainwestować. [Ciuniek]
 



83

Big Fish (2003)
reż. Tim Burton

Życie jest na tyle pełne, na ile pozwala nam na to wyobraźnia, sukcesy i porażki są tym, czym są w naszym pojęciu, a ludzie tacy, jakimi ich widzimy. Opowieść o miłości nie musi trzymać się ściśle faktów, by pozostać jak najbardziej prawdziwa. Innymi słowy – prawda jest względna i czasami jej znaczenie również jest względne. A wspaniałe opowieści są wszędzie, wystarczy tylko sięgnąć i najlepiej przekazać dalej. [Deina]

Mój ukochany film Burtona, więc musiał się znaleźć w pierwszej dziesiątce. Niezwykle ciepły, w którym granica jawy i snu, marzenia czy fantazji z rzeczywistością przebiega niepostrzeżenie. Fantastyczna ścieżka dźwiękowa, ze znakomitą piosenką Pearl Jam na czele. Piękne zdjęcia i bardzo dużo ciepła. [Eorath]

Życie Eda Blooma odzwierciedla perfekcyjnie motto "Parnassusa" Terry'ego Gilliama - zawsze, w każdej sekundzie istnienia świata, ktoś będzie opowiadał komuś jakąś historię. Tim Burton opowiedział swoją najlepszą! [Beowulf]

„Big Fish” to ważny film. Błysk starego, dobrego Tima Burtona. Wśród bajkowej, pełnej dziwów scenerii aż iskrzy od pokładów dziecięcej wrażliwości, która niegdyś pozwoliła reżyserowi udowodnić, że śnieg wcale nie jest tym, za co zwykło się go przyjmować. Burton, jak i Edward Bloom – główny bohater filmu, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że życie jest opowieścią, a ta powinna być przecież zajmująca i ciekawa. Po co zasmucać wszystkich szarymi relacjami z przeszłości, skoro fantazja pozwala nam tchnąć w szarość życie? Twórzmy, a nie odtwarzajmy ! Nie bójmy się zapolować na dużą rybę. Ona gdzieś tam jest i tylko czeka, aż w nią uwierzysz. [Fidel]



82

The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford (2007)
reż. Andrew Dominik

Już sam tytuł jest fascynujący, a film jest jeszcze lepszy. Nie cierpię poezji, ale uwielbiam ten film właśnie dlatego, że jest taki poetycki. Statyczne, długie ujęcia Rogera Deakinsa w połączeniu z nastrojową muzyką Nicka Cave'a i Warrena Ellisa kołyszą jakby do snu, ale człowiek o dziwo nie zasypia, choć w filmie pozornie niewiele się dzieje. Jest w tym coś onirycznego i na poły mistycznego. [patyczak]

Jassey James nie dawał mi spokoju, odkąd ujrzałem go po raz pierwszy, tak więc czym prędzej zabrałem się za powtórkę. Efekt? Film jest fenomenalny, w pyte do pieca dosolony na maksa. Nie jest to oczywiście rasowy "eastwoodowsko-peckinpahowski" western, wraz ze swoja starotestamentową surowością i gniewem. To coś innego, dla mnie osobiście zupełna nowość - pierwszy prawdziwy antywestern, jaki miałem okazję zobaczyć. Rola Afflecka - kurde, szkoda, że nie dostał Oscara. Ja bym mu dał nawet dwa i trzeciego na drogę. Głos narratora... od czasu Barry'ego Lyndona nie słyszałem mądrzejszych słów wypowiadanych z offu gawędziarskim tonem. Zdarza mi się włączyć film tylko po to, by ponownie wysłuchać, co ma narrator do powiedzenia. Niedoścignione mistrzostwo. [Mental]

Film o tym, jak rodzą się legendy - a rodzą się z sytuacji zupełnie obdartych z mistycyzmu i chwały, rodzą się z rzeczy zupełnie przyziemnych i podłych, morderstw i zdrad. Tak to odczułem. To nie western, bo nie jest ściśle związany z czasem i miejscem - równie dobrze mógłby dziać się gdzieś w średniowieczu, opisując poczynania jakiegoś legendarnego rycerza. Zdjęcia i muzyka sprawiły, że szczena mi opadła. A pan z gitarą pod koniec, to nikt inny jak Nick Cave. [Glut]

