STRONA GŁÓWNA


Część szósta rankingu.





WSTĘP   100-76   75-51   50-41   40-31   30-21   20-11   10-1 SUPLEMENT


20

Donnie Darko (2001)
reż. Richard Kelly


Oryginalna, mroczna łamigłówka bez jednoznacznych odpowiedzi. Film, który ubiera w fantastyczny kostium to, co najbardziej przerażające w zwykłym, codziennym życiu, ubiera w formę niewygodne pytania, niewypowiedziane lęki. Daje też pewne poczucie komfortu, serwując widzowi złudzenie, że niemożliwe staje się możliwe, że bezradność to tylko pochodna braku woli, że nic nie jest nieodwracalne. Trzeba tylko mieć odwagę, by podjąć decyzję i coś poświęcić; co prawda, najczęściej siebie, niemniej ? czasem warto. Kiedy codziennie ryzykujesz tym, że twój starannie budowany świat może się zawalić, nadzieja na to, że da się zapanować nad nieuchronnym, jest bezcenna. Być może każdy mógłby być bohaterem, gdyby tylko dano mu szansę. Niezapomniana historia, niezapomniany klimat, niezapomniany Jake, niezapomniana muzyka, coś jeszcze? Reżyser zafascynowany twórczością Lyncha równie mocno jak ja. [Deina]

Seria "najbardziej kultowe filmy dekady". Emocjonalny nokaut i ostra satyra na małomiasteczkową mentalność i równie małomiasteczkowe ambicje. Życiowa (prawdopodobnie) rola Jake'a Gyllenhaala i galeria zupełnie odjechanych, niezapomnianych postaci. Fenomenalny obraz dojrzewania i wyobcowania w totalnie postmodernistycznej, popieprzonej estetyce, wrażliwości neurotycznego dzieciaka wychowanego na "Strefie mroku" czy "Z archiwum X". And I find it kind of funny, I find it kind of sad, the dreams in which I?m dying are the best I?ve ever had. I tak dalej, i bez końca. [Artemis]

Koniec świata jako metafora wielkości małych gestów jako metafora wyobcowania jako metafora wielkości małych gestów jako metafora końca świata. [Beowulf]

Ten film, bez żadnej przesady, jest jednym z najlepszych debiutów w historii kina. Pod płaszczykiem historii sci-fi, a właściwie nie - pod cholernie dobrym, ekskluzywnym płaszczem historii science fiction, Kelly przeprowadza niezwykle przekonywującą krytykę rzeczywistości i społeczeństwa. Patrząc przez ten pryzmat śmiało można postawić go obok takich nazwisk, jak von Stroheim, Vigo, Bunuel, Wilder, Lynch... A gdyby tego było mało, reżyserowi udaje się stworzyć historię na tyle uniwersalną, że każdy może odszukać w niej element siebie, bo przecież każdy był kiedyś nastolatkiem, a jego życiu zagrażał jakiś tam Frank - facet, który szepcze do każdego, jedynie jego strój ulega zmianie... Zupełnie na koniec: Lynch doczekał się wielu nieudolnych epigonów, ale kto wie, kto to wie... [Fidel]

 



19

Love Actually (2003)
reż. Richard Curtis

Curtis stworzył komroma totalnego, zachowując wszystkie zalety tego gatunku i eliminując większość jego wad. Wziął na warsztat najbardziej wyświechtane sceny i motywy, często podkręcając je i umieszczając w nowym kontekście czy też scenerii. W jednym filmie opowiedział circa dziesięć historii, dzięki czemu zarówno zdołał uniknąć dialogowej i scenariuszowej waty, jak i sklecił historię praktycznie z samych fabularnych highlightów. Zatrudnił armię angielskich (głównie) aktorów wymiataczy i napisał dla nich znakomite dialogi. Umieścił w filmie kilka rewelacyjnych piosenek, które nie tylko służą jako ozdobnik, ale znakomicie współgrają z historią i komentują poczynania bohaterów. Gwoli ścisłości: score Craiga Armstronga również jest rewelacyjne. Love Actually to dla mnie zjawisko. Znakomita, inteligentna rozrywka i czysta filmowa przyjemność. Film wielokrotnego użytku, w moim przypadku odpowiednik świątecznych Kevinów i innych takich: wolę po raz -nasty patrzeć na Emmę Thompson słuchającą Joni Mitchell od oglądania wybuchających kibli i cegłówek na ryju. [Jarod]

