Strona główna KMF


Ciężko jest w filmie opowiadać o emocjach i uczuciach, szczególnie tych tłumionych i niechcianych, gdyż trzeba to robić z dużym wyczuciem; na tyle dobitnie, by pokazać ich oddziaływanie i na tyle delikatnie, by oddać ich ważkość i przemijalność. Właśnie uczucia stanowią motyw przewodni "Pokuty" - rządzą wszystkimi poczynaniami filmowych postaci i królują nad światem przedstawionym, stanowią przyczynę i skutek - jednym słowem dominują nad osią fabularną. Ktoś powie, że przecież człowiekiem zawsze kierują jakieś emocje, tym bardziej w filmach, które z założenia je wyolbrzymiają, by coś przekazać. Jednakże "Pokuta" jest w jakiś sposób inna. Stara się ukazywać ludzkie emocje poprzez pryzmat ludzi, którym los zgotował pierwszoplanowe role w tragicznym przedstawieniu zwanym życiem - jest pewna doza teatralności w sposobie, w jaki poruszają się po tym obszarze twórcy. Na przenoszeniu emocji na kinowy ekran poległo wielu, również Joe Wright, reżyser "Pokuty".




"Pokuta" jest oparta na powieści autorstwa Anglika Iana McEwana o tym samym tytule. Nie znam literackiego oryginału, ale że film jest sztuką autonomiczną, to powinien bronić się bez żadnej pomocy. Jednak ciężko nie zwrócić uwagi na fakt, że wielu krytyków i widzów twierdzi, że filmowa adaptacja nie może się równać z uznaną za dzieło psychologiczną powieścią McEwana; że ją boleśnie spłyca. I nawet nie znając tej pozycji, myślę, że rozumiem te opinie. Bowiem "Pokuta" pod zachwycającą, chwilami wręcz przytłaczającą stroną audio-wizualną nie posiada zbyt wiele. Chociaż to złe stwierdzenie, bo zawiera w sobie całkiem sporo, ale po seansie zacząłem się zastanawiać, ile z tego tak naprawdę się liczy. Ile posiada jakąś większą wartość i jest warte zapamiętania. Taką też stawiam przed sobą i tym tekstem tezę - co naprawdę kryje się pod zmysłowym przepychem "Pokuty"? Czy w ogóle coś tam się znajduje?


Film opowiada historię trzech osób: Robbiego, Cecilii i jej młodszej siostry, Briony. Żyją sobie gdzieś w Anglii, w przededniu II wojny światowej. Z pozoru nie dzieje się nic nadzwyczajnego, lecz od samego początku, dzięki starannie skomponowanym kadrom i znakomicie dobranej muzyce, widz czuje, że coś jest nie tak, że ta sielanka kryje w sobie coś więcej, coś nie do końca sprecyzowanego - jakieś skrywane tajemnice i uczucia. Wdawać się w szczegóły nie ma sensu, jako że twórcy skonstruowali "Pokutę" tak, że historia w niej przedstawiona składa się z wielu subtelnych szczegółów. Ich wyłapywanie stanowi jeden ze smaczków filmu, a na dodatek historia ukazywana jest nielinearnie, aby pogłębić efekt i wydźwięk opowieści. Przyjemności z zagłębiania się w fabułę nie zamierzam odbierać, oprę się więc na podstawach, które i tak są oferowane przez wszystkie możliwe zwiastuny. Główny wątek dramatyczny rysuje się więc następująco: Robbie i Cecilia są w sobie zakochani, ale ich romans nie ma szans na szczęśliwe zakończenie, gdyż wydarzy się coś, co postawi ich przyszłość pod znakiem zapytania. Za sprawą pewnego listu i młodzieńczej porywczości młoda Briony sprowokuje serię wydarzeń, która rozdzieli kochanków i sprawi, że życie całej trójki ulegnie nieodwracalnym zmianom.