Niesamowity film. Przynudnawy, to prawda, ale zaprawdę powiadam wam - pierwsze i ostatnie pół godziny tego obrazu to absolutne mistrzostwo. Szerokie, rozległe płaskowyże Dzikiego Zachodu zostały niesamowicie uchwycone przez operatora. Aktorstwo Pitta i Afflecka stoi tutaj na najwyższym poziomie, a do tego ta muzyka Cave'a, która wprowadza ten baśniowo-poetycki nastrój. No bomba. To nie jest zwykły western, to nie jest nawet do końca antywestern, ale w 100% wystudiowana antywesternowa baśń psychologiczna, z ambicjami na dzieło metafizyczne. [Rodia]

 



81

Le Pianiste (Pianistka) (2001)
reż. Michael Haneke

Nie jestem wielbicielem Hanekego. Właściwie jedynie jego „Funny Games” doprowadziły mnie do skraju załamania nerwowego poprzedzonego niedowierzaniem, brakiem tchu i gryzieniem pilota. A jeśli chodzi o „Pianistkę”? Aby być uczciwym muszę spojrzeć na nią z dwóch perspektyw. Ta ściśle subiektywna podpowiada mi, że taka estetyka i narracja nie do końca do mnie nie przemawiają. Ta bliższa spojrzeniu obiektywnemu każe mi jednak uznać film Hanekego za kawał porządnego kina, które najzwyczajniej nie do końca trafia w moje gusta. Niemniej, za jedno Austriaka cenię i zawsze będę cenił – chyba nikt nie potrafi skonstruować takiego modelu rzeczywistości, który przypomina balon do granic możliwości napełniony powietrzem. W świecie Hanekego osoba ze szpilką w ręku jest niebezpieczna niczym bomba atomowa. Gdy niezwykle cienka i rozciągnięta do granic możliwości powłoka ciszy i kultury pęknie świat zalewa czysty chaos. W „Pianistce” obyło się bez wybuchu, choć szpilka była już cholernie blisko. [Fidel]


 



80

Dom zły (2009)
reż. Wojciech Smarzowski

Smarzowski nieco inaczej, ale wciąż w doskonałej formie. Znowu obraz zaścianka, ale w polewce zręcznie skonstruowanego thrillera, który momentami potrafi jednak rozbawić wisielczym humorem. Chciałoby się, żeby reżyser ów kochany więcej filmów majstrował, bo może wtedy oglądałbym polskie filmy z częstotliwością większą niż jeden na dwa lata? [BezcelowyAlbatros]

Znakomity, intensywny, niełatwy w odbiorze film polski. Oto dowody niebanalności i realizacyjnego kunsztu:
- to prawdziwy portret interesowności znajdowanej w chamstwie i kłamstwach;
- to film niekoniecznie o Polakach, bo przecież ogólnie o ludziach ze wschodu, homo sovieticusach wszelkich, którzy próbowali odnaleźć się w ubogiej - politycznie i etycznie - rzeczywistości;
- tu opary bimbru unoszą się chyba w każdej minucie filmu;
- tu dym papierosowy wgryza się w oczy w każdej półminucie film;
- tu podstawą jest znakomity scenariusz, czyli dramat w dwóch równolegle prowadzonych aktach - mistrzowsko rozegrany i idealnie zespolony ze śmierdzącym klimatem PRLu;
- ta kryminalna intryga - wstęp, zawiązanie, zaskakujący finał - klasa do samego końca, do ostatniej klatki;
- a Jakubik, Dziędziel, Preis to najlepsze aktorskie trio ostatnich lat. [desjudi]