Najlepszy film w tzw. duchu świątecznym ostatnich lat i przy tym dość gorzki. Choć też pozytywny. Ale i smutny. I prawdziwy. Choć bajkowy. Słowem - rewelacja. Drugiego takiego nie ma. Poza tym, to właśnie ten romantyzm jest strawny w takim samym stopniu dla facetów, jak i dla kobiet, bo każdy w którejś postaci odnajdzie kawałek siebie (jakkolwiek tendencyjnie to brzmi) - takiego jakim chciałby/chciałaby być albo takiego jakim się jest lub bywa. I to wszystko w bezpretensjonalnej formie. Na święta - koniecznie. [desjudi]

Ucieleśnienie wszystkiego co najlepsze w komedii romantycznej. Niezwykle sprawna przeplatanka kilku uroczych historyjek o miłości, gdzie każdy wątek znajdzie swojego amatora. Film, który podoba się każdemu, ale jednocześnie nie schlebia masowym gustom. Można oglądać do znudzenia co roku w okresie bożonarodzeniowym. [Zooey]

Najprawdopodobniej najlepszy film o tematyce świąt Bożego Narodzenia, jaki powstał w minionej dekadzie. Zamiast spójnego scenariusza - mozaika prostych historii, z których każda jedna porusza tematykę miłości i bliskości drugiej osoby w inny sposób. Zależnie od tego, czy bohaterem jest niewierny mąż, rozpaczliwie nieśmiała kobieta opiekująca się upośledzonym bratem, czy w końcu premier Wielkiej Brytanii - otrzymujemy inną definicję, jeśli wogóle można o czymś takim mówić. Dzięki takiemu "rozdrobnieniu" nawet dosyć sztampowe zagrania nie nudzą, a galeria wspaniale napisanych i zagranych postaci tylko w odbiorze pomaga. Jeden z najbardziej ciepłych i podnoszących na duchu filmów, jaki dane mi było oglądać. [Ciuniek]

Nie mogło w moim zestawieniu zabraknąć ciepłej brytyjskiej komedii o Świętach Bożego Narodzenia. Film o miłości, przyjaźni, miłości, pożegnaniach, miłości, powrotach, miłości, romansach, miłości no i miłości. Idealnie wyważony - zabawny, ironiczny, ciepły, wzruszający, mądry, głupiutki, radosny i nostalgiczny. Mimo że na melodię "Last Christmas", do oglądani cały rok. [Eorath]

Najbłyskotliwsza komedia romantyczna dekady. Pogodna, zabawna, świetnie poprowadzona, zagrana i napisana: właściwie bez pierwszego planu, za to pełna aktorskich perełek. Dużo dowcipu, brak taniego sentymentalizmu. Film, do którego można wracać i wracać. [Deina]

Nie ma, nie było i nie będzie lepszej, pełniejszej, śmieszniejszej, bardziej czarującej i bardziej ekscentrycznej komedii romantycznej! [Beowulf]  



