STRONA GŁÓWNA


Część druga rankingu.





WSTĘP   100-76   75-51   50-41   40-31   30-21   20-11   10-1 SUPLEMENT


75

Star Wars Episode III: Revenge of the Sith (2005)
reż. George Lucas


Można mówić o nowej trylogii co się chce, ale o trzeciej części Gwiezdnej Sagi za wiele złego powiedzieć nie można. Wręcz przeciwnie - z "Zemstą Sithów" udało się George`owi Lucasowi doskonale połączyć nową trylogię za starą oraz godnie zamknąć tę całą wspaniałą opowieść o walce dobra ze złem, która miała miejsce "Dawno temu w odległej galaktyce...". [Wawrzyniec85]

Saga "Star Wars" to fenomen - i nikt temu nie zaprzeczy. Może i "nowa" trylogia nie jest tak wspaniała, jak "stara", ale jako całość to opus magnum S-F & Fantasy w jednym. A "Zemsta Sithow" to zakończenie idealne - po nim (i dwóch pierwszych częściach) epizody 4, 5 i 6 ogląda sie po prostu inaczej (czytaj: lepiej). [Alieen]

 



74

Rocky Balboa (2006)
reż. Sylvester Stallone

Stallone dokonał niemożliwego: z piątego sequela, kręconego kilkanaście lat po poprzedniku, zrobił najlepszą, najbardziej poruszającą, najbardziej realistyczną i najbardziej satysfakcjonującą część sagi. Tak jak z tytułowego bohatera, ludzie śmiali się, że w ogóle spróbował, ale gdy pokazał na co go stać, widowni opadły szczęki. Piękne zamknięcie kultowej serii, najlepszy film w dorobku Sylwka. [Military]

Kto by pomyślał, że szósta część jakiegokolwiek cyklu filmowego może być tak dobra. A ta zdecydowanie jest. I jest jedną z najlepszych w całej serii. To wielki powrót Rocky'ego i jednocześnie wielki powrót Sylvestra Stallone na ekrany. To sentymentalna, ale niezwykle szczera historia faceta, który chce sobie i światu coś udowodnić. Że mimo wieku, wcale nie trzeba ładować się w kapcie i czekać, aż kostucha przyjdzie i zrobi swoje. Poza tym to świetne zamknięcie historii boksera, pełne smaczków i powrotu do korzeni, ale i nie pozbawione dystansu i autoironii. Wzruszająca historia prostego faceta, który chce naprawić relacje z synem i poczuć (już na ringu), że żyje. A to, czego nie mogło zabraknąć w finale czyli trening i walka finałowa, choć zrealizowane nietypowo (szczególnie pojedynek), są wypełnione po brzegi mocą, czadem, powerem i potęgą. "Rocky Balboa" jest tym dla Sly'a, kim był Quentin Tarantino dla Johna Travolty. Przywrócił go niemal z martwych do życia. Nie ukrywam, że na ten film czekałem jak na żaden inny w nowym stuleciu i się absolutnie nie zawiodłem. Swój autorski projekt Stallone doprowadził do końca w znakomity sposób, krusząc serca najtwardszych sukinsynów. [Tomashec]

 



73

Grindhouse: Death Proof (2007)
reż. Quentin Tarantino

Tarantino posiada niesamowitą umiejętność filmowego recyklingu - bierze ze starych filmów klasy B to, co najlepsze, poprawia to, co szwankowało, po czym dodaje swoje pomysły, żeby tworzyć filmy, które zazwyczaj z miejsca stają się kultowe. "Death Proof" uznawany jest za jeden z gorszych filmów Tarantino. Zupełnie niesłusznie. Mamy tu rewelacyjne dialogi, świetnie nakręcone sceny, znakomite aktorstwo i kilka rewelacyjnych pomysłów. A sam Quentin po raz kolejny udowadnia, że czuje kino jak nikt inny. [Motoduf]

Death Proof to solidny kawał kina jakie lubię. Trochę zacząłem się nudzić kiedy akcja stała prawie w miejscu - dialogi, choć świetne, uważałem za niepotrzebną dłużyznę ale po filmie uznałem to za świetny zabieg, posłużyło to zaskoczeniu. Miałem w głowie kilka przypuszczeń, co do dalszego toku akcji ale żadne się nie sprawdziło - zostałem sprytnie zmylony i potem tylko piałem z zachwytu. Trudno powiedzieć, jak będzie podczas drugiego seansu ale przypuszczam, że mimo iż dalszy ciąg zdarzeń już znam, dialogi nie będą mi przeszkadzać, będzie za to okazja do wyszukiwania różnorodnych nawiązań i wychwytywania tekstów, które będą podobnie cytowane w języku potocznym, jak te z Pulp Fiction. Rzadko mam chęć zaraz po seansie zobaczyć film ponownie - po Death Proof miałem ochotę wrócić do kasy i wziąć bilet na następny seans.