Film, który pozwala uwierzyć, że również w Polsce może powstać obraz oryginalny i wybitny zarazem. Mistrzowskie ukazanie przesiąkniętej do szpiku kości złem natury ludzkiej. Perfekcyjna makabra w doborowej obsadzie. [zooey]

Film Smarzowskiego osadzony jest w bardzo konkretnej rzeczywistości. Zdawać by się mogło, że bez PRL-owskiego sposobu załatwiania ‘niewygodnych spraw’ nie miałby racji bytu. A jednak, nic bardziej mylnego. Historia opowiedziana w „Domu złym” jest na tyle uniwersalną opowieścią o źle czyhającym w każdym człowieku, że można by ją rozegrać w dowolnym czasie i miejscu, bez uszczerbku na sile oddziaływania. Film uzmysławia nam, że ludzie bywają szaleni – oczy Topy i Dziędziela pełnią w tym przypadku rolę dowodu ostatecznego. Całość zamyka genialna scena przywodząca na myśl zimowe pejzaże Bruegela – niby grupa ludzi na śniegu, a jednak czuć jakąś niewidoczną, niepokojącą obecność. W takim świecie nigdy nie jesteśmy bezpieczni. [Fidel]



79

Dare mo shiranai (Dziecięcy świat) (2004)
reż. Hirokazu Koreeda

Temat: film o dzieciach, które matka zostawia bez opieki na czas bardzo długi. Jeśli zabrałby się za to polski twórca, dostalibyśmy depresyjne czarno-białe filmidło o tym, jak ciężkie jest życie i jak rodzą się patologie. Jeśli zabrałoby się za to Hollywood, mięlibyśmy film o ciągłej zabawie, która powoli zaczyna dzieciaki nudzić i tęsknią do mamy, a całość wieńczyłby radosny finał, w którym skruszona matka wraca, przytula dzieci, a w tle leci piękna muzyka. Tymczasem Hirokazu Koreeda wziął się za tę (autentyczną zresztą) historię w sposób wyjątkowy i przejmujący, tym samym tworząc jeden z najważniejszych japońskich obrazów mijającej dekady. Fascynujący, pięknie opowiedziany, poruszający film o szkole szybkiego dorastania. Do tego genialnie zagrany przez dziecięcych aktorów, których naturalność jest wprost porażająca. Szczególne brawa należą się dla najstarszego syna (i głównego bohatera) - Yuya Yugira tworzy genialną, dojrzałą, bardzo "świadomą" kreację. [Karol]

„Dziecięcy świat” Hirokazu Koreedy to jeden z tych filmów, które uzmysławiają, jak odrębną i zupełnie unikalną jakość stanowi dzisiaj kino dalekiego wschodu. Wszystko to, co najciekawsze w kinie autorskim ostatnich lat ma miejsce gdzieś hen za Uralem. Główną zaletą tych kinematografii jest sposób w jaki mierzą się one z rzeczywistością. Brak w nich klasycznych superbohaterów, czy po stokroć cierpiących nieszczęśników rodem z „Placu Zbawiciela”. Na wschodzie nawet największy dramat może zostać obrócony w coś zupełnie innego, z perspektywy Europejczyka chyba nie do końca możliwego do określenia. Właśnie taką sublimacją wielkiej tragedii w zupełnie nową jakość jest opowieść o czwórce dzieci porzuconych przez matkę. Na naszych oczach rozgrywać powinien się dramat – dzieciaki nie chodzą do szkoły, muszą ukrywać się przed sąsiadami, aby uniknąć rozdzielenia w sierocińcu, z minimalnym przygotowaniem zostają wrzucone w centrum świata dorosłych. Dramat rozgrywa się jednak gdzieś pomiędzy wierszami niezwykle wrażliwej, pełnej ciepła i uśmiechów słodko-gorzkiej opowieści, której powstania nie wyobrażam sobie obecnie ani na gruncie amerykańskim, ani europejskim. Widok roześmianych oczu dziecka na tle pogrążającego się w chaosie mieszkania i błysków kolorowej gry video porusza i mówi o złożoności życia więcej, aniżeli długie godziny filmów, w których jedynym zadaniem bohatera jest kultywacja własnego cierpienia. [Fidel]  