"Pokuta" jest przede wszystkim filmem o uczuciach, kłębiących się emocjach, które - pomimo swego piękna i zazwyczaj przyjemnych konotacji - potrafią niszczyć i pozbawiać złudzeń. Niezrozumiane intencje potrafią być równie zabójcze co karabin wroga, a zazwyczaj pociągają za sobą jeszcze więcej ofiar. Tłumione, kiedyś doprowadzą do wybuchu. "Pokuta" jest filmem o emocjonalnym dojrzewaniu, o tym, że niektóre sprawy rozumie się dopiero po jakimś czasie, nawet po wielu latach, patrząc na nie z perspektywy. Pochopne działania rodzą błędy, które później trzeba naprawiać. Dojrzeć należy tak do miłości, jak i szczęścia - uczuć delikatnych i subtelnych, które raz nadszarpnięte mogą już nigdy nie być takie same. "Pokuta" traktuje wreszcie o konsekwencjach własnych czynów, które trzeba przyjąć na swoje barki, a które mogą wpłynąć na całe życie. Tak jak jakieś wydarzenie, jakiś wydawałoby się mało znaczący moment, do którego nie przywiązuje się większej wagi, a który naznacza na całe życie. "Pokuta" mówi o wielu rzeczach, spektrum emocji jest zdumiewająco szerokie, ale jak zaznaczyłem na początku - Wrightowi nie udało się wyjść zwycięsko z postawionego przed sobą zadania.




Wydaje się, że celem reżysera było to, co udało się niedawno Tomowi Tykwerowi w "Pachnidle" - przekazanie emocji za pomocą muzyki i obrazów, stworzenie klimatycznego malowidła, które będzie uzupełniało poczynania postaci, dodawało emocji ich nierównej walce z przeciwnościami losu. Przyznać trzeba, że pod względem realizacyjnym "Pokuta" może z filmem Tykwera spokojnie konkurować. Wspaniale wystylizowane kadry, współgrając z dobrze dobraną muzyką, tworzą klimat poszczególnych scen. Malują melancholijny nastrój, unoszący się nad ziemią, po której stąpają bohaterowie. Jeśli trzeba, ujęcia są krótkie i gorączkowe - jak urywany oddech dwójki kochanków, jeśli trzeba, długie i pesymistyczne, a zarazem w pewnym sensie wzniosłe - jak uczucia żołnierzy wracających z wojny. Ale to jedynie pierwsze wrażenie, które musi minąć i odsłonić duchotę uczuć, którą film ma do przekazania. Pod tym względem jest już gorzej - nie tak wymownie jak w "Pachnidle". Tych emocji poza kilkoma momentami nie czuć. Nie odczuwamy tragizmu rozdzielonych niesłusznie kochanków, nie można doznać ich rozpaczy, nie ma żadnego wyzwania desperacko rzuconego losowi. Nie doświadcza się nic poza słowami, które reżyser wkłada w usta swoich postaci - same w sobie wymowne, ale niosą zbyt mały ciężar emocjonalny. Film sprawia wrażenie pięknego obrazka, w którego kanwy starano się włożyć coś o większym znaczeniu.




