STRONA GŁÓWNA


Część czwarta rankingu.





WSTĘP   100-76   75-51   50-41   40-31   30-21   20-11   10-1 SUPLEMENT


40

Before Sunset (2004)
reż. Richard Linklater


Niepopularny to pogląd, ale uważam "Przed zachodem słońca" za film zdecydowanie bardziej romantyczny od swojego - rewelacyjnego przecież - poprzednika. Pierwsza część to romantyzm prosty: mamy w końcu dwójkę młodych, inteligentnych ludzi, którzy spędzają wspólnie noc chodząc po Wiedniu, rozmawiając o życiu, problemach, muzyce, itd. Tymczasem w "Before Sunset" mamy ludzi tych samych, tyle że po latach, zmęczonych nieudanymi związkami, rozgoryczonych, a do tego mających dla siebie znacznie mniej czasu niż przed laty. Jednak w czasie tej trochę pośpiesznej rozmowy wraca gdzieś ten duch dwójki idealistów sprzed lat i dawno porzucony romantyzm... Trudna to sztuka, zrobić romantyczny film o ludziach już-nie-romantycznych i wyjść z tego z taką gracją, wyczuciem, błyskotliwością. No i jeszcze ta genialna, magiczna końcówka... [Karol]

Od pierwszego spotkania Jessego i Celine minęło już trochę czasu. Spotykają się ponownie, ale są już zupełnie inni. A może wcale nie tak zupełnie? Sporo na nich ciąży, to oczywiste. Szereg porażek, rozczarowań, zawodów. Są mniej skłonni rzucać się głową naprzód, mają mniej odwagi, by po prostu marzyć i oczekiwać, że życie będzie bajką, są ostrożni i niepewni. I chociaż bardziej dojrzali niż kiedyś, to jednak muszą się dopiero nauczyć, że nie można odmawiać sobie prawa do szczęścia ? ani zatracać w sobie wiary, że jest ono możliwe. ?Before sunset? jest krokiem naprzód względem ?Before sunrise?, chociaż może właściwiej było powiedzieć, że razem tworzą kompletną całość. To niespieszna opowieść, oparta wyłącznie na relacji dwojga ludzi, na rozmowie, na poznawaniu się, odkrywaniu. Budzi cały wachlarz skomplikowanych emocji ? od zazdrości po zrozumienie. Każdy, kto ma za sobą swoją porcję doświadczeń, automatycznie odnajduje się w tych nieco starszych, ostrożniejszych, lecz nadal pełnych ukrytej nadziei bohaterach. Świetnie napisany film, perełka scenariuszowa ? dowodząca naprawdę znakomitego wyczucia i zrozumienia ludzi. Jedna długa rozmowa, żadnej fabuły, a jednak nie jest nudno. Taki efekt nie jest łatwo osiągnąć. [Deina]

 



39

In Bruges (2008)
reż. Martin McDonagh

  Niepozorny filmik, który daje kopa w twarz, zabiera twój portfel i znika tak szybko, jak się pojawił. Zaskoczenie: da się dziś nakręcić oryginalny, interesujący, przezabawny, a jednocześnie dający do myślenia film, dysponując mikroskopijnym budżetem. Jak mawiał serialowy Hunter - dla mnie bomba. [Military]

Kocham ten film. Mogę go oglądać spokojnie co miesiąc i nie ma mowy żeby choć trochę mi się znudził. Przepięknie sfotografowana Brugia, genialna muzyka Burwella, kozacki i nieprzewidywalny scenariusz i doborowa obsada. I miejscami można się nieźle ubawić przez czarny jak smoła humor. [Luis Cyfer]

Przegapiłem premierę w kinie. W końcu kto do cholery poszedłby na film pod debilnym tytułem "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj". Kiedy jakiś rok temu dostałem od kumpla "In Bruges" byłem zaintrygowany. Po filmie, byłem zachwycony. Grecka tragedia w bajecznej Brugii. No i Harry, który pojawia się koło połowy filmu, którego (dzięki przegapieniu kampanii reklamowej filmu w 2008) w ogóle się nie spodziewałem. Świetne. [Craven]

Genialna komedia, która mimo swojej gotyckiej formy, nie-komediowej muzyce bawi i śmieszy, ale też przy okazji serwuje wysokiej jakości historię. Najlepsza komedia dekady. Wyjątkowo niegłupia. [picek]