To jest film, który powinien czarować. Obejrzyjcie amerykański zwiastun: czworo rodzeństwa pozostawionego przez matkę w pustym mieszkaniu. Dobry pretekst na lekcję miłości. I niezwykłość filmu Hirokazu Koreedy polega na tym, że opowiadając historię dojrzewania trochę na opak, wciąż pozostaje obrazem rozpaczliwej dziecięcej miłości. Więc czemu na opak? Bo to dramat pod powolną, hipnotyzującą narracją. Niewidzialna tragedia, niewidzialna patologia (wszak "Nobody knows") - wtopione w tkankę gigantycznego miasta. Dzieci (w roli głównej fenomenalny, nagrodzony na festiwalu w Cannes, trzynastoletni Yûya Yagira), które radzą sobie ze stratą, ustanawiając nową codzienność, nowy rytm dnia. Potem nadchodzi wstrząs, ale i on - dosłownie! - pozostaje ukryty. I dlatego film mrozi. Przeraża. Szokuje. [Artemis]



78

Revolutionary Road (2008)
reż. Sam Mendes

Obejrzałem ten film raz, ale ciągle o nim myślę. Dla mnie to genialna rozprawka o tym na jakie życie się godzimy, jakie chcemy i co jesteśmy w stanie poświęcić aby otrzymać to co chcemy. O przeciętności i ponadprzeciętności opowiada Sam Mends w sposób, który tylko on potrafi. Nie daje nam odpowiedzi, jedynie zmusza do myślenia. Nawet nie wiesz co ze mną zrobiłeś, reżyserze drogi. [picek]

Duet Winslet-DiCaprio powraca po latach w swej dojrzalszej (również aktorsko) formie. Film budzący gwałtowne emocje, ale niejednoznaczny i stawiający pytania, na które nie ma łątwych odpowiedzi. Dodatkowo (obok wybitnych rół wspomnianego duetu) galeria ciekawych, świetnie zagranych postaci i poruszające zakończenie. [zooey]

Gorycz rozczarowań i poczucie życiowej pustki atakują nas tu niemal od pierwszych minut, ściskają za gardło i trzymają w napięciu niczym w najlepszym Thrillerze tylko, że to nie Thriller a boleśnie szczery dramat .To kawałek życia znakomicie odegrany przez Kate Winslet, Leonarda DiCaprio oraz Michaela Shannona. [Haneska]

Przypomnienie o tym, że idealizm i romantyzm mogą doprowadzić do tragedii i wypalenia. Ale z drugiej strony dowód na to, że i idealizm, i romantyzm istnieją... [Beowulf]



77

Ratatouille (2007)
reż. Brad Bird.

Jak na wysokobudżetową animację trójwymiarową rzecz niezwykle elegancka i urocza, nie epatująca poza tym przebajerowanymi uniwersami i masą zakręconych postaci, jak to filmy tego typu mają w zwyczaju. Ktoś mógłby rzec krótko: Pixar, ja powiem więcej: Brad Bird, który ponownie tworzy coś niebanalnego i charakterystycznego. Facet nie daje się ograniczyć disnejowskiemu schematowi, a gatunek familijnego kina dla dzieci zdaje się być dla niego idealną formą aby przekazać garść refleksji, które adresuje nie tylko do najmłodszych. No i jeszcze to ciekawe zjawisko: po seansie człowiek ma autentyczną ochotę skoczyć do kuchni i coś upichcić. [Jakuzzi]

Historia szczurka, który marzy, aby zostać wielkim kucharzem w paryskim świecie kulinarnym. Brzmi niesmacznie? Wręcz przeciwnie, gdyż tak naprawdę to bardzo ciepły i przyjemny film, który idealnie ogląda się zajadając smaczne potrawy i popijając je winem. Doskonały danie od Pixara. Bon Apetit. [Wawrzyniec_85]