 



72

Babel (2006)
reż. Alejandro González Iñárritu

W zakończeniu trylogii Inarritu widać dojrzałość. Reżyser osiągnął to, do czego dążył. Naprawdę genialny film, który mimo swojej surowości zachwyca każdym ujęciem. Niezrozumienie konsekwencją cierpienia. [Picek]

W gruncie rzeczy "Babel" mówi o rzeczach właśnie banalnych, mało odkrywczych, analizowanych przez dziesiątki filozofów i ambitnie eksploatowanych przez studentów pierwszego roku socjologii. Alejandro Gonzalez Inarritu, wespół ze scenarzystą Guillermo Arriagą, śmiało odpowiadają na pytanie: jak żyjemy? I jeszcze: obok kogo, po co i dlaczego? Autorski komentarz może brzmieć wyłącznie pretensjonalnie i śmiesznie dla kogoś, kto uważa sam siebie za bystrego chłopca bądź rozgarniętą dziewczynkę, lecz będzie to raczej dowodem na irytującą wyniosłość niż podniosłe okrzesanie. "Babel" jest zwyczajnie mądrym filmem nie dla samozwańczych mądrali. Przy czym trzeba zaznaczyć, że nie jest to mądrość naiwna, plebejska, prosto z kart najnowszej powieści Paolo Coelho czy chwytliwa jak refren popularnej piosenki radia Eska. Kilka historii posiada ponadprzeciętną emocjonalną moc - jednakże nigdy cała opowieść nie przekracza granicy, za którą znajdują się tanie sentymenty i kiczowata wrażliwość. [desjudi, fragment recenzji]
 



71

The Mist (2007)
reż. Frank Darabont


Kandydat do tytułu najbardziej niedocenianego filmu w historii świata. Najbardziej klimatyczny horror dekady, który - jako jeden z niewielu w ostatnich latach - zostawia pole do popisu dla wyobraźni. Aż chciałoby się zagłębić w przedstawiony świat; eksplorować go w sequelu, poznając kolejne elementy świata, który stopił się z naszym. Wisienką na szczycie tortu jest najlepsza rola dziecięca, jaką kiedykolwiek miałem szansę obejrzeć, a także mocarne zakończenie. [Military]

Jego największą siłą są aktorstwo, wiarygodnie nakreślone postacie oraz świetnie przedstawiony - jak dla mnie bardzo wiarygodny - obraz całej sytuacji i wynikających z niej ludzkich zachowań. Co prawda nie zdarzyło mi się utknąć na kilka dni w Biedronce z czającymi się na zewnątrz potworami, ale to, co zobaczyłem, kupuję bez mrugnięcia okiem. Świetna robota Darabonta. Opowiadania Kinga nie czytałem, więc nie wiem ile w tym zasługi Kinga, ale znając jego prozę, pewnie jednak spora. [Mierzwiak]

Chyba pierwsza produkcja traktująca na poważnie tak zacny temat sci-fi jak "otwarcie portalu", przez który przenikają bestie z innego świata. Jak dotychczas chyba tylko programiści z Valve stanęli na wysokości zadania i całkiem na serio podeszli do sprawy, tworząc jedną z najlepszych gierek w historii komputerów. Z przyjemnością mogę obwieścić, że spokojnie dołącza do nich Frank Darabont. Reżyser podszedł do sprawy tak, jak lubię: postawił na bohaterów ludzkich, a nie na potworki. Potworki są tu raptem dodatkiem. Film jest o ludziach i to jest element najbardziej w pytke, jeśli chodzi o całą historię. Z innych rzeczy: zero poczucia humoru, żeby widownia mogła się pośmiać. [Mental]



70

Shrek (2001)
reż. Andrew Adamson

Zamiast komentarza mało zabawna historia: moja żona kupiła sto lat temu nowy sprzęt do odtwarzania kaset VHS. Nie miała za dużej filmoteki, więc wybraliśmy się do pobliskiego tescopodobnego sklepu. Na fali popularności był "Shrek", ale moja połowica wzbraniała się, jak mogła, przed tym czymś, bo nie podobał jej się jakiś "zielony potwór". I tak odkładała kupno tego filmu, odkładała, odkładała... aż w końcu wypożyczyła, obejrzała. I potem kupiła "Shreka" w dwóch egzemplarzach (na wypadek, jakby się jedna taśma zniszczyła). I do teraz kocha pierwszą część przygód "zielonego stwora". Pozostałych po prostu nie lubi. Tak to, drogie dzieci, kiedyś bywało :-) [Bezcelowy Albatros]

Gdy na ekranach kin pojawił się zielony, brzydki i cuchnący ogr, który zupełnie niespodziewanie stał się gigantycznym przebojem, wiadomo było że oto animacje zmieniają się na zawsze. Jak z worka wysypały się kolejne produkcje, które dzięki dwuznacznym żartom i tonom aluzji (także w polskim dubbingu), nie zawsze zrozumiałymi dla dzieci, starały się powtórzyć ten sukces. Jednak druga taka animacja już się nie pojawiła, a "Shrek" jest już dziś żywym klasykiem kina, o którym zasadniczo ciężko napisać coś nowego, gdyż chyba nie ma osoby która przynajmniej raz nie zetknęła się z przygodami zielonego ogra oraz jego kompana Osła. Ale mimo, że niektórym ta produkcja już się przejadła, także ze względu na średniej jakości sequele (poza prześmieszną drugą częścią!), warto jednak od czasu do czasu do niego wrócić, pozachwycać się galerią kapitalnych postaci, wsłuchać w świetną ścieżkę dźwiękową, popodziwiać najlepszy polski dubbing w historii i przypomnieć sobie, dlaczego ogry są takie jak cebula;) [Pegaz]

Walory artystyczne filmu zostały niejako przesunięte na plan dalszy. Całość zaś filmu spoczęła na błyskotliwie skrojonych dialogach bohaterów. Gdyby pozbawić film tekstu, byłaby to zapewneś zwykła parodia ogólnie znanych bajek. A tak powstał obraz oryginalny, wdzięczny i miły dla oka i ucha. [Kubeczek]