18

The Dark Knight (2008)
reż. Christopher Nolan

"Mroczny rycerz" to film ambitny nie tylko pod względem prezentowania efektownych fajerwerków, ale i ciekawego nakreślenia postaci, ich relacji z otoczeniem, z samymi sobą. Najmocniejszą stroną TDK jest zwyczajnie świetnie skrojony scenariusz nie wywołujący nieprzyjemnego dysonansu między tym, co komiksowe, a tym, co realistyczne (a co dokuczało odrobine w Batman Begins). Nolan doskonale to wyważył. Ponadto film Nolana - na poziomie scenariusza - jest na tyle złożony, że odkrywanie drobnych niuansów fabularnych, które umknęły za pierwszym razem, może być szczególnie fajne i powodujące jeszcze wieksze docenienie tej ekranizacji. Innymi słowy, to troche inna bajka niż np. "300", "Sin City", "Hulk", "Iron Man", "Spiderman", które były mniej lub bardziej udanymi tylko ekranizacjami komiksu. TDK idzie krok dalej - Nolan ściąga bohaterów na ziemię, ujawnia ich motywacje, zadaje pytania o sens ich działalności. Bo TDK to taki "Ojciec Chrzestny" współczesnego kina - Coppola skupił sie na ludzkiej twarzy gangstera (nie zapominając przy tym czym jest prawdziwe kino gangsterskie), a Nolan wejrzał w głąb komiksowych super- i antybohaterów (nie zapominając ani na moment o kim i dla kogo robi film). Arcydzieło? Raczej nie dla mnie, bo innego typu kino mogę uznać za arcy, ale to zdecydowanie druga najlepsza, po "Watchmen", ekranizacja komiksu, jaką widziałem. [desjudi]

Dla jednych najbardziej przereklamowany film w historii kina, dla drugich najlepsza ekranizacja komiksu jaka kiedykolwiek trafiła na duży ekran. Trochę zabawnie jest używać Wielkich Słów w odniesieniu do faceta, który przebiera się nocami za nietoperza i walczy z przestępczością, ale Christopher Nolan podszedł do sprawy na poważnie i osiągnął zamierzony efekt - stworzył postać psychologicznie prawdopodobną, ciekawą i zajmującą. "Mrocznemu Rycerzowi" łatwo zarzucić naiwny optymizm odnoszący się do tego, że "wszyscy w głębi duszy jesteśmy dobrzy", ale czy chęć wiary w taki stan rzeczy naprawdę jest czymś złym? No i jest jeszcze Joker Heatha Ledgera, którego kreacja już przeszła do historii kina. [Ciuniek]

Kolejna odsłona przygód Człowieka Nietoperza, tym razem w rękach Christophera Nolana. Wyjątkowo poważne i realistyczne podejście do komiksowego pierwowzoru. Ale przede wszystkim sugestywna kreacja Heatha Ledgera jako nemezis Batmana, czyli Joker, który kradnie całe filmowe show. [Wawrzyniec]

 



17

Mulholland Drive (2001)
reż. David Lynch

Oj David, David, cóżeś nam uczynił? Rozmowy, dyskusje, polemiki, nieustanne roztrząsanie szczegółów ? byle tylko wpaść na trop rozwiązania. Rozwiązanie jest, oczywiście (jeśli by się mocniej zastanowić, to pewnie niejedno), przede wszystkim jednak jest to, co było piękne w Twin Peaks: trochę czerni i czerwieni, trochę zmieniających się świateł, trochę snu, zmysłowość, zagadka, niepewność i ból. Gdzieś mignie karzeł, gdzieś indziej pojawi się olbrzym, może nawet w kowbojskim kapeluszu, czasami zadzwoni telefon. Tajemniczy i mroczny - oto najpiękniejsze słowa świata!?. [Deina]

Filmowa wędrówka po kobiecym umyśle: hipnotyzująca, oniryczna, fascynująca! [Haneska]