38

Le Fabuleux destin d'Amélie Poulain (Amelia) (2001)
reż. Jean-Pierre Jeunet

Pozytywny, piękny, uroczy, wzruszający, znakomicie nakręcony i zagrany, wciągający od pierwszej do ostatniej minuty, oryginalny, inteligentny, okraszony wspaniałą muzyką. A do tego ciepły i poprawiający humor. ?Amelia? to po prostu film idealny. [Motoduf]

Magia Amelii działa nie tylko w trakcie samego seansu - jej urok pozostaje w mocy po zakończeniu filmu. Wtedy już wiemy, że główna bohaterka stara się uszczęśliwić nie tylko postacie z filmu, ale też i nas widzów. Ten film sprawia, że przez jakiś czas świat wydaje się lepszym miejscem. [Semi]

Nie jest to mój ulubiony film, ale uważam, że zajmuje istotne miejsce, toteż powinien się znaleźć w pierwszej dwudziestce najlepszych filmów pierwszej dekady XXI wieku. To piękny film o drobiazgach, które składają się na życie. Niby mało znaczące elementy razem tworzą spójną całość, a brak jednego skutkuje zachwianiem całego życia. Ładne zdjęcia, fantastyczna ścieżka dźwiękowa plus dużo francuskiego humoru i francuskich klimatów rodem z małęgo bistro przy Sacre Coeur. [Eorath]

Świat jest szary, ludzie mają cię za kretyna, a za oknem ulewa. Zdmuchujesz kurz z okładki "Amelii", włączasz odtwarzacz...i świat nabiera kolorów, wokół sympatyczni ekscentrycy, a słońce zachęca by wyjść na świeże powietrze. Dzięki ci za to, Jean-Pierre. [Phlogiston]  



37

Collateral (2004)
reż. Michael Mann

W 80% wielkie kino, z arcydobrym scenariuszem i genialnym Tomem Cruisem. W ostatnim akcie coś się psuje i cały fun z obserwowania pojedynku taksówkarza z "hitmanem" opada. Jednakże oceniając film jako całość mamy do czynienia z czymś oryginalnym i wciągającym. [Snappik]

Collateral ma kilka aspektów, o których po prostu nie sposób zapomnieć - przede wszystkim genialnie ujęty klimat nocnego Los Angeles. Te cyfrowe kamery, których wtedy już próbnie używali robią swoje, to widać, a na ujęcia nimi nakręcone jestem gotów po prostu patrzeć. Mogłoby się na nich nic nie dziać, Mann mógłby pokazywać tylko rozświetlone wieżowce, a i tak byłby to jeden z piękniejszych filmów jakie widziałem w życiu Jedynym obrazem, którym wizualnie przeskoczył to co tu osiągnął jest Miami Vice. Poza tym bohaterowie, dialogi, ciekawa relacja i dramat jaki zawiązuje się między dwójką z taksówki. Mann jest mistrzem dialogu, daje swoim postaciom oddychać i rozwijać się na ekranie, co jest tak rzadką umiejętnością w dzisiejszym Hollywood. I ta świetna relacja jest przerywana genialnymi scenami, które same w sobie mogły stać się klasykami: jak rozmowa w pubie o Milesie Davisie, wizyta w szpitalu czy strzelanina w dyskotece (jedna z najlepszych strzelanin Manna, lepiej było tylko we Wrogach Publicznych i Gorączce), gdzie Cruise wreszcie pokazuje, jakim jest wymiataczem. [Rodia]

Można marudzić, że obcy scenarzysta z własną gamą słabych punktów i naciąganych motywów. Można krzywić się na zalatującą atmosferę reżyserii na zlecenie. Mann jednak wziął na warsztat pozornie nijaki materiał, przekuł na swój sposób, nadając charakterystyczne dla swej twórczości elementy i stworzył film którego zalety sprawiają, że widz przymyka oko na wszelkie niedociągnięcia. "Zakładnik" mimo iż może wydawać się historią skromną i "małą" w porównaniu z opowieściami za jakie reżyser zwykł się zabierać, jest porażającym wizualnie, klimatycznym wycinkiem z jednej nocy Los Angeles, pełnym niezapomnianych scen i szczegółów. Mann nadaje poszczególnym elementom tej prostej historii swój własny treatment, co najlepiej widać po tym jak reżyser buduje swoich bohaterów i sposobie w jaki zabiera się za nie obsada. Pod tym względem najbardziej wyróżnia się postać Vincenta, który jest jednocześnie motorem napędzającym film i jego największą zaletą. Cruise w pełni "czuje" swojego bohatera i maksymalnie wykorzystuje szeroki materiał jaki Mann przygotował dla tej postaci, tym samym tworząc swoją najlepszą(wraz z "Magnolią") rolę. Jest to kreacja autentyczna, silna, pełna smaczków które widz może wyłapywać z każdym seansem. Vincent w rękach innego reżysera byłby jedynie kolejną stereotypową wariacją hollywoodzkiego hitmana, w "Zakładniku" jest postacią w pełni autentyczną, zbudowaną przez Manna od podstaw, na elementach wywodzących się z tematyki którą reżyser zna jak mało kto i przedstawia od początków swojej kariery. [theultimateqpa]
 



36

Apocalypto (2006)
reż. Mel Gibson


Nie ma tu znanych aktorów czy super-efektów specjalnych. Jest za to fantastycznie opowiedziana historia, niesamowite emocje i ta atmosfera ginącej kultury Majów... Wizualnie to też pewnego rodzaju majstersztyk. Mel Gibson wyrasta na nieprzeciętnego reżysera - "Apocalypto" stawiam miedzy "Walecznym Sercem" i "Pasją". [Alieen]

Kapitalne widowisko. Lepsze od "Pasji"? No ba. Bo bez wygórowanych ambicji. Historia rodziny na tle rozkładającej się cywilizacji. Jest i męstwo, i spryt, i wytrzymałość, a przede wszystkim niesamowity klimat. No i prawdziwa uczta dla oczu: wyrywane serca, wyrywane flaki, jedzenie jąder tapira, podrzynanie gardeł, cmentarzysko z bezgłowych ciał, jaguar z kłami w ludzkiej twarzy, Indianka dobijająca leśnego pluszaka ;) [Artemis]

Co mi się w Apocalypto najbardziej podobało, to to że jest autentycznie przejmujący. Gibson potrafi wykrzesać emocje, a tutaj dał prawdziwy popis swojego kunsztu. Jest miejsce na współczucie i nienawiść, ale i na śmiech (kapitalny motyw z pewnymi ziołami) i radość. Scenariusz może jest prosty, ale pędzi bohatera w miejsca, które wiele mówią - nie tylko o tamtych realiach historycznych, ale o człowieku w ogóle (wielkie wrażenie robi wizja zdegenerowanego miasta). I o ile w pewnym momencie zaczyna się czysta akcja, która trwa do końca, to raz, że jest ona absolutnie uzasadniona, i dwa, że nakręcona w sposób doskonały. Zaskoczyły mnie ponadto dwie rzeczy. Pierwsza: wbrew temu, co sugerują zwiastuny, film rozgrywa się głównie w dżungli i jest raczej kameralny, a panoramy miasta Majów to wyjątkowo rzadki widok. Druga: film nakręcono cyfrówką, przez co z początku wygląda bardziej jak dokument niż jak fabuła. Trochę mnie zniesmaczyła ta "jakość obrazu", ale potem doceniłem wybór Gibsona - wszystko wygląda przez to realistyczniej, naturalniej. Apocalypto to film, który powinien stać się częścią dziedzictwa kulturowego ludzkości. To "instant classic", klasyka w momencie premiery. Jedyny film w swoim rodzaju. A im dłużej od premiery, tym bardziej mi się podoba. [Military]

Gibson próbuje zeskrobać tym filmem odłożony gdzieś w mózgu nalot myślowy, będący pozostałością po latach szkolnej edukacji, polegający na tym, że cywilizacje Ameryki Łacińskiej zniszczyli europejscy katolicy. Jest to obiegowa bzdura mniej więcej tego samego kalibru, co wygodne intelektualnie przekonanie, że winę za wymazanie swego czasu I RP z mapy politycznej ponoszą złe i brzydkie mocarstwa ościenne. Konkwistadorzy nie zniszczyli żadnej cywilizacji. Oni ją dobili. Zakończenie jest genialne, bo przez cały film oglądamy cywilizacja Majów u kresu swojej świetności, zdeprawowaną i zdemoralizowaną ku uciesze tłuszczy zebranej u stóp piramidy. Potem na horyzoncie pojawia się konkwista, by dobić to, co jeszcze nie zdechło. Apocalypto pod płaszczykiem zajebistej przygodowej akcji ukazuje w działaniu jedno z praw natury - prawo, którego nijak nie da się obejść: tam, gdzie nie ma silnej władzy, władza pojawia się z zewnątrz. Natura nie znosi próżni. [Mental]

Najlepiej nakręcony i skonstruowany film przygodowy tej dekady. Masa rozrywki, napięcia, scen zapadających w pamięć(jedyny w swoim rodzaju, wspaniały foot chase), a to wszystko i tak przyćmiewa genialne zakończenie, które sprawia, że film funkcjonuje jako ilustracja i potwierdzenie początkowej, politycznej tezy-motta. [Simek]



35

Pirates of the Caribbean: The Curse of the Black Pearl (2003)
reż. Gore Verbinski

Kino przygodowe już dawno umarło śmiercią naturalną i wszelkie próby jego ożywienia zazwyczaj kończą się żałosnym niepowodzeniem. "Czarna Perła" to jednak wyjątek, bo to kino przygodowe pełną gębą, awanturnicze, radosne, barwne i wesołe, czerpiące bez żenady z klasyki gatunku, nieskrępowana rozrywka, idealny środek zaradczy na brak humoru i niepogodę, udana próba stworzenia (po wielu, wielu latach) silnej indywidualności w kinie przygodowym, takiej, którą się zapamiętuje tak, jak zapamiętywaliśmy Indianę Jonesa, wyróżniającej się w gronie awanturników bez imienia: kapitana Jacka Sparrowa. Szkoda tylko, że kolejne dwie części nie dorównują pierwszej i trudno przez to mówić o pamiętnej trylogii. No cóż, cieszmy się z tego, co mamy. [Deina]

Film, który udowodnił, że kino awanturnicze powracające do korzeni Goonies i produkcji dawnych, powielające schematy, ale w świeży i autentycznie zabawny sposób, znakomicie zagrane, świetnie napisane - nie tylko dobrze się sprzeda, ale zadowoli gusta tak widza, jak i krytyka zawodowego. [Eorath]

Ahoj, przygodo! Niezwykłe przygody zabawnego kapitana Jacka Sparrowa. Ten film nie tylko wskrzesiły dałoby się myśleć, martwy gatunek filmu o piratach, ale pozwolił także milion przeżyć niesamowitą piracką przygodą. Plus rewelacyjna i już kultowa kreacja Johnny`ego Deppa. [Wawrzyniec]

Disney wskrzesił świetny gatunek. Świat znów zwariował na punkcie piratów i morskich awanturników. Humor, akcja, muzyka i jeden z lepszych występów komediowych ostatnich lat (który niestety fatalnie odbił się na mojej ocenie późniejszych występów Deppa). [Craven]

Wielki powrót kina przygodowego i najlepszy przedstawiciel gatunku od czasów "Indiany Jonesa i Ostatniej krucjaty". Humor, dialogi, postacie, akcja i rewelacyjne efekty specjalne zmieszane w idealnych proporcjach oraz unoszący się nad tym wszystkim duch serii "Monkey Island" od Lucas Arts sprawiły, że film mogę przypominać sobie regularnie, za każdym razem nie nudząc się ani przez chwilę. Nawet jeśli ze sporym wyprzedzeniem przytaczam słowa bohatrerów. [Ciuniek]

Kino pirackie wyginęło przed laty. Mistrz wysokooktanowej rozwałki, Jerry Bruckheimer ?Klątwą Czarnej Perły? wskrzesił je w wielkim stylu! Połączenie elementów fantastycznych z przygodowymi w towarzystwie charyzmatycznej postaci pirata-rockanddrollowca musiało się udać! [Gigacz]

 



34

Kill Bill: Vol. 1 (2003)
reż. Quentin Tarantino

Maestria realizacyjna Tarantino. Inglourious Basterds to prawdopodobnie najlepszy scenariusz Tarantino, jednak w Kill Billa przelał całą swoją miłość do określonej części kina i zrealizował majstersztyk. [Craven]

Lubię tarantinowski sposób zabawy w kino. Lubię te mrugnięcia okiem do widza, cytaty, gatunkowe akrobacje. To jest przyjemne, błyskotliwe, idealnie wyważone. QT robi swoje autorskie kino - dla siebie samego przede wszystkim, dla własnej radości. Bo może. Bo mu pozwalają. A pozwalają, bo mu to wychodzi tzn. kupa ludzi wie, o co temu kolesiowi chodzi, a jeśli nie wie, to zastaje fajnie wyglądające i udźwiękowione kino z hollywoodzkich peryferii. Tarantino to Tarantino - trudno robić zarzut z tego, że koleś się tworzeniem filmów pyszni i robi je tak, jak lubi, jak uważa. Ja bym go postawił w jednym rzędzie z Fellinim, Bergmanem, Allenem, Cronenbergiem, Bunuelem, Jarmushem, Kitano, Kurosawą i całą kupą innych AUTORÓW kina, podpisujących się wyraźnie i wyjątkowo pod swoimi dziełami, bez względu na gatunkowe konotacje i oczekiwania widzów. "Kill Bill" jest podpisany bardzo wyraźnie. Jak zresztą każdy inny film QT. Czyż ten facet nie jest geniuszem? [desjudi]

 



33

Black Hawk Down (2001)
reż. Ridley Scott

Wydarzenia, na kanwie których powstał film, dawały niesamowity potencjał na film z jajem gdzie pot, krew i zapach prochu to chleb powszedni. Ridleyowi się to udało, między innymi dzięki przepięknym zdjęciom naszego rodaka Sławomira Idziaka, niezwykle realistycznym scenom walki i właśnie przepięknym zakończeniem w słowach Sierżanta Matta Eversmanna przy zmarłym przyjacielu. Przepiękna historia o bohaterstwie i przyjaźni zapakowana w przecudnie zrealizowany film wojenny. Zdecydowanie numer jeden. [Danus]

Doskonale przedstawiona przez Ridleya Scotta nieudana operacja wojsk amerykańskich w ogarniętej wojnie Somalii. Realizatorski majstersztyk, ze świetnymi zdjęciami Sławomira Idziaka, plus sugestywną muzyką Hansa Zimmera. Bezsens i okrucieństwo wojny, przedstawione jak należy. [Wawrzyniec85]

Niebotyczny film! Ślina mi cieknie z psyka na samą myśl o nim. Wysokooktanowa, ultra energetyzująca mieszanka wybuchowa, techniczny majstersztyk, dopieszczony do granic ludzkich możliwości, fenomenalnie sfotografowany, z plejadą kapitalnych postaci (sadzący przyczajki Eric Bana w roli zimnokrwistego snajpera to numer jeden w peletonie komandosów Scotta). Poza tym to istna rzeźnia, angażująca sensorycznie i emocjonalnie bez reszty - trwająca nieprzerwanie przez 120 minut z hakiem wycieńczająca wymiana ognia między anonimowym zbiorowiskiem rozwścieczonej somalijskiej dziczy a garstką bohaterskich żołdaków w pustynnych moro uniformach. Żadnych dygresji czy podróży do domu celem podejrzenia rodzin wyczekujących w napięciu na wieści z frontu. Zamiast tego lądujemy w samym epicentrum wojny. Szacun dla twórców za brawure! [Mental]

Najbardziej mi się w nim podoba to, że nie próbuje udawać ważniejszego i mądrzejszego niż jest w rzeczywistości. Nikt nie ma grubszych rozkmin na temat tego czy amerykańscy żołnierze są potrzebni w Somalii czy nie, jeśli już tam są to walczą najlepiej jak potrafią, mają zabić kogo trzeba, a żeby uratować swoich kompanow zrobią wszystko, takie to fajne chłopaki. Konkretny jest również podział filmu - 25 minut na wprowadzenie, 105 na napierdalankę i 10 na pare scen w bazie po akcji. Dobrze czasami popatrzeć na marines w akcji, bardzo to lubię, bo tego rodzaju filmach mam ochotę zostać jednym z nich. [Snappik]


 

 



32

Låt den rätte komma in (Pozwól mi wejść) (2008)
reż. Tomas Alfredson

 Film "Pozwól mi wejść", który nie dawno doczekał się amerykańskiego remake'u jest czymś wyjątkowym. Z pozoru i opisu dystrybutora, wynikałoby, że jest to kolejny horror. Jednakże horror w rękach europejskich twórców, na pewno nie może być czymś banalnym i pozostać tylko horrorem, nie wykraczając poza reguły tego gatunku. Tak jest właśnie i tym razem. Ten szwedzki film już od pierwszych ujęć, roztacza aurę pewnego klimatu, który jest charakterystyczny dla baśni. Już sama historia chłopca, który zaprzyjaźnił się z wampirzycą, która ma postać dziewczynki brzmi jak baśń. Film oprócz tego, że opowiada piękną historię nietypowej przyjaźni, jest świetnie sfotografowany, a klimat mroźnej Szwecji, w której szybko zapada noc i w której wiecznie pada śnieg potęguje tylko nastrój. W dobie przewidywalnych horrorów z wampirami albo sagi Zmierzch, ten film jest wyjątkową perełką w swoim gatunku. [B2ka]

"Pozwól mi wejść" to film jednocześnie jednocześnie brutalny i delikatny, dosadny, ale przy tym nie nazbyt dosłowny. A przy tym bardzo silnie oddziałujący na emocje widza. Niewiele powstaje ostatnio tak inteligentnych i przemyślanych horrorów. I choć książka na podstawie której powstał jest lepsza, to ciągle kawał znakomitego, mocnego, ale i pełnego metafor kina. [Motoduf]

Wampiryzm. Przemijanie. Moc natury. Magia chwili. Młodość. Dorosłość. Podejmowanie decyzji. [Beowulf]

Horror jedyny w swoim rodzaju, będący jednocześnie prostą historią o życiu. Obraz estetycznie wysmakowany, a momentami nawet zapierający dech w piersiach swoją wizualną stroną. [Zooey]



31

Sin City (2005)
reż. Robert Rodriguez, Frank Miller

Miażdżąco nowatorska czarno-biała konwencja przeniesiona (podobnie jak duża część "ujęć") żywcem z komiksu Franka Millera na celuloidową taśmę, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wplatane tu i ówdzie kolorowe elementy w umiejętny sposób akcentowały znaczenie niektórych elementów. Tę niecodzienną estetykę chętnie zapożyczali w późniejszych latach twórcy reklam oraz (z miernym sukcesem) sam Frank Miller. Ale tak naprawdę to nie forma w "Sin City" zachwyciła mnie najbardziej, tylko... postać Marva, zagrana koncertowo przez Mickey'a Rourke. Jego monolog w pokoju hotelowym mogłem oglądać w nieskończoność, podobnie jak sceny akcji z udziałem Marva. I choć wszystkie kawałki "Sin City" to wielkie kino, to segment z udziałem Marva zadecydował o moim uwielbieniu dla tego filmu. Szkoda, że dopiero przy okazji premiery "Zapaśnika" wszyscy odtrąbili "wielki powrót Mickey'a Rourke", tak jakby jego epicka rola w "Sin City" w ogóle nie miała miejsca. [Dux]

Film na podstawie komiksu, czy komiks na ekranie? Robert Rodriguez stworzył zdecydowanie to drugie. Wprawił w ruch czarno-białe obrazki i z wielką gracją stworzył z nich ekstremalną jazdę bez trzymanki. Pamiętając o tym że to komiks, mamy zagwarantowaną świetną zabawę, trzeba po prostu umieć się zanurzyć w tej konwencji, w świecie ultra-twardych facetów i ultra-seksownych kobiet. Intrygujące historie doprawione malowniczą przemocą, całość świetnie ze sobą spojona, a jedyną niepasującą rzeczą jest stanik Jessici Alby. [Hannibal]

Rodriguez wykopał sobie tym filmem grób. Może teraz do emerytury kręcić gniota za gniotem, ale ja zawsze będę miał do niego szacunek. Za pokazanie, że komiks można przenieść od razu na duży ekran. No i za pierwszy epizod - historię Marva, wartą wszystkich Oskarów świata. [Phlogiston]

Nie będzie nadmiernym uproszczeniem powiedzieć, że Sin City różni się od komiksu tym, że obrazki się ruszają, a zamiast dymków aktorzy czytają swoje kwestie. [Craven]

Cztery rewelacyjne historie splatające się w doskonalą całoœć + niezapomniane postacie + ciężki klimat + dialogi. Poza tym nie sądziłem, że czarno-biały (choc nie do końca) film może być tak oszałamiający wizualnie... [Alieen]





WSTĘP   100-76   75-51   50-41   40-31   30-21   20-11   10-1 SUPLEMENT


Skomentuj wyniki na naszym Forum:
http://forum-kmf.fc.pl/viewtopic.php?t=4342


PLEBISCYTY KMF
STRONA GŁÓWNA

e-mail Plebiscyt przeprowadził: Rafał Oświeciński [desjudi]
Klub Miłośników Filmu, Grudzień 2010