"Jutro obejrzę Pojutrze..."
...Taka radosna myśl chodziła mi po głowie na dzień przed pokazem prasowym najnowszego
filmu Rolanda Emmericha - speca od lekko naciąganego, aczkolwiek maxymalnie
rozrywkowego kina spod znaku sf i filmu katastroficznego. Emmerich zaczynał
poważną karierę od obrazu "Księżyc 44" z Michaelem Pare, w którym już dało
się odczuć niezwykły talent reżysera do kreowania fantastycznej scenografii
i ciekawych efektów specjalnych. Później był niezły "Uniwersalny żołnierz", będący
areną dla starcia J.C.V.Damme VS Dolph Lundgren. Wszystko oczywiście w futurystycznej
otoczce niezwykłych eksperymentów naukowych i huku karabinowych serii. Kolejnym
wielkim widowiskiem firmowanym nazwiskiem Emmericha były (dość średnie) "Gwiezdne wrota",
które jednak zarobiły w kinach niezłą kasę. Nadszedł wreszcie "Dzień niepodległości",
który mimo naciąganej fabuły, wybronił się powalającymi efektami specjalnymi,
oraz... humorem. "Dzień niepodległości" zawojował kina na całym Świecie i mimo
braku uznania w oczach krytyków (to zresztą bolączka wszystkich filmów Emmericha)
znalazł swoje miejsce w historii kina SF. Później przyszedł ogromny spadek
reżyserskiej formy Emmericha; "Godzilla" z zupełnie chybioną obsadą (tylko efekty
w minimalnym stopniu ratowały film przed zupełną klęską) i wściekle patetyczny
"Patriota" z Melem Gibsonem w roli głównej - choć chwilami nie wiadomo było, czy na liście
płac, przed nazwiskiem Gibsona nie powinna znaleźć się... amerykańska flaga.
W "Patriocie" odszedł Emmerich zupełnie od tego co wychodziło mu najlepiej,
czyli feerii efektów specjalnych i kosmicznej rozwałki. Prawdopodobnie chciał
'odpocząć' i otrząsnąć się po finansowej klapie "Godzilli". Minęło kilka lat
i Roland Emmerich postanowił powrócić z klasą do gatunku, za dokonania w którym
zyskał szacunek i uwielbienie milionów widzów na całym Świecie. Powrót ten
zdawał się być nieunikniony i jak najbardziej przez nas (widzów) oczekiwany.
Powyższy, lekko przydługi wstęp miał za zadanie szybko przypomnieć wcześniejsze
dokonania Rolanda Emmericha, gdyż na ich tle, w części widzów zapewne zrodziły się pewne
oczekiwania w stosunku do nowego filmu, tego importowanego z Niemiec reżysera. Atmosfera podgrzewana była do czerwoności
bardzo interesującą kampanią reklamową;
"Gdzie będziesz 28 maja?" i ciekawą koncepcją
standów, które można było zauważyć w kinach już na początku Maja. Twórcom nie można
odmówić pomysłowości, wszak wieki stand z obrazem Nowego Jorku pod śniegiem i elektronicznym
zegarem odliczającym dni, godziny, minuty i sekundy do premiery - nie może nie zaintrygować.
Dodatkowo trailery i teasery zapowiadały film wypełniony po brzegi efektami
specjalnymi, ale i wrażeniami i emocjami, walką o przeżycie i życie. Zdawało się, że wreszcie
powstał film rozrywkowy, ale kończący się źle, tragicznie i ponuro. Zdawało się też,
że wreszcie obejdzie się bez machania nam przed nosem flagą USA i pompatycznych
przemówień prezydenta tegoż kraju. Nic bardziej mylnego, gdyż jednym z pierwszych
ujęć filmu jest... amerykańska flaga wypełniająca cały kadr. Ale cóż, do tego
można się już było przyzwyczaić po wcześniejszych filmach Emmericha. Tak więc
przymknąłem oko na ten nachalny już patriotyzm (pochodzącego z Niemiec!) reżysera
i dalej oglądałem film, z nadzieją, że 'najgorsze' już za mną.

Zaczęło się od
trzęsienia ziemi - niemal dosłownie - i po pierwszych minutach filmu byłem
pod wielkim wrażeniem pracy kaskaderów i specjalistów od f/x. Następnie zapoznajemy
się z głównymi bohaterami dramatu, którymi są ojciec i syn; Dennis Quaid i Jake Gyllenhaal
(którego niektórzy widzowie mogą pamiętać z mało znanego w Polsce filmu "Donnie Darko").
Bohater grany przez Dennisa Quaida to naukowiec, który przestrzega ludzkość przed
nieuniknionym ociepleniem klimatu. Oczywiście nikt nie bierze jego słów na poważnie
(o dziwo, nawet gdy połowa Świata jest już skuta lodem, wciąż nie jest nasz
naukowiec traktowany serio). Zgodnie z tym co nieuniknione i z tym co widzieliśmy
na trailerach - nadchodzi 'wielka burza', a wraz z nią efekty komputerowe wgniatające
w fotel. Szkoda tylko (i tu smutna wiadomość dla wszystkich których zauroczył trailer),
że efektów specjalnych jest w "Pojutrze" jeszcze mniej niż w pierwszym "Parku Jurajskim",
choć wszystkie stoją na najwyższym poziomie i naprawdę zapierają dech w piersiach.
Emmerich nie pożałował nam za to znakomitego humoru, z dużą częstotliwością prezentowanego w dialogach. Zdarza
się jednak... że niektóre sceny są śmieszne niezamierzenie, ale to też można jakoś przełknąć, w końcu nie o głębię
psycholigiczną postaci w tym filmie chodzi.
Niektórzy mogą się za to zdegustować zbytnim uproszczeniem zjawiska globalnego ocieplenia,
które w rzeczywistości powinno trwać dziesiątki, setki czy tysiące lat, a w "Pojutrze" wyskakuje znienacka,
jak królik z kapelusza, a bohaterowie nie mają czasu powiedzieć "Placek z marmoladą" i już
zamarzają, dogonieni falą 100-stopniowego mrozu. Nie należy się jednak tego zbytnio
czepiać, gdyż mamy do czynienia z realiami filmowymi, a tu wszystko musi się dziać
szybko i efektownie. Wszak kosmici też nie przylatują na Ziemię codziennie, a nikt się tego
nie czepiał w przypadku "Dnia Niepodległości". Największą i niewątpliwą wadą filmu jest za to...
nuda, którą wieje z ekranu bardziej niż na scenach z tornadami niszczącymi Los Angeles.
Grupka ocalałych ludzi walczy o życie, jest jakiś romans w tle i poszukiwanie syna
przez ojca, który oczywiście obiecał mu, że go odnajdzie. Sceneria pokrytego lodem i śniegiem
Świata nie dawała (co oczywiste) pola do popisu dla bombastycznych akcji i widowiskowych sekwencji, ale
można było między śnieżne zaspy, tornada i hektolitry wody wtłoczyć nieco więcej dramatycznych przeżyć, rozstań, śmierci, emocji!
Można to było osiągnąć choćby na płaszczyźnie dialogów, ale i te są w filmie Emmericha
proste jak sopel lodu:
"Kocham Cię... przekaż mu że go kocham... ja też go
kocham... uratuję Cię... wiem że mnie uratujesz... uratowałeś mnie... przecież obiecałem
że Cię uratuję... wiem, że obiecałeś!... wiem, że wiem" i tak aż do znudzenia.
Poza mdłymi dialogami, niezbyt ciekawymi postaciami (Dennis Quaid
nie zdołał udźwignąć ciężaru roli głównej) i zdawkowo ukazaną walką o przeżycie w nowych
warunkach (zupełnie pominięto Europę i wszystkie inne miejsca niż Los Angeles i Nowy Jork),
film ma jedynie do zaoferowania 5-minutowy pokaz
możliwości komputerów. Owszem, sekwencja zalania wodą Nowego Jorku budzi respekt i oszołamia rozmachem
inscenizacyjnym. Owszem, jest o niebo lepsza od niemal identycznej sekwencji z filmu "Dzień zagłady", ale
nic ponad to. Komputerowa woda po prostu wlewa się do miasta i zatapia wszystko na swojej drodze, a kolejny tłum
statystów / kaskaderów w niby popłochu, kolejny raz ucieka przed komputerową wodą. I czym / kim tu się przejmować? Codzienne
relacje i śmiertelne statystyki z Wojny w Iraku mają już dziś problem z wywarciem na nas wrażenia, zatem
film kinowy naprawdę bardzo mocno powinien postarać się o to, abyśmy obrazkami na ekranie się przejeli! "Pojutrze"
nawet nie próbuje podjąć walki na tej płaszczyźnie.
Wszystkie sceny szaleństw pogody wyprane są z jakichś większych wrażeń, poza oczywistym zachwytem
nad pracą 'komputerowców', którzy naprawdę genialnie wykreowali na ekranie globalne zło wszelakie zagrażające ludzkości.
Szkoda jednak, że zabrakło prawdziwym emocji, wrażeń i obaw o życie
ekranowych bohaterów. Szkoda też, że zakończenie oczywiście musiało być takie a nie
inne, ale do tego wielkobudżetowe produkcje zdążyły nas już przyzwyczaić. Wszystkie te
wady, wśród których na pierwszy plan wybija się słaby scenariusz i brak intrygujących postaci,
których losy mogłyby interesować - spowodowały, że film mnie zwyczajnie znudził, a nie tego
oczekiwałem po najnowszym obrazie Rolanda Emmericha, który zawsze gwarantował pełnokrwistą,
widowiskową rozrywkę. Rozrywkę, a nie dwie godziny nudy przeplecione 5-minutami
efektów specjalnych.
DAY AFTER TOMORROW
POJUTRZE
Rok produkcji: 2004, USA ;
Czas trwania:124 min.
|
 |
Reżyseria:Roland Emmerich
Scenariusz: Roland Emmerich & Jeffrey Nachmanoff
Zdjęcia: Anna Foerster & Ueli Steiger
Montaż: David Brenner
Muzyka: Harald Kloser
Data premiery w USA: 28.05.2004
Data premiery w Polsce: 28.05.2004
Wystąpili:
Dennis Quaid jako Jack Hall
Jake Gyllenhaal jako Sam Hall
Emmy Rossum jako Laura Chapman
Ian Holm jako Terry Rapson
Kenneth Welsh jako Vice President Becker
|
 |
|
Autor recenzji: Rafał Donica - DUX
|