Kiedy w latach siedemdziesiątych Lynch wraz z grupą przyjaciół rozpoczął pracę nad "Głową do wycierania" nie wiedział, że jej ukończenie przypłaci rozpadem małżeństwa oraz zawiśnięciem na skraju szaleństwa. Nienawidził Filadelfii, w której spał z bronią w ręku, ponieważ do jego rodzinnego domu włamywano się niemal co nocy. Filadelfii, w której widział śmierć młodego chłopaka próbującego bronić swoją rodzinę. Niemniej, to właśnie ta ciemna, zła, przerażająca Filadelfia, lynchowskie piekło, przelała się na kadry "Głowy do wycierania". Lynch, świadomie lub nie, stworzył film o swoim życiu. Ta sama sytuacja powtórzyła się lata temu przy "Mulholland Drive". Czemu ten film wydaje się być tak odległy od agonii Henry'ego? Powody są proste - Lynch kocha Los Angeles, uwielbia swój dom, stać go na utrzymanie rodziny, robiąc film nie musi po kryjomu spać wśród dekoracji, Henry uciekł z piekła Filadelfii. Wrażliwość jednak pozostała ta sama. Lynch doskonale wie, że w Los Angeles jest za mało aniołów, aby każdy mógł złapać ich za rękę. Właśnie dlatego "Mulholland" stanowi w filmografii Lyncha tak ważny punkt, jest to opowieść Henry'ego, który wydostał się z piekła, lecz wciąż czuje na plecach lodowaty oddech bezdomnego zza baru Winkie, Kowboja, dwójki staruszków, Mystery Mana, Człowieka z Planety i Normy Desmond. To film Lyncha o Lynchu i jego świecie, ponownie i nie po raz ostatni, na szczęście. [Fidel]
 



16

Watchmen (2009)
reż. Zack Snyder


Nie czytałem komiksu i mam to gdzieś - film się broni i bez tego. Wizja alternatywnej historii jest z jednej strony oryginalna, a z drugiej zalatuje Dickiem na kilometr. Wykonanie to absolutna perfekcja, i choć dr Manhattan nie ma tylu polygonów co Benjamin Button, to jego losem mogę i chcę się przejmować. Do tego znakomity soundtrack, stylowe wizualia, pamiętni bohaterowie i na deser nieco akcji. Kto by się spodziewał takiej ekranizacji komiksu? [Military]

Podczas oglądania "Strażników" często towarzyszyło mi uczucie doświadczenia wybitności - bo niczego nie jest za mało, niczego za dużo, w sam raz, idealnie angażujące, intrygujące, ciekawe. To jest kino bardziej wymagające, choćby i z tego powodu, że tak wiele wątków się pojawia, tak wiele postaci i tak wiele nietuzinkowych superbohaterskich problemów zanurzonych głęboko w alternatywne realia - palce lizać. Na to się po prostu przyjemnie patrzy i, co ważne, komórki ostro pracują wychwytując liczne nawiązania do historii, polityki. Jak dla mnie, ten poziom komunikacji w kinie rozrywkowym jest wybitny. I za to wielkie ukłony w stronę Snydera i równie wielkie w stronę Moore'a, który ten świat stworzył. Ogólnie rzecz ujmując miałem poczucia obcowania z czymś, co rości sobie prawo do bycia wybitnym, może nawet kultowym. Wysokie miejsce w rankingu - przed "Mrocznym rycerzem" - odzwierciedla jego duże znaczenie i niedocenienie w momencie premiery. [desjudi]

Znakomita ekranizacja, której twórcom udało się wiernie przenieść karty komiksu na ekran. Postaci są znakomicie naszkicowane, fantastyczna ścieżka muzyczna, dobre aktorstwo, świetna początkowa scena retrospekcji w rytm utworu Boba Dylana. Znakomity antybohaterski film, dekonstruujący mit superherosa znanego z tylu innych produkcji, ze Spider-Manem i Batmanem na czele. [Eorath]

Temu filmowi poświęciłem już dwa teksty na stronie, więc jedyne co mogę, to do nich odesłać. Od czasu premiery moje uwielbienie do adaptacji "Strażników" nie tylko nie zmalało, ale dzięki ukazaniu się wersji reżyserskiej nawet wzrosło. Nowe sceny nie tylko uzupełniają w doskonały sposób obecną już wcześniej treść, ale potrafią również umiejętnie zagrać na emocjach - jak na przykład genialnie nakręcona scena śmierci jednej z drugoplanowych postaci. Chciałbym, żeby Alanowi Moore'owi było głupio, że kazał wykreślić swoje nazwisko z czołówki. [Ciuniek]