Scena, gdy krytyk próbując dania szczurka, przypomina sobie własne dzieciństwo jest tak genialna, że świetna animacja Pixara wznosi się jeszcze na poziom wyżej i skala oceniania się rozjeżdża... [patyczak]



76

Toy Story 3 (2010)
reż. Bradley Raymond,, Lee Unkrich

Toy Story 3 to jeden z najlepszych filmów Pixara - wyróżnia się nawet jak na standardy produkcji tego studia. Oprócz standardowej miażdżącej strony wizualnej, żywych i angażujących bohaterów, świetnie napisanej historii, pojawiają się tu 2 elementy, których w poprzednich częściach nie było - cała paleta nowych postaci i przede wszystkim prawdziwy skarb tego filmu - dominujące podczas seansu poczucie ostateczności i groźby następujących wydarzeń, końca pewnej epoki, stawek z pierwszej i drugiej części wzniesionych na nowe wyżyny. Pixar pokazuje się tu od najlepszej strony i z pełną swobody gracją pokazuje swoją potęgę w tym w czym jest najlepszy - w manipulowaniu uczuciami widza, w sposób najprostszy z możliwych, żeby nie powiedzieć prymitywny - czyli czystym obrazem. Nie będzie przesadą, gdy powiem, że wyszedłem z tego seansu nie tyle poruszony czy wzruszony, ile totalnie zszargany emocjonalnie i przeżuty na drugą stronę przez artystów z Emeryville. Tak, zszargany to dobre słowo; po wyjściu potrzebowałem chwilę pochodzić i na nowo przyzwyczaić do otaczającego świata, przestawić do starego trybu działania. Chyba coś podobnego mieli niektórzy Amerykańce po seansach Avatara, tylko, że tam podobały im się kolorki Camerona, a nie przekazywane nimi emocje. Nie czułem się tak od... nie no, naprawdę nie pamiętam od kiedy. Od dawna w każdym razie. [Rodia]

Już podczas sceny otwierającej zakręciła mi się łezka w oku. Pod koniec seansu prawie bym utonął… [gigacz]

Animacja dla dzieci? To pojęcie już od dawna nie funkcjonuje. To doskonały film. Dla dorosłych. [Mati]

Cholernie dramatyczny i sentymentalny film. Spodziewałem się zabawy i przygody, jak w dwóch poprzednich odsłonach (co i też niejako otrzymałem), a tutaj co chwila jakieś frazesy o przemijaniu, przyjaźni i miłości, zmieszane z naprawdę dramatyczną akcją. Ogląda się to naprawdę świetnie, ale jednak odrobinę przesadzili - szczególnie w końcówce film robi się niepotrzebnie rozwleczony i przesentymentalizowany (jest takie słowo?), ergo było tego za dużo i trochę za długo. Skrócić film o te 5-10 minut (prolog też bym osobiście w cholerę wywalił i zaczął film od zapisu video) i byłoby cacy, a tak jedynie 9/10. Jakościowo to jednak perełka, a wszelkie fragmenty z Kenem i hiszpańskim Buzzem rozruszały mi przeponę solidnie. Reasumując - kolejny świetny Pixar, w niczym nie ustępujący poprzednim dwóm filmom (najrówniejsza trylogia wszechczasów?), w którym znowu wszelkie elementy są na swoim miejscu. Zabrakło mi co prawda kilku starych bohaterów (jestem pewien, że w scenariuszy znalazłoby się więcej miejsca dla żołnierzy, a zrezygnowanie z Bo też uważam za chybiony pomysł), no, ale Pixar konsekwentnie uniknął większych wpadek. [Mefisto]

 



WSTĘP   100-76   75-51   50-41   40-31   30-21   20-11   10-1 SUPLEMENT


Skomentuj wyniki na naszym Forum:
http://forum-kmf.fc.pl/viewtopic.php?t=4342


PLEBISCYTY KMF
STRONA GŁÓWNA

e-mail Plebiscyt przeprowadził: Rafał Oświeciński [desjudi]
Klub Miłośników Filmu, Grudzień 2010