Film, który musi się znaleśŸć w takim zestawieniu, albowiem od niego zaczął się wielki powrót animacji do kin; animacji, które zaczęli oglądać także dorośli, którzy nie musieli odbębniać wizyty w kinie z potomstwem, lecz biegli na seans z własnej woli. [Eorath]

Mogłoby być różnie, gdyby nie kultowy polski dubbing. Teksty Bartka Wierzbięty rządzą do dzisiaj. Całość jest lekka i familijna do bólu, ale to właśnie był powód sukcesu Shreka. Kolejne części już nie były tak udane. [Snappik]

 



69

Public Enemies (2009)
reż. Michael Mann

Wspaniały Michael Mann na nowo definiuje gatunek kina gangsterskiego. Bierze historię prawdziwego amerykańskiego bandyty z czasów prohibicji i kręci ją w swoim stylu. Mamy wprawdzie obowiązkowe - i świetnie zrealizowane - strzelaniny i napady na banki. Ale jest coś jeszcze. Nieszablonowy wątek romantyczny. Oniryczna wizyta głównego bohatera na komisariacie. Świetnie ukazane realia historyczne. Film jest bardzo interesujący także pod względem formy. W wielu scenach statyczne ujęcia w planie amerykańskim lub średnim. Gęste zapełnianie kadru, choć początkowo męczące - do zupełnie innego kadrowania przyzwyczajają nas blockbustery - ma mocne uzasadnienie fabularne. Reżyser skupia się na bohaterach, buduje solidne portrety psychologiczne. Nie zaniedbuje przy tym historii, która wciąga, choć nie zaskakuje. [Battonsson]

Mistrz sensacji ciągle w formie. Mann nie pozwala by ten wspaniały gatunek wymarł i tworzy jedną z najlepszych pozycji ostatnich lat, w postaci pomnika dla amerykańskiej legendy. Nie jest to rodzaj sensacji jaki współcześnie często oglądamy. Michael Mann mimo, że przy użyciu nowoczesnych technik, kręci w starym dobrym stylu, nie ma tu żadnych fajerwerków ani wybuchów, bohaterowie nie rzucają "cool" tekstami pod publikę, a całość zmontowana jest w sposób przyjazny dla oka. Akcji tu jednak nie brakuje, realistycznie wykonane strzelaniny zadowolą każdego fana tego typu wrażeń, lecz akcja w tym filmie jest tylko dodatkiem, nie ona odgrywa tu główną rolę, a życie i relacje bohaterów. Reżyser chciał pokazać, że życie gangstera nie jest takie fajne jak w wielu filmach może się to wydawać, że to ciągły niepokój i ucieczka, że trzeba żyć szybko i intensywnie bo nie wiadomo ile tego życia zostało. Nie jest to może arcydzieło na miarę "Gorączki", a duet Depp & Bale to nie Pacino & De Niro, jest to jednak bardzo sprawnie zrealizowana, emocjonująca i wzruszająca opowieść. [Hannibal]

Fantastyczni Depp i Bale (miło dla odmiany nie usłyszeć jego charczenia - podobała mi się wręcz maniera, z jaką mówił i akcentował końcówki: "hijar", "deAr"). Jednak to, co w tym filmie jest najlepsze, to pojedyncze ujęcia, sceny (pod koniec sekwencji w lesie, gdzie John i jego towarzysz chowają się za drzewami we mgle, zorientowałem się, że mocno zaciskam pięść z emocji). Dla przykładu - Purvis i jego ludzie zaczynają ostrzeliwać samochód cywili, po czym mamy błyskawiczne cięcie i ujęcie Deppa budzącego się gwałtownie i rzucającego się po broń - nie wiem czemu, ale ta scena bardzo mi utkwiła w pamięci. Drugą taką sceną jest moment po przesłuchaniu Billie. "Nie mogę wstać" i Bale biorący ją na ręce. Piorunujące, choć w sumie niepozorne. Warstwa dŸwiękowa to poezja i chyba każdy się ze mną zgodzi. Odgłosy wystrzałów, zwłaszcza te dochodzące spoza punktu widzenia powodowały, że wręcz wykręcałem machinalnie głowę. A same sekwencje strzelanin - miód. Ostatnie dziesięć minut to już kwintesencja doskonałości. Przeplatane ujęcia czarno-białego filmu, Deppa i Purvisa stojącego przed kinem powodowały szybsze bicie serca, a moment, w którym Dillinger wychodzi z kina, a za nim maszerują agenci... brak słów. No i kapitalnie ujęta śmierć Dillingera: wystrzał, Dillinger dostaje w twarz, cisza, dostaje jeszcze dwa razy. Uderzające. Ostatnia scena spowodowała, że po ukazaniu się nazwiska reżysera na ekranie głucha cisza zapadła i nikt nie ruszył się z miejsca. Doskonałe. [Bodzio]

 



68

Clerks 2 (2006)
reż. Kevin Smith

Jako, że pierwsza część w tejże dekadzie się nie mieści, jako reprezentanta jednej z najlepszych komedii świata, jaką "Clerks" była, pozwolę sobie zagłosować na sequel. Ów zaś nie jest wcale gorszy od oryginału, a nawet lepszy, bo w kolorze ;-) Do drugiej części Smith przeniósł wszystko to, za co kochamy część pierwszą - przezabawne postaci, skrzące się brutalną odmianą humoru dialogi i dodał całkiem niegłupi wątek miłosny. Żeby nie było, że za wątki miłosne cenię filmy najbardziej, to dodam, że inne tez były całkiem fajne. Wyjąwszy może scenę z osłem... ;-) [Bezcelowy Albatros]

Jeden z najlepszych filmów afirmujących życie poprzez oddanie non-konformizmowi. Opus magnum Kevina Smitha. [Beowulf]


 

 



67

Harsh Times (2005)
reż. David Ayer

  Znakomite, choć mało znane kino. Historia kolejnego straconego pokolenia. opowieść o tym jak wojna zabija w ludziach to co najlepsze, jak okaleczenie z niej wychodzą. Wreszcie przybliża nam problemy mniejszości narodowościowych, niesnaski między nimi, problem bezrobocia. [Bogusz]

Zupełnie niezauważony film, w którym Bale udowadnia, że jest jednym z najlepszych aktorów świata. Bez niego Harsh Times po prostu by nie istniało: on ciągnie ten film, wyciskając z siebie ostatnie krople talentu. Efekt jest powalający. [Military]

Grający na emocjach, masakrujący film - wielokroć bardziej intensywny niż wynikałoby to z pobieżnego rozeznania. Fenomenalnie zagrane i rozpisane 24 godziny z życia dwóch kolesi, wożących się po mieście w poszukiwaniu roboty. Jeden to grafik komputerowy, projektujący strony internetowe, drugi - były komandos ze skłonnościami do nadużywania przemocy, aktualnie starający się o fuchę w sektorze państwowym. W jednej scenie Bale mówi o sobie, że jest żołnierzem apokalipsy, że jak wyślą go do Ameryki Południowej, to będzie strzelał do kolumbijskich wieśniaków z helikoptera. "Jebać ich" - to jest chyba najbardziej dosadny komentarz do całego filmu, bo "Harsh Times" = Bale. Takie coś mogło się udać tylko w USA. [Mental]



66

Serenity (2005)
reż. Joss Whedon

Mariaż science-fiction i westernu, choć na pierwszy rzut ucha brzmiący skądinąd niedorzecznie, przy bliższym kontakcie okazuje się jednym z najoryginalniejszych i najsprawniejszych filmów przygodowych ostatniej dekady. Zaprojektowany jako domknięcie przedwcześnie skreślonego serialu "Firefly", "Serenity" świetnie daje sobie radę jako pełnowartościowa, doskonale rozpisana i wyreżyserowana fabuła, która przypadła do gustu zarówno fanom 14-odcinkowej mini-serii Jossa Whedona, jak i widzom jak dotąd niezaznajomionym z załogą tytułowego, kosmicznego statku transportowego. Na sukces filmu złożyło się kilka czynników, pośród których za najważniejsze bezsprzecznie można uzać doskonale dobraną obsadę, iskrzące humorem, częstokroć cięte dialogi, a także oryginalna ścieżka dźwiękowa i przykuwające oko efekty specjalne. Jest to jedna z tych produkcji, których nie sposób nie polubić i z którą zapoznać powinni się nie tylko amatorzy kina fantastycznonaukowego.[hOps]

Jeden z najlepszych seriali wszechczasów zaowocował jednym z lepszych widowisk S-F. Ale droga ku finale nie była łatwa, zupełnie jak w przypadku odcinkowca. Problemy ze zgromadzeniem budżetu czy dziwna strategia marketingowa studia sprawiły, że ostatecznie film poległ w kinach, ledwie zarabiając połowę kosztów produkcji. Kompletnie nie mam pojęcia dlaczego, bo Joss Whedon włożył ogrom serca, pasji i uporu, by przenieść serial do formatu kinowego. Udało mu się to koncertowo. Nawet nie trzeba go bronić, że to jego debiut, gdyż wszystko od reżyserii, po idealny dobór obsady stoi w tym projekcie na niesamowicie wysokim poziomie. Niestety z racji słabych wyników kasowych sequela się nie doczekamy. Z jednej strony to i lepiej, bo ekranizacja stała się tym, czym jest pierwowzór - unikatem. Z drugiej, w dzisiejszych czasach filmy o budżecie "Serenity" mogłyby powstawać taśmowo, biorąc pod uwagę fakt, że na kolorowe koszmarki 3D wydaje się sumy rzędu 300 milionów dolarów. Dziwne to, bo "Serenity", tak jak "Firefly" to dzieło oryginalne, klimatyczne i cholernie porywające. Wspaniała przygoda, którą można śmiało postawić obok "Indiany Jonesa" i "Mumii". Ta pozycja zasługuje na miejsce w panteonie filmów dekady 100 razy bardziej niż mdły i przereklamowany "Avatar". [Hitch]

Widz z "czystą kartą" dostał blockbustera wysokiej klasy. Widz, który poświęcił trochę czasu na poznanie mini-serii pt. "Firefly", otrzyma godne zwieńczenie tego wspaniałego, a zarżniętego przez producentów serialu, a także jeden z najlepszych filmów przygodowych po premierze "Ostatniej krucjaty". Polecam. To obraz z gatunku: "do zabrania na bezludną wyspę". [Phlogiston]

 



65

Le Scaphandre et le papillon (Motyl i skafander) (2007)
reż. Julian Schnabel

Jean-Dominique Bauby to człowiek spełniony, jest redaktorem naczelnym magazynu "Elle", co zapewnia mu sławę, pieniądze oraz piękne kobiety. Niestety los brutalnie przerywa tą cudowną egzystencję. Udar słoneczny powoduje, że Bauby zostaje sparaliżowany. Wiele filmów zmieniło by się w tej chwili w smutną opowieść o straconym życiu, myśleniu o niezrealizowanych życiowych planach i oczekiwaniu na nieuchronną śmierć. Ale nie w tym przypadku. Gdyż Bauby chce żyć! Snuje marzenia o niezwykłych podróżach i przygodach, w rozmowach z rodziną i znajomymi wciąż sprawia zaskakuje humorem i pogodą życia, wreszcie decyduje się wydać książkę. Oczywiście zdarzają się chwile zwątpienia, ale życie jest zbyt krótkie aby zbytnio się zamartwiać. Niezwykłą historia, którą napisało życie, ze znakomitą rolą Mathieu Alamrica oraz niezwykłymi zdjęciami Janusza Kamińskiego, dzięki którym widz czuje się niczym sparaliżowana osoba. [Pegaz]

Ciężki temat, a film niezwykle optymistyczny i pogodny, niczym francuskie wybrzeże, na którym został nakręcony. Jednak to nie fascynująca historia walki playboya z paraliżem własnego ciała, a sposób jej opowiedzenia sprawiają, że film godny jest zapamiętania. Zdjęcia autorstwa Janusza Kamińskiego, któremu udało się przenieść i zamknąć widza w sparaliżowanym ciele, to prawdziwa perła wśród osiągnięć całej kinematografii pierwszej dekady XXI wieku. [Simek]

Operator ma za zadanie realizować życzenia reżysera. Co jak co, ale genialne zdjęcia Janusza Kamińskiego nie ilustrują opowiadanej historii. One ją przeżywają. [gigacz]
 



64

The Others (2001)
reż. Alejandro Amenábar

W czasach, gdy hasło "horror" kojarzy się głównie z krwawymi orgiami w stylu "Piły", powstanie takiej produkcji wydaje się czymś wręcz niedorzecznym. Jednak Alejandro Amenabar, za pomocą stylistyki kina grozy, serwuje widzom fascynujący dramat psychologiczny, zakończony najgenialniejszym zwrotem akcji dekady. Jednak chyba największym atutem produkcji jest Nicole Kidman. Ta jedna z najpopularniejszych aktorek świata ukazał tutaj w pełni niezwykłą skalę swojego talentu, będąc wiarygodnš zarówno jako kochająca lecz niezwykle wymagająca matka a także jako bohaterka stopniowo popadająca w obłęd. Dodatkowo jeszcze intrygujące role dziecięce i cała masa najbardziej znanych sztuczek mających na celu straszenie widza, jednak w tym przypadku robiące to nadzwyczaj skutecznie. [Pegaz]

Jeśli ktoś zapytałby mnie o definicję thrillera poleciłabym mu obejrzeć The others. Klimat powala na kolana. Wszystko w tym filmie jest świetne - historia, aktorstwo, scenografia, zdjęcia. Dreszcze murowane, nie tylko za pierwszym podejściem. [Semi]

Będzie naprawdę krótko: "Inni" to ostatni, naprawdę straszny horror - do tego z tych, które najbardziej lubię, bo o duchach - który oglądałem. Innym udawało się przestraszyć mnie w jednym, czy dwóch miejscach, a oglądając "The Others" boję się przez cały czas seansu. [Bezcelowy Albatros]

Piękny i zmysłowy film o duchach w gotyckiej scenerii, który straszy atmosferą, a nie prostackimi i ogranymi chwytami. Świetny patent z chorobą dzieci. I to zakończenie... [patyczak]

 



63

Miami Vice (2006)
reż. Michael Mann

Mocno niedoceniony film Michaela Manna. Za pierwszym podejściem nie robi dobrego wrażenia, nudzi, irytuje. Przy drugim seansie moje wątpliwości ulotniły się już po kilku minutach. Bardzo mroczne, przesycone techniką, realistyczne kino policyjne, którego celem samym w sobie nie jest fajność i rozrywka, tylko ukazanie pracy funkcjonariuszy działających pod przykrywką na granicy narkotykowych karteli w Miami i na Kubie. Doskonałe zdjęcia i muzyka. [Snappik]

Bodaj najbardziej krytykowane dziecko mistrza Michaela Manna. Niesłusznie. Twórca "Gorączki" zabiera nas w podróż po barach Miami, po rezydencjach bossów narkotykowych, po dzielnicach biedy - a wszystko to bez krztyny ironii, bez mydlenia oczu. No i nie można odmówić MV magnetyzujących kadrów i klimatycznej muzyki. Choć nie jest to dzieło formatu "Informatora", to i tak zasługuje na miejsce na liście. [Phlogiston]



 



62

Into the Wild (2007)
reż. Sean Penn

Chris McCandless ucieka z domu. Ma cel - Alaska. Zanim tam dotrze, odwiedza setki innych miejsc, spotyka mnóstwo innych ludzi. Stuprocentowe kino drogi okraszone porażającą metafizyką. Wybaczcie, ale powyższe banały to jedyne czysto informacyjne dane, na które potrafię się zdobyć. Raz na jakiś czas oglądam film, o którym nie potrafię pisać. To piękne i mądre arcydzieło w reżyserii Seana Penna. Okraszone obłędnymi zdjęciami, świetną muzyką z kapitalnymi wokalami Veddera z Pearl Jamu. Człowiek włącza wieczorem film z nadzieją na fajną muzę, a budzi się w nocy z ręką w nocniku i mętlikiem w głowie. Ludzie, OGLĄDAĆ. [Glut]

"Chciałbym, ażeby każdy z wielkim staraniem wybrał własną drogę i szedł naprzód właśnie nią, zamiast drogą ojca, matki czy sąsiada." [Henry David Thoreau]

O tym , jak daleko trzeba się posunąć, jak daleko uciec od wszystkiego, by docenić to, co w życiu dla nas wszystkich jest ważne. [Bogusz]


 



61

Dogville (2003)
reż. Lars von Trier

Daj człowiekowi władzę, daj mu poczucie, że twój los zależy od niego, pozwól mu poczuć, że jest niezwykle wspaniałomyślny i miłosierny, że jest w prawie - a masz duże szanse na stworzenie potwora. Czy w każdym z nas tkwi potwór? Do jakiego stopnia jesteśmy podatni na zło? Czy każdy z nas jest z gruntu zły, a przed wydobyciem się złych instyktów na powierzchnię strzegą tylko sztucznie stworzone bariery, konwenanse i prawa? I jeżeli wszelkie ograniczenia są stworzone sztucznie, to czy w ogóle definicja dobra i zła jest zasadna, czy może należałoby mówić o szczerości w wyrażaniu własnych instynktów? Jak groźna jest istota, która - podobnie jak każdy inny ssak - kieruje się siłą popędów, ale ubiera je w pozory organizacji i porządku, które nazywa cywilizacją? Trudny film. Ciężko go przełknąć. Ale von Trier nie słynie ze skłonności do oszczędzania tych, którym się przypatruje. Choćby chodziło o cały rodzaj ludzki. Dodatkowy plus za oszczędną konwencję - zabieg, który w kontekście filmu sprawdza się świetnie - i Nicole Kidman w okowach. Gdzieś czytałam, że ta rola wpędziła ją w depresję. Może to plotka, ale... nie dziwię się. [Deina]

Lars Von Trier przekonuje, że filmowa scenografia może być dla widza zbędnym balastem i w bardzo ubogim teatralnym anturażu skupia, jak w soczewce, najgorsze cechy ludzkiej natury, wytyka wszelkie słabości, moralizuje jednak tak zajmująco, że już po chwili forma przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczy się opowieść a ta przez blisko trzy godziny nieprzerwanie trzyma w emocjonalnym uścisku. [Haneska]

Jedyny film, który mogę obejrzeć Larsa von Triera, ale to chyba jest bardziej zasługa Nicole Kidman, która zagrała tutaj jedną z najlepszych swoich ról. Bardzo ciekawy eksperyment. [michax]
 



60

Garden State (2004)
reż. Zach Braff

Od czasu do czasu słyszę zarzuty jakoby "Garden State" to fałsz nad fałsze i takie idealizujące rzeczywistość filmidło z indierockowym brzdękaniem w tle. W tym momencie głośno protestuję, bo to film prawdziwym świecie i prawdziwych ludziach. Musicie uwierzyć mi na słowo. To film porażkach serwowanych przez los i szansach na wygrzebanie się z sytuacji patowych, mentalnie niewygodnych. A także, co jest chyba najważniejsze - o sposobach definiowania jakości życia. A że te nie są dane każdemu człowiekowi w proporcjach filmowych, to może stąd zarzut nieprawdziwości? Trudno powiedzieć. Tylu freaków, jak w GS, nie ma na co dzień. Nie każdy ma tak fajne tapety. Nie każdy ma odwagę uczestniczenia w autoterapii krzykiem. Nie każdy ma szansę na Natalie Portman. Życie jest brzydsze, wulgarniejsze, nudniejsze. Jednak Braffowi nie chodziło o to, aby być bliżej brudu ulicy. Tego gościa zainteresowało to, co się dzieje w głowie kogoś pragnącego zmiany. Braff daje szansę temu komuś na zmianę - i ta zmiana, wynikła z tęsknoty za bezpieczeństwem, jest prawdziwa w swoim filmowym wyidealizowaniu. Wracasz do domu, jak bohater - i przymykasz oko na niedoskonałości. Jest przyjemniej, wygodniej, fajniej, szklanka do połowy pełna. O takim stanie umysłu jest "Garden State". I to mocno we mnie uderzyło pewnego letniego dnia, kilka lat temu, podczas seansu w którymś kinie w Nowym Jorku, gdy byłem po prostu sam z dala od wszystkiego, co było mi bliskie. [desjudi]

Młodości, Ty nad poziomy wylatuj! Ty zmagaj się z marazmem i tumiwisizmem! Ty pozwalaj odkrywać to, czego nikt jeszcze nie odkrył! Ty umożliwiaj robienie tego, czego nikt jeszcze nie zrobił! [Beowulf]



59

Caché (Ukryte) (2005)
reż. Michael Haneke

Film z tajemnicą. Można go, rzecz jasna, czytać po prostu jako obraz stosunków społecznych we współczesnej Francji, ale ja wierzę w tajemnicę bez możliwości rozwiązania. Haneke prowokuje, szokuje, rozdrapuje bez końca swoje krwawe, perwersyjne obsesje. Natrętnie pokazuje pęknięcia w stosunkach międzyludzkich. Natrętne: SKĄD TO OKRUCIEŃSTWO? Ta historia wbrew pozorom nie jest ani spójna, ani skończona. Coś nie gra. Na tym polega paranoja. Haneke kusi dziurami i makabrą ukrytą za tym, co zdawało się ułożone, wytłumaczone i zinterpretowane. [Artemis]


 



58

300 (2006)
reż. Zack Snyder

Kolejne punkciki do puli filmu, który dostarcza przede wszystkim tego, co tygrysy lubią najbardziej. Jest brutalnie, jest krwawo, jest efektownie, kolorowo, są miecze, latają strzały, bohaterowie giną śmiercią bohaterską, jest patetycznie, tandetnie... Ugh! Trochę się zapędziłem :-) [Bezcelowy Albatros]

Z kina wychodzisz ze zwiększoną dawką testosteronu we krwi. To stuprocentowo męskie, szowinistyczne kino, w którym nie ma miejsca na jakikolwiek synonim towarzyszący stereotypowo pojmowanej kobiecości. Delikatność, subtelność, wrażliwość zostały wyparte przez ostrość, bezduszność i bezuczuciowość. Komórki śródmiąższowe Leydiga pracują coraz szybciej i wydajniej nad produkcją męskiego hormonu, gdy tylko doświadczasz niepodważalnej - przepraszam za nielubiany gdzieniegdzie kolokwializm - zajebistości dzieła filmowego. [desjudi, fragment recenzji]



57

Closer (2004)
reż. Mike Nichols

Jest ich czworo - dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Wszyscy poszukują tej prawdziwej miłości, jednak to co dzieje się między nimi oparte jest głównie na pożądaniu, zdradzie, nienawiści i brutalnej prawdzie rzucanej z najgorszymi przekleństwami prosto w oczy. A widz nie tylko niszczony ciężkim klimatem historii, obserwuje też z wielkim podziwem genialny popis aktorski, zwłaszcza w wykonaniu niesamowicie seksownej Natalie Portman oraz aroganckiego i wulgarnego prostaka, którego zagrał Clive Owen. Ze względu na teatralne korzenie film jest niezwykle dopracowany pod względem scenariusza, a dialogi są niezwykle mocne i dobitne. Po prostu znakomite kino. [Pegaz]

Czym jest zdrada? Fizycznym aktem odwagi czy może mentalnym tchórzostwem? Próbą zmiany czy ucieczką od odpowiedzialności? Rzeczywistością? Fikcją? Czym jest w takim razie sama miłość? [Beowulf]

Bije seksualność, analiza związków i to wszystko rewelacyjnie opowiedziane przez Nicholsa. [picek]

 



56

Moon (2009)
reż. Duncan Jones

Parę lat temu mówiło się, że filmowe s-f umarło. Nie wierzyłem że tak się stało, ale nawet jeśli, to Moon jest jego odrodzeniem. To najbardziej poruszająca historia od czasów Blade Runnera, zrealizowana z kunsztem godnym mistrzów gatunku. Wzruszająco klasyczna w formie, zagrana wręcz fenomenalnie, i - tak jak District 9 - będąca reżyserskim debiutem. Wrzucając płytę z Moonem do odtwarzacza mam ochotę ze szczęścia walić z dyńki w ścianę: ten film trafia w moje gusta wręcz idealnie. [Military]

Zdecydowanie najlepszy S-F ostatnich lat. Duncan Jones zrobił S-F skromne, mało spektakularne ale niosące ze sobą niezwykle ważne kwestie, pytania: " Czym jest człowiek i dokąd dąży cywilizacja ludzka", "Co nas definiuje jako ludzi"? Za niewielki budżet udało się też stworzyć niezwykle realistycznie wyglądające efekty specjalne jedynie za pomocą makiet, CGI wykorzystano w niewielkim stopniu tak by nie było widać ingerencji komputera. Sam Rockwell w swojej najlepszej roli, w filmie, który pozostawi w każdym z nas masę pytań na które sami będziemy musieli znaleźć odpowiedź. [Danus]

Duncan Jones zabiera nas na księżyc, ale opowiada także o człowieku tu, na Ziemi, zdehumanizowanym w cywilizacyjnym pędzie. Opowiada prosto lecz bardzo klimatycznie, w cudownie chłodnej oprawie księżycowych kadrów, które wracają niczym refren całej historii tylko podkreślając samotność głównego bohatera. [Haneska]

Dowód na to, że współczesne kino sci-fi nie umarło i nie wymaga wielomilionowych nakładów i niezwykle wymyślnych efektów specjalnych. Kameralny film, który mocno trzyma w napięciu. Chwilami przewidywalny, ale to nie umniejsza jego jakości plus znakomita rola Rockwella. Nie do przegapienia. [Eorath]

Tryumf pomysłu nad tanim efekciarstwem. Okazuje się , że można zrobić świetny film science-fiction bez 150 milionowego budżetu. [Bogusz]


 



55

The Departed (2006)
reż. Martin Scorsese

Rewelacyjny film. Remake, ale moim zdaniem przebijający oryginał. "Infernal Affairs" to oczywiście świetny film, nawet obejrzałem go nim powstało dzieło Scorsese. Azjaci jednak zrobili jeszcze dwie części, które były po prostu przeciętne. Wszystkie jednak stanowią całość i teraz nie jest to już tak dobra i wciągająca opowieść. "Infiltracja" z kolei to zwarta, świetnie wyreżyserowana i zagrana historia. Film ma świetnetempo, kapitalne sceny strzelanin i bójek oraz bardzo dobrą muzykę (kapitalny motyw główny i piosenki!). DiCaprio i Damon bardzo wiarygodnie zagrali kretów oraz swoje podwójne życie. Nicholson również świetny (ta mimika, gdy mówi o szczurze!). Wahlberg z kolei zagrał na Oscara, każda z nim scena to cudeńko. [Pitero]



54

Choogyeogja / The Chaser (2008)
reż. Hong-jin Na

Bodajże najlepszy thriller, jaki widziałem od czasu Siedem. Największe plusy tego filmu to jego świeżość i bezkompromisowość. No i wgniatające w ziemię napięcie: nie ma tu bowiem zbyt dużych przeskoków czasowych, akcja tego dwugodzinnego filmu rozgrywa się na przestrzeni jednego dnia, od jednego wydarzenia praktycznie momentalnie przechodzimy do następnego, i to wszystko, to całe zabójcze tempo, naprawdę przyśpiesza bicie serca. Dlaczego zaś świeży? Bo choć współczesny thriller to gatunek przeżarty przez schematy niemal tak samo jak horror, to z taką konstrukcją fabuły jak w The Chaser chyba się jeszcze nie spotkałem. Przede wszystkim niekonwencjonalny jest sam zamysł, że seryjny morderca zostaje schwytany niemalże na samym początku, a dopiero póŸźniej następuje szukanie dowodów przeciwko niemu, gdyż w przeciwnym wypadku trzeba będzie go wypuścić z aresztu. Na dokładkę mamy zaś garść kapitalnych, niesamowicie mocnych scen. Duch starego Finchera najwyraźniej wyemigrował do Korei. [Jakuzzi]

Film, który nasze dzieci postawią na jednej półce z M-Mordercą, Siedem, Psychozą i Milczeniem owiec. Twórcy wzięli hollywoodzkie schematy i bez ceregieli skręcili im kark. A wszystko podlali sosem czarnego jak noc fatalizmu, unikając przy tym ciężaru traktatu filozoficznego. Myślałem, że widziałem wszystko, ale nie widziałem Chasera. [Phlogiston]



53

25th Hour (2002)
reż. Spike Lee

Pierwsze wspomnienie, pierwsza myśl: muzyka. Wspaniała, przejmująca, smutna, przede wszystkim smutna. Integralna część filmu, którego treścią jest... szansa. Szansa, która nigdy się nie pojawi. Co byś zrobił, mając do dyspozycji jeszcze jedną godzinę? Przecież nie wiedziałeś, że to już. Nie przewidziałeś. Miało być jeszcze tyle czasu. Tyle możliwości, by wszystko zmienić, naprawić, wyjaśnić. Powiedzieć "wybaczam". Powiedzieć "kocham". Powiedzieć "wierzę w ciebie", "jesteś moim przyjacielem". Napić się piwa z ojcem. Pójść na spacer z psem. Zmienić czyjeś życie. Przecież tak mało trzeba. Jednej dodatkowej godziny. [Deina]



52

Das Weisse Band (Biała wstążka) (2009)
reż. Michael Haneke

Film nasuwa skojarzenie z obrazami Ingmara Bergmana. Zwłaszcza z filmem "Fanny i Aleksander". Postać pastora przypomina nieco biskupa Edvarda Vergerusa. Surowego, karzącego w imię zasad i porządku. Nieznoszącego sprzeciwu. Nieokazującego żadnych uczuć. Nawet wobec własnego synka przynoszącego ptaszka, którym tak dzielnie się opiekował. Film zmusza do myślenia. Chce się o nim mówić. [Kubeczek]

Surowość i oszczędność obrazu doskonale oddająca "protestancki charkter" filmu. Genialna metafora zła, którego złożoność eksploruje Haneke, zostawiając otwartym pytanie o jego podłoże. Budzi niepokój i inspiruje do refleksji o naturze świata i nas samych. [Zooey]



51

Up (2009)
reż. Pete Docter, Bob Peterson

Nie dość, że piękna animacja ze znakomitą czołówką, to jeszcze znakomity film. Ładne, zgrabne, z mądrym, ale nienachalnym przesłaniem, miłą dla ucha muzyczką. Przede wszystkim psy! Psy rewelacyjne, psy gadające, psy z kompleksami, psy przywódcy stada, a nade wszystko psy kochające swego pana. [Eorath]

Latający na tysiącach baloników dom. Ponad 70 (jak nie 80-letni) starzec jako główny bohater filmu przygodowego. Do tego gadające psy i tajemnicze zakamarki Ameryki Południowej. Brzmi niezwykle i zarazem dziwnie, ale w rękach ludzi od Pixara powstaje wielki film, który posiada więcej mądrości i przesłanek życiowych od niejednego filmu nieanimowanego. [Wawrzyniec85]

Do animacji mam stosunek ambiwalentny. Rzadko trafiają do mnie najnowsze, nagłośnione hity stajni produkujących filmy animowane, jakkolwiek bywają takie przypadki, że coś mnie poruszy. Takim przykładem doskonale zrealizowanej, świetnie wyważonej, mądrej acz zabawnej a przede wszystkim wzruszającej animacji jest "Up!". "Odlot" uważam za jeden z najlepszych filmów animowanych nie tylko dekady, ale w ogóle ostatnich kilku dziesięcioleci. [Bezcelowy Albatros]

Już za sam genialny prolog "Odlotowi" należy się miejsce na tej liście, ale reszta filmu jest również znakomita. Vive la Vie! [Beowulf]





WSTĘP   100-76   75-51   50-41   40-31   30-21   20-11   10-1 SUPLEMENT


Skomentuj wyniki na naszym Forum:
http://forum-kmf.fc.pl/viewtopic.php?t=4342


PLEBISCYTY KMF
STRONA GŁÓWNA

e-mail Plebiscyt przeprowadził: Rafał Oświeciński [desjudi]
Klub Miłośników Filmu, Grudzień 2010