15

Lost in Translation (2003)
reż. Sofia Coppola

Historia dwójki osób, która odnajduje się w centrum tokijskiego zgiełku. Charlott, młoda mężatka, dopiero szuka swojej drogi w życiu. Bob, dojrzały aktor, jest właśnie na kolejnym jej zakręcie. Oboje odczuwają małżeńskie rozczarowania, które pogłębiają ich wewnętrzną samotność i zagubienie. Oboje próbują się zatrzymać, by raz jeszcze określić swoje miejsce w pędzącym świecie. W pewnym momencie drogi z pozoru obcych sobie ludzi przecinają się, co owocuje wybuchem zaskakującej przyjaźni i bliżej nieokreślonego uczucia. Minimalizm, na którym oparte są ich relacje, przypomina i uczy na nowo, jak mało istotne w kontaktach są słowa a jak ważne jest to, co poprzez gest, spojrzenie czy mimikę twarzy, kryje się pomiędzy nimi. Film Coppoli niezwykle wiarygodnie oddaje klimat wyobcowania, którym dotknięta została para bohaterów, przez co my, czując bliskość, bardziej angażujemy się w ich losy... Jeżeli istnieje kategoria wysublimowanego piękna w sztuce filmowej, to "Między słowami" Sofii coppoli wpisuje się w nią całą swoją zawartością. [Piwon]

Trudno pisać o filmie, w którym dzieje się tak niewiele. Zaledwie dwójka głównych bohaterów. Amerykanie. Zwiedzają Tokio, chodzą po barach, śpiewają, kosztują tamtejszej kuchnii, starają się "coś" robić. Rozmawiają ze sobą, czasem więcej, innym razem prawie wcale. Są ze sobą szczerzy. Lubią się. Usiłują przez te kilka dni wykorzystać do maksimum obecność swojego towarzysza niedoli. Niedoli, gdyż czują się niczym niechciani goście (ona przyjechała ze swoim świeżo poślubionym mężem, którego prawie w ogóle nie widzi), bądź ktoś na wygnaniu (on - podstarzały aktor - ma wystąpić w reklamie whisky). Potem wrócą do swoich domów. Fabularnie nie ma tu nic więcej. Jeśli napiszę coś jeszcze, wejdę na minę z napisem "banał". Tytuł jest adekwatny, a film wielki. [Crash]

Rzadko zdarzają się filmy, które w tak naturalny, szczery i bezpretensjonalny sposób ukazują "chemię" między dwojgiem ludzi. W filmie Coppoli fabuła jest szczątkowa, nie uświadczymy również miłosnych uniesień czy melodramatycznych wzruszeń. Jest tylko wspólna nuda i samotność bohaterów na tle rozświetlonego neonami Tokio - miasta, które momentami wydaje się być jakby z innej planety. "Między Słowami" odwołuje się do uczuć, których wielu z nas na pewnym etapie życia albo doświadczyło, albo dopiero doświadczy: poczucia wyalienowania, samotności, niedopasowania. Czasami jednak, paradoksalnie, takie zagubienie może nas zbliżyć do innych ludzi. Bardzo pokrzepiająca myśl, jak cały film zresztą - który pomimo minimalistycznej formy niesie ze sobą sporo emocji, zwłaszcza w scenie pewnego szeptu. Małe - wielkie Kino. [Jarod]

Za melancholijny nastrój, wyrażenie tego co niewyrażalne (dodatkowo genialnie oddający treść i sens filmu tytuł). Plus duet idealny: Bill i Scarlett. [Zooey]

Dla mnie bardzo osobisty film. Wszyscy oczekują jednego, niecierpliwą się, a Sofia Coppola z spokojem i analizą kobiecości opowiada swoją historię w niezwykły sposób. [Picek]

Jedno z najpiękniejszych studiów samotności we współczesnym kinie amerykańskim. Cicha opowieść o tym, jak łatwo zgubić się wśród milionów ludzi, i to nawet wtedy, gdy wszyscy się uśmiechają i wyciągają dłonie w przyjacielskim geście. [Fidel]



14

Avatar (2009)
reż. James Cameron

Opus Magnum Camerona. Prawdopodobnie nie najlepszy z jego filmów, wciąż jednak to Wielkie kino, przez duże "W". Rozmach, schemat od zera do bohatera, epicka bitwa, obcy świat. Premierę "Avatara" można porównać z premierą "Nowej nadziei" z 1977 (oba filmy mają swoich fanów i wrogów, oba odniosły ogromy sukces kasowy). Tym razem zamiast odległej galaktyki zobaczyliśmy tropiki Pandory znajdującej się w pobliżu sąsiedniej gwiazdy. Oba filmy jednak przedstawiają proste i efektowne historie, oba są skokiem technologicznym dla przemysłu filmowego. [Craven]

Wielkie kino spod ręki Jamesa Camerona, który tym filmem po raz kolejny udowodnił, że jeżeli chodzi o blockbustery nie ma sobie równych. ?Avatar? to nie tylko najbardziej kasowy film wszechczasów, ale przede wszystkim fascynująca podróż na odległą Pandorę, gdzie widz wraz z bohaterami przeżywa tę niezwykłą przygodę. Plus rewelacyjne efekty specjalne i rewolucja w dziedzinie filmów trójwymiarowych. Po prostu realizatorski majstersztyk. Po prostu świetny film! [Wawrzyniec85]

Potega, bogactwo i niespotykane dotad wrazenia audio-wizualne w 3D. Cameron po raz kolejny przeszedl samego siebie i warto bylo czekac az tyle lat na jego kolejny film. Mozliwie, ze to najbardziej efektowny film jaki w zyciu widzialem. [Alieen]

Wielkie widowisko wyreżyserowane przez mistrza, który nie tylko wytyczył pozostałym wizjonerom kierunek kręcenia superprodukcji, ale udowodnił, że proste historie wcale nie muszą być głupie. Avatar to scenariuszowa sztampa, ale doskonale sprzedana w REWELACYJNEJ oprawie. Zmagania obcej rasy Navi z ludźmi ogląda się gałkami ocznymi na wierzchu. [Snappik]

Najchętniej umieściłbym ten film na pierwszy miejscu ze względu na nazwisko reżysera:) Stworzył on dzieło perfekcyjne pod względem wizualnym, pokazał jak prawidło użyć technologi 3D. Film sprawdza się wspaniale jako rozrywka, fabuła jest prosta jak drut ale podana w bardzo niebanalny sposób. Masa ciekawych postaci, niesamowite sceny akcji, doskonała w każdym calu reżyseria. Jednym słowem rozrywka perfekcyjna w każdym calu. [Danus]

Avatar jest po prostu obłędnie efektowny, estetycznie spójny i fabularnie do bezbolesnego przełknięcia. Można mieć wiele złej woli wobec całego hajpu, jednak jest to zwyczajnie zajebiście miły seans, z którego można czerpać wielką radość. Tak po prostu. Ot choćby cała ta Pandora - na zwiastunach sztuczna, jednak w okularach nabiera zupełnie nowego wymiaru, nawet jeśli czuć w całości chorobliwą fascynację możliwościami trójwymiarowości. Nie jest to moje kino, jednak pozostaję w zachwycie, bo poczułem przez kilka chwil to samo, co czułem jako młodziak wiele lat temu (także przy okazji LOTRa) - magię kina? [desjudi]

 



13

Casino Royale (2006)
reż. Martin Campbell

Casino ma prawo znaleźć się na tej liście z powodu dwóch kwestii. Po pierwsze- wreszcie film o Bondzie można oglądać bez zażenowania, w wyczyny Bonda można uwierzyć, nie widzimy bzdurnych gadżetów ratujących agenta z każdej opresji. Po drugie reżyser Martin Cambel pokazał jak nakręcić poważny, dość brutalny akcyjniak w PG-13. Cambel pokazał jak kręcić filmy w tym gatunku i wyszło mu to znakomicie. [Danus]

Nie przepadam za starymi Bondami, ale Campbell wziął to co najlepsze z trylogii Bourne'a i powstał najlepszy film o przygodach agenta 007 w historii. "Casino Royale" może poszczycić się inteligentną fabułą, fantastycznymi scenami akcji i świetnym aktorstwem. Film Campbella dosyć mocno odcina się od poprzednich części serii, ale to co najważniejsze i co najbardziej świadczy o "bondowości" nowego Bonda - ta angielska elegancja - dalej jest na swoim miejscu. [Patyczak]

Punkt zwrotny w serii, który na dodatek jest strzałem w dziesiątkę. Wybór Daniela Craiga do roli Bonda jest perfekcyjny. Agent 007 krwawi, dostaje serię ciosów, poci się, brudzi. Ta fizyczność i podciągnięcie wszystkiego pod realizm to wielka zaleta Casino Royale, ale również należy dodać do tego sprawną realizację i doskonały, niegłupi scenariusz. [Snappik]

Nowy odświeżony James Bond na miarę XXI. Wieku. Świetna kreacja Daniela Craiga, a przede wszystkim doskonały film akcji i kino szpiegowskie, bez tandetnych gadżetów. [Wawrzyniec85]

Idealny przykład zrywania z utrwalonymi w masowej świadomości, bzdurnymi stereotypami i przekuwania ich w coś bliższego naszemu, dzisiejszemu wyobrażeniu o świecie. Podejście które tak charakteryzowało ostatnia dekadę. Nowy Bond jest bohaterem na nieco nowsze gusta, przy czym wciąż posiada to co najistotniejsze dla tej postaci. Craig to 007 idealny, twardy, cyniczny, męski. Bohater pasujący do sylwetki agenta wywiadu, nie karykaturalny zlepek wytartych klisz. Jednak pomimo całego maczyzmu i usilnego odcinania się od metroseksualnego dziedzictwa lat dziewięćdziesiątych, Craig wciąż posiada błysk w oku, inteligencję, styl i charyzmę, wszystko w idealnych proporcjach. Do tego przy całym kreowaniu nowego wizerunku samca Alpha, Bond ten jest jednocześnie, momentami wrażliwszy i bardziej ludzki niż jego poprzednicy. Wszystko to byłoby jednak bez znaczenia, gdyby taka transformacja miała miejsce w miernym filmie(patrz Quantum of Solace). Scenariusz również przeszedł lifting, odcinając się od głupotek ustanowionych przez wcześniejsze części serii. Wprawdzie skończyły się czasy niewidzialnych samochodów, satelitarnych laserów i surfowania na tsunami, to jednak błędem byłoby postrzegać Casino Royale jako nowoczesne, cyniczne, pozbawione duszy i humoru spojrzenie na Bonda. Film oferuje swój własny, mocny styl i dowcip, bez wywoływania uczucia zażenowania. Zamiast bzdurnych historyjek spływających po widzu jak woda po kaczce, otrzymaliśmy świetnie wyreżyserowane kino rozrywkowe, pełne napięcia, wyrazistych bohaterów, zwrotów akcji i najbardziej realistycznych scen walk w Hollywood (Bourne możne się schować). Wszystko wyważone w idealnych proporcjach widowiskowości, dialogu, charyzmatycznych bohaterów i emocji. [theultimateqpa]


 

 



12

Cidade de Deus (Miasto Boga) (2002)
reż. Fernando Meirelles, Kátia Lund

Przejmująca, o niemalże epickim rozmachu historia grupki przyjaciół dorastających w slumsach Rio de Janeiro to jeden z najbardziej pamiętnych obrazów dekady. Wielowarstwowa opowieść, która ukazuje prawdziwe oblicze jednej z dzielnic "Miasta Boga", terror okolicznych gangów, narkotyki, śmierć. Ale film funkcjonuje również jako opowieść o dorastaniu, o przyjaźniach i pierwszych miłościach, o próbie znalezienia dla siebie miejsca, wpasowania się w środowisko, którym rządzi prawo ulicy. Jednak nie tylko uniwersalność przekazu świadczy o wielkości tego dzieła. Gdyby nie brawurowa realizacja, zaginął by pewnie w gąszczu produkcji o podobnej tematyce. Kolorystyka i gorączkowy montaż audio-wizualny sprawiają, że jest to obraz o ogromnej sile rażenia, na długo zapadający w pamięci. [Phonik]



11

Million Dollar Baby (2004)
reż. Clint Eastwood

Duetowi Maggie i Frank mógłbym się przyglądać bez końca, pomimo świadomości tragedii jaka ich dotknie. Za każdym razem rozczula mnie konfrontacja uporu tej pierwszej z szorstkim mentorstwem drugiego. Uwielbiam obserwować jak powoli, stopniowo przełamują dzielące ich różnice (płci, wieku, pochodzenia, postaw, ambicji), jak zaczynają przekonywać się do siebie, uczyć się od siebie, ostatecznie obdarzając się nawzajem głębokim uczuciem. Niby kinowy schemat, ale Eastwood ubrał go w szaty niemalże moralitetu, opowiadając historię spokojnie, z wielkim wyczuciem i wyposażając ją w gigantyczny ładunek emocji. Jeden z najlepszych filmów nie tylko ostatniej dekady, ale w ogóle. [Jakuzzi]

To jest film, który nie pozwala o sobie zapomnieć. Emocje, jakie wzbudza, towarzyszą jeszcze długo po projekcji. Emocje i w konsekwencji refleksje, zarówno nad istotą determinacji, uporu, wspinania się na szczyt, pokonywania ograniczeń i osiągania zwycięstwa - jak i nad sensem słowa "Mo Cushla" w najszerszym z możliwych wymiarów. W każdej minucie tego filmu czuje się, że Clin Eastwood zwraca się do nas nie tylko jak reżyser i artysta, ale przede wszystkim jako człowiek. A jest w tym tak szczery, tak do bólu uczciwy, że bez wahania dajemy mu się prowadzić drogą, której koniec jest niezwykle piękny, niezwykle okrutny i niezwykle bolesny. [Deina]

Na pewno niejedna osoba oglądając ten film miała wrażenie że widzi kolejną próbę pokazania starego jak samo kino schematu "od zera do bohatera". Młoda, aczkolwiek niezwykle ambitna dziewczyna która marzy o karierze bokserskiej i początkowo niechętny do współpracy z nią podstarzały, doświadczony przez życie przez trener, który z czasem zauważa z jak niezwykła osobą ma do czynienia. Ale Clint Eastwood, który w tym filmie stanął po obu stronach kamery jak zbyt inteligentnym twórcą, żeby serwować nam takie banały. Za sprawą jednego, wstrząsającego zwrotu akcji kieruje fabułę na zupełnie nowe tory, zadając pytania na temat wartości ludzkiego życia oraz chwytając widzów za gardło aż do ostatnich scen. Doprowadzony do perfekcji nieśpieszny, spokojny styl kręcenia filmów przez Eastwooda oraz znakomite aktorstwo na czele z niezwykle poruszającą kreacją Hilary Swank składają się na wielkie dzieło. [Pegaz]





WSTĘP   100-76   75-51   50-41   40-31   30-21   20-11   10-1 SUPLEMENT


Skomentuj wyniki na naszym Forum:
http://forum-kmf.fc.pl/viewtopic.php?t=4342


PLEBISCYTY KMF
STRONA GŁÓWNA

e-mail Plebiscyt przeprowadził: Rafał Oświeciński [desjudi]
Klub Miłośników Filmu, Grudzień 2010