Nie twierdzę, że "Pokuta" to pusta wydmuszka, co to, to nie. Jednak całość sprawia wrażenie nad wyraz płytkiej i banalnej, kiedy sama historia taka w rzeczywistości nie jest. Postaci deklamują pięknymi słowami swój ból, uzmysławiają widzowi jak bardzo chcą naprawiać przeszłość, ale czuć w tym jakąś sztuczność, jakieś bliżej nieokreślone uczucie nierealności. Wright prześlizguje się po kolejnych wątkach, nie wyczerpując ich potencjału dramatycznego, niektórych nawet porządnie nie rozwijając. Wygląda to tak, jakby zakres filmu go przerósł. Efektem jest zbiór pięknych, lecz krótkich scen, które fascynują realizacją, ale postawionego przed nimi zadania nie osiągają. Reżyser wielokrotnie trafia we właściwą nutę, ale nigdy nie potrafi utrzymać tego wykreowanego przez siebie momentu, wydłużyć go do czegoś więcej niż krótkich kilka sekund, pozostawiających widza łaknącego więcej. Są w filmie sceny, które wręcz przytłaczają duchotą emocji, w których odczuwa się bezsilność bohaterów, kiedy można poczuć tak płomienne uczucie kochanków, jak i pokutującą za swoje przewinienia Briony. Otoczone są one jednak przez zwykłe wypełniacze czasu oraz obrazki niepotrzebne lub najzwyczajniej puste. "Pokuta" jest filmem zbyt ładnym, zbytnio wystylizowanym, a przez to nieprawdziwym. Nie ma w niej miejsca na spontaniczność cechującą wzruszenie, przejęcie czy strach, wszystko jest poustawiane w kolejności, według zaprojektowanego szablonu, tak jak poszczególne sceny kręcone na planie filmowym. "Pokuta" pozostawia po sobie uczucie emocjonalnego niedosytu.




A jednak pomimo tego wszystkiego jest w tym filmie coś, co nie pozwala o nim szybko zapomnieć, co nie pozwala skazać go na etykietkę filmu "niezłego". Film prześlizguje się po ludzkich emocjach jak nóż po maśle, lecz ogląda się go z niesłabnącym zainteresowaniem, a w momentach absolutnego reżyserskiego triumfu - ze ściśniętym gardłem. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, co dokładnie sprawiło, że "Pokucie" udało się skłonić mnie do refleksji, nie jestem w stanie określić tego słowami. To obraz całości jako sumy szczegółów; to ten specyficzny, tworzony tak skrupulatnie klimat i wydźwięk opowieści; to wszystko to, czego reżyser nie dopowiedział, czego nie zdążył przedstawić i tym samym zniewolić w ramach przewidzianej przez siebie konstrukcji. Duch powieści McEwana wypełnia niektóre kadry, a jego adaptacja żyje własnym życiem po zakończeniu seansu. Wszystko to, co wymaga indywidualnego dopowiedzenia stanowi o świetności tego obrazu oraz o tym, że nie stanie się sezonowym hitem, który za kilka lat zniknie pośród jemu podobnych.


Pozostaje więc "Pokuta" filmem specyficznym, dziwnym wręcz, bo w pewnym sensie wyjątkowym, a w pewnym niewykorzystanym. Jest w niej coś, co fascynuje, dręczy, przytłacza, ale co nie zostało po prostu odpowiednio wyeksponowane i dusi się pomiędzy kadrami, tak jak w założeniu duszą się swoją tragedią Robbie, Cecilia i Briony. Nie jest więc "Pokuta" filmem zmarnowanej szansy. Niedosyt jednak pozostaje. Jest to z pewnością obraz warty zobaczenia i wyrobienia sobie o nim własnej opinii, albowiem wszystkie filmy oparte na podskórnych emocjach, jeśli są dobrze nakręcone, potrafią zauroczyć i zmusić do refleksji. I nie należy ich oceniać pochopnie. Może to, co dla mnie jest niedosytem i niewykorzystanym potencjałem, dla kogoś innego okaże się wspaniałą grą uczuć. Może to jest właśnie to, czego nie potrafię określić słowami. Warto "Pokutę" obejrzeć. Warto.






Tytuł oryginalny: Atonement
Rok produkcji: 2007
Kraj: Wielka Brytania, Francja
Czas trwania: 130 minut

Reżyseria: Joe Wright
Scenariusz: Christopher Hampton
Według powieści: Ian McEwan
Zdjęcia: Seamus McGarvey
Muzyka: Dario Marianelli

Obsada:
Keira Knightley, James McAvoy, Romola Garai, Saoirse Ronan, Vanessa Redgrave, Juno Temple, Ben Harcourt, Ailidh Mackay, Benedict Cumberbatch i inni


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Dariusz Kuźma - BEOWULF
Klub Miłośników Filmu
12.